Reportaż ze skrępowanymi rękami. Dziennikarka Biełsatu opowiada o trzech dniach w areszcie

Kaciaryna Andrejewa. Mińsk, 15 września 2020 r. Zdj. Iryna Arachachouskaja/belsat.eu

Dziennikarze niezależnych białoruskich mediów doświadczają dziś bezprecedensowej presji ze strony władz: są zatrzymywani, bici, sądzeni w oparciu o sfałszowane protokoły, zamykani w więzieniu na „doby”. Reporterka belsat.eu, Kaciaryna Andrejewa, zatrzymana 12 września podczas relacji na żywo z Marszu Kobiet, spędziła trzy dni i trzy noce w areszcie na ulicy Akreścina. Opowiedziała nam o tamtych wydarzeniach.

– Wychodzić! Twarzą do ściany, ręce na ścianę dłońmi do przodu! Zdjąć buty! Ręce za plecy!

Okrzyki strażniczki rozpraszają resztki snu. Stoję na zimnym korytarzu, wpatrując się w szaroniebieską ścianę. Obok mnie w tej samej pozie zamarły jeszcze cztery kobiety w różnym wieku: najmłodsza – dwudziestojednoletnia, choć wygląda na szesnastolatkę, a najstarsza – pięćdziesięcioletnia. Bardzo się martwi, ponieważ mężczyźni w oliwkowozielonych mundurach zabrali jej córkę – „z krótkimi włosami po chemioterapii, może widziałyście?”.

Po chwili wracamy do celi. Po „kipiszu” panuje tu zupełny bałagan: trzeba ponownie rozłożyć brudne materace, zebrać porozrzucane podpaski. Na podłodze leży zakurzona maskotka: tygrys, którego pozwolono mi zabrać ze sobą po rewizji osobistej.

– Ciekawe, co nowego chcieli tu znaleźć?

– Nieważne, dziewczyny, napijmy się herbaty, bo już prawie ostygła. Częstujcie się!

Na razie tylko ja dostałam przesyłkę z domu. Zapach starannie ułożonych w paczce przez męża czekoladowych ciasteczek uderza w nos i miesza się z ostrym zapachem toalety. A raczej śmierdzącej dziury w podłodze z brązowym nalotem. Mam mdłości. Rozpoczyna się kolejny poranek na Akreścina.

Milcz, bo założę kajdanki!”

Skarpetki, szczoteczka do zębów, papier toaletowy, mydło, apteczka… Chyba niczego nie zapomniałam. Mniej więcej tak od ponad miesiąca wygląda standardowy zestaw dziennikarza, który zamierza relacjonować protest.

Początek Marszu Kobiet 12 września zaplanowano na 15:00. W tym czasie wokół ratusza gromadzą się małe grupy uczestników. Kobiety trzymają plakaty, flagi, dużo białych i czerwonych kwiatów. Niektóre przyprowadziły ze sobą córeczki. Dosłownie dziesięć minut później z zaparkowanych przy chodnikach busów bez numerów rejestracyjnych wyskoczyło kilkudziesięciu funkcjonariuszy w oliwkowych mundurach i kominiarkach. Sformowali szyk i wypchnęli protestujące pod ścianę kawiarni. Kobiety utworzyły łańcuch. OMON także. Wszystko jakby na chwilę zamarło, ale na Plac Wolności podjechały trzy więźniarki.

W następnej chwili przez tłum przeszedł przenikliwy krzyk: funkcjonariusze zaczęli szarpać kobiety i jedna po drugiej ciągnąć do więźniarek. W odpowiedzi te zdzierały z bojowników maski. Rozwścieczeni funkcjonariusze chwytali kobiety za włosy, bili po twarzy, przygniatali do szklanego letniego tarasu. Młodsze dziewczyny zdołały odskoczyć i uniknąć zatrzymania. Jedna miała atak paniki: gorzko płakała, zakrywając twarz rękami. Tymczasem Nina Bahinskaja prawie zwichnęła ramię, ratując swoją flagę ze szponów „oliwkowych”.

Białoruskie MSW potępiło zrywanie tajniakom masek

Podszedł do mnie mężczyzna w cywilnym stroju, z zaskoczenia chwycił mnie za rękę i nakazał „okazać dokumenty funkcjonariuszowi milicji”. Zwróciłam się do młodych milicjantów w mundurach i już sięgnęłam do torby po dowód, ale zobaczyłem, że po prostu stoją i uśmiechają się do siebie nawzajem. Niczego ode mnie nie chcieli, a mężczyzna w cywilnym stroju zniknął. Korzystając z okazji, postanowiłam kontynuować relację, odeszłam trochę na bok. Później sporządzono protokół na temat mojego „nieposłuszeństwa wobec milicji”, a mężczyzna, który mnie złapał, był zastępcą szefa Miejskiego Wydziału Spraw Wewnętrznych. Niestety, Mikałaj Szumiłau nie uznał za konieczne, aby przedstawić się przed chwytaniem dziennikarzy za ręce.

Miejsce zbrodni: internet. Czyli jak ośmieliłem się otworzyć usta bez pytania o zgodę władzy

Nagle OMON-owcy jakby wycofali się, a przerzedzone rzędy maszerujących uczestniczek ruszyły w kierunku ulicy Niamiha. Rozmawiałam z jakimiś dziewczynami na przejściu dla pieszych nieopodal mostu oddzielającego północną i południową część miasta, gdy w pobliżu ostro zahamował minibus. Zostałam złapana od tyłu i wciągnięto mnie do samochodu razem z operatorem kamery. W środku było jeszcze pięć osób w cywilnych ubraniach. Wtedy zrozumiałam: operacja specjalna została zorganizowana specjalnie dla ekipy zdjęciowej Biełsatu.

Gdy pytaliśmy, dokąd jedziemy, odpowiadali: „Zamknij się albo zaraz ci założę kajdanki!”.

Prawnik? To bez sensu w takich sprawach”

Milicjant, którego wyznaczyli, by pilnował nas w sali powiedział, że ten posterunek „specjalizuje się w korespondentach”. Rzeczywiście, 27 sierpnia upchnięto tutaj pięćdziesięciu dziennikarzy, w tym zagranicznych i z akredytacjami. Większość z nich została zwolniona kilka godzin później, ale ja i trzej inni koledzy spędziliśmy na sali całą noc aż do rozprawy.

Nowy etap walki z mediami: MSZ w Mińsku masowo pozbawia akredytacji zagranicznych korespondentów

Dyżurujący tu funkcjonariusze są szczególnie uprzejmi: pozwalają pić wodę, samemu chodzić do toalety, a nawet prowadzą na papierosa na zewnątrz. Kilka tygodni temu nawet postawili przed zatrzymanymi dziennikarzami słodycze, pianki i kawę. I jeszcze kamerę wideo, by uwiecznić, jak „nieuczciwi” dziennikarze chętnie przyjmują milicyjną jałmużnę. Oczywiście dziennikarze nie dali im nacieszyć oka taką sceną.

Od czasu do czasu oficer dyżurny zmienia się – nie znamy niczyjego nazwiska. Niektórzy ludzie próbują z nami rozmawiać o polityce. Dlaczego ludzie łamią prawo, skoro mogą po prostu złożyć wniosek o pozwolenie na protest do Rady Miejskiej Mińska?

– No i po co na ulice wychodzą pracownicy branży komputerowej? Co im się nie podoba, mają ogromne pensje! – milicjant jest oburzony.

– Wie pan, nie u każdego sens życia sprowadza się do pensji, domu w Mińsku i służbowego auta – odpowiadam mu.

Po pięciu godzinach porucznik Jauhien Fiłatau – bardzo młody chłopak z błyszczącymi brązowymi oczami i pogodnym uśmiechem – przynosi mój protokół. Dokładniej rzecz ujmując, dwa protokoły – zgodnie z kodeksem cywilnym 22.9 (nielegalne tworzenie produkcji medialnych) i 23.4 (nieposłuszeństwo wobec milicji).

– Szczerze mówiąc, byłem za sporządzeniem również protokołu 23.34 w związku z udziałem w nielegalnym zgromadzeniu masowym, ale zwierzchnicy kazali mi się ograniczyć do dwóch powyższych. Trafi pani do aresztu. Prawnik? Nie, nie ma sensu w takiej sprawie – oznajmia.

Operatora i mnie wepchnięto do dostawczej „Gazeli” z zasłonkami.

– Czy zdaje pan sobie sprawę, że wszyscy nienawidzą teraz milicji? – pytam konwojenta w drodze.

– A za co?

– Bo od was ludzie wracają cali w sińcach.

– Mieliśmy patrzeć, jak rzucają koktajlami Mołotowa w funkcjonariuszy?!

– Gdybyście nie zaczęli używać tego specjalnego sprzętu, gdybyście nie strzelali do protestujących, nikt by was nie tknął. Nie chce pan zrezygnować z pracy w organach ścigania? Są programy wsparcia, dadzą pieniądze, zapewnią mieszkanie…

Przy słowie „mieszkanie” przebudził się. Wydaje się, że to znaczący czynnik.

– Co, dadzą zakwaterowanie?

Zatrzymaliśmy się już przy areszcie na ul. Akreścina, gdy jeden z konwojentów zwrócił się do nas:

– Specjalnie zmieniłem ustawienia w YouTube tak, aby jako pierwsze pokazywały mi się tylko filmy sportowe. A cała ta polityka, żeby była niżej. Nigdy aż do tego nie przewijam.

Jedna prycza na dwoje

Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy na dziedzińcu aresztu jest wysoki, biały płot. W dniach 9-12 doszło do masowych, ciężkich pobić więźniów. Przy wejściu stoją się funkcjonariusze w kominiarkach. Zabierają mnie na korytarz, gdzie dziesiątki dziewcząt stoją już odwrócone w stronę ściany. Następnym etapem jest rewizja osobista. Prowadzono nas pojedynczo do pokoju, gdzie zamaskowany milicjant każe nam się całkowicie rozebrać. Przeszukuje biustonosz i sprawdza ciało ze wszystkich stron. Najgorsze jest, gdy stojąc na lodowej podłodze, trzeba zdjąć majtki. Zdążyłam pomyśleć, że na próżno dziś włożyłam koronkową bieliznę.

Raporty jak spod kalki. Jak sądzono dziennikarzy Biełsatu

Konwojenci prowadzą na trzecie piętro, a potem za drzwiami przekręcają kluczyk. Jestem tu całkiem sama. Na suficie dwie kamery monitoringu migają na czerwono. Po zbadaniu materaca pod kątem pluskiew decyduję się rozścielić tak zwaną poszewkę z kłębami brudu i prześcieradło z brązową plamą nieznanego pochodzenia. Wkrótce strażnik podaje przez okienko worek z zestawem: pasta i szczoteczka, podpaski, mokre chusteczki i mydło. Później dowiedziałem się, że dostarczył je Czerwony Krzyż. Żarówka dzienna gaśnie, włącza się biała lampka. Zaczyna się czas na sen.

Rano w celi jest bardzo zimno.

– Zamykanie okien zaplanowane jest na 15 września, a dziś jest 13. Zrób parę przysiadów albo pompek – doradza strażniczka.

Jedzenie w areszcie na Akreścina to szczególna „przyjemność”. Połykam kilka łyżek świeżego, lepkiego śluzu, który tutaj nazywa się „owsianką”, ale odruch wymiotny daje się odczuć. Mam szczęście, że mogę trzymać kawałki szarego chleba namoczonego w wodzie. Jeśli trzymasz chleb w ustach przez długi czas, to wydaje się, że robi się słodki. Ogólna słabość sprawia, że znów jestem senna. Na marginesie, wolno tu spać w ciągu dnia.

– Zupa, dziewczyny, ucha! Mamy rybny dzień! – Ogłasza pani roznosząca jedzenie.

W aluminiowej misce przede mną znów dziwna papka, sina kiełbasa i niewyobrażalnie kwaśna kapusta. Może po tygodniu głodu zjadłbym wszystko do czysta. Póki co tknęłam tylko kapustę. Ale to był niewybaczalnie krótki czas w moim brzuchu. Szybko odkryłam tajemnicę dziwnego posmaku herbaty: na dnie pływała gruba mrówka.

– Dadzą coś do picia na kolację?

– Przestań pić, już wystarczy – zażartowała wesoła dostawczyni.

W nocy przeniesiono mnie do innej celi na drugim piętrze. Jest nas już pięć, a są tylko cztery łóżka. Stałe „bywalczynie” mówią, że mamy szczęście: podczas masowych aresztowań do takiej celi zostaje wepchniętych co najmniej dwadzieścia osób. Dzielimy łóżko z Wieraniką, jest weterynarzem. Na górnej pryczy, projektantka Dzijana i nauczycielka śpiewu chóralnego Lizawieta. Obok niej jest Tacciana, której chora córka również została zatrzymana.

– Zatrzymali ją jako pierwszą, a ja stałam przed więźniarką i nie zamierzałam odchodzić – tam jest przecież moje dziecko!

Dziennikarka Biełsatu pobita przez strażniczkę. Trafiła do szpitala

Po wyłączeniu świateł nikomu nie chce się spać. Rozmawiamy do białego rana: o polityce, o przyszłości, o naszych rodzinach, o pracy, o planach, którym nie jest dane dojść do skutku w najbliższych dniach.

– To wszystko przypomina mi jakiś szpital.

– Tak, tylko to nie my tutaj jesteśmy chorzy.

Oburzenie i złość zastępuje fala śmiechu z dobrego żartu. Śmiech zamienia się w spokój i rozmyślanie. I żadna z nas nie uroniła łzy.

Tacciana została zwolniona w poniedziałek. Liza, Wieranika i Dziana we wtorek dostały wyrok od 11 do 13 dni pozbawienia wolności. Zostały przeniesione do więzienia w Żodzinie.

Mój proces został zaplanowany na rano 15 września i odbył się przez Skype’a w budynku aresztu. Milicjanci, którzy byli świadkami, nie pojawili się na przesłuchaniu. Sędzia Alena Żywica szybko odczytała pisemne materiały sprawy, obejrzała fragment transmisji na żywo z marszu kobiet, który „nieposłuszeństwem” nawet nie pachniał i wyszła na 15 minut, aby podjąć decyzję.

Dziennikarz Biełsatu: „W areszcie było bicie i bochenek chleba na 13 osób”

Przez otwarte okno zza krat przebił się promień słońca i przyjemnie otulał twarz, a wrześniowy wiatr łagodnie ochładzał. Ktoś z zatrzymanych włożył mi cukierka w do ręki. Siedziałem tam prawie trzy godziny. W końcu, na ekranie laptopa pojawiła się sędzia.

„…Protokół na podstawie art. 23.34 kodeksu cywilnego zostanie Odesłany do komisariatu dzielnicowego w Mińsku w celu jego rewizji”.

Wtedy, po raz pierwszy od trzech dni, rozpłakałam się i wykrzyczałam:

– Kto odda mi te trzy dni z mojego życia?!

Kaciaryna Andrejewa/belsat.eu

(ksz)

Wiadomości