Reportaż przy dźwiękach hymnu i szczekania psów. Dziennikarz Ihar Iliasz o pobycie w areszcie

Dziennikarz Biełsatu Ihar Iliasz. Zdj. DD/belsat.eu

9 grudnia dziennikarz Biełsatu Ihar Iliasz wyszedł na wolność po 15 dniach aresztu. Wcześniej został uznany za winnego udziału w nielegalnym zgromadzeniu (art. 23.34 kodeksu wykroczeń). Oskarżono go o udział w marszu emerytów, choć wcale go tam nie było. W swoim reportażu opowiada o swoim zatrzymaniu i pobycie w więzieniu w Baranowiczach.

– Panie Iharze, napisze pan o tym, prawda? – zapytał mnie nagle jeden z zatrzymanych w przepełnionej „przejściówce” więzienia w Baranowiczach.

W mojej głowie wciąż przewijało się to pytanie na przemian z frazą ze wstępu do „Requiem” Anny Achmatowej – jej słynnego wiersza o represjach z czasów Stalina („Mąż w grobie, syn w więzieniu. Pomódlcie się o mnie”). Oczywiście w moim przypadku sytuacja nie była aż tak beznadziejna – przynajmniej wszyscy żyli.

Ale masowe represje w 2020 roku przybrały taką siłę, że teraz pochłaniają całe rodziny. 15 listopada moja żona, dziennikarka Kaciaryna Andrejewa, została zatrzymana, grozi jej do trzech lat więzienia. A 24 listopada zabrali mnie prosto z mieszkania – dostałem 15 dni aresztu.

Nasi bliscy marzli godzinami w kolejce od 5 rano, by wysłać nam paczki. Nie za każdym razem im się to udawało. Na przykład 26 listopada stali w kolejce przed aresztem przy ul. Akreścina zupełnie na próżno – bez uprzedzenia przewieziono nas do Baranowicz.

Areszt tymczasowy przy ul. Akreścina w Mińsku. Zdj. Iryna Arachouskaja/belsat.eu

Tego dnia w areszcie na Akreścina pobudka była o 5:30. Nie dostaliśmy śniadania ani nie mieliśmy czasu, by się umyć. Przeniesieniu do ciasnych, dusznych cel w innym skrzydle aresztu towarzyszyły wulgarne krzyki strażników. W sześcioosobowej celi, do której ja trafiłem, było 22 mężczyzn. Spędziliśmy tam około trzech godzin. Na czas przenosin nie zaplanowano żadnych posiłków. Zatrzymani w większości cel nie dostali nic.

My mieliśmy trochę więcej szczęścia – dostaliśmy po pół porcji kaszy i ćwierć szklanki herbaty. Kiedy jeden z zatrzymanych zapytał, czy dadzą nam coś jeszcze, pilnująca nas funkcjonariuszka była oburzona:

– Co? To i tak są resztki! Obchodzimy się z wami, k*rwa, po ludzku, a wy dalej niezadowoleni?

Dziennikarz Biełsatu odnalazł się w areszcie w Baranowiczach

Potem zabrali nas do aresztu w Baranowiczach. Do małych kabin we wnętrzu więźniarek wpychali po 10 osób. Były tak wąskie, że nie dało się usiąść. Trzeba było zaplatać nogi z osobą, która siedziała naprzeciwko. I tak dalej przez kolejne dwie godziny.

Wychodzimy z więźniarek i ustawiamy się w kolumnie parami. Poruszamy się w pozycji z głową w dół, rękami za plecami i biegnąc.

– Nie podnosić wzroku! Idziemy!

Wciąż nas poganiając zaprowadzono nas do pomieszczenia, w którym mieliśmy pozostać do czasu przydzielenia cel.

Widok tej celi był naprawdę imponujący. Stara suterena, z pięciometrowym stropem i brudną betonową podłogą. Ściany były zaczernione przez wilgoć, farba się łuszczyła, tynk się kruszył. W środku był tłok, około 80 ludzi stało ciasno jeden obok drugiego. Coś podobnego widziałem tylko w filmach o represjach stalinowskich.

– Gdyby można było zrobić jakieś zdjęcia, – powiedział ktoś nagle – ludzie na wolności byliby w szoku…

Litwa: Nagroda Wolności i Nadziei dla pięciu białoruskich dziennikarek

Na półce przy wejściu leżał bochenek czerstwego chleba. Głodni ludzie, którzy dostali nic do jedzenia przez prawie cały dzień, co jakiś czas odrywali po kawałku i łapczywie wpychali chleb do ust. Niektórzy po prostu się bali i próbowali skupić uwagę na czymś innym niż strach, rozmawiając i śmiejąc się bez przerwy. Inni byli zrelaksowani i spokojnie dyskutowali ze swoimi towarzyszami na temat przyszłości protestów, polityki i historii. Inni milczeli i tylko od czasu do czasu rzucali parę słów.

Dziesiątki głosów połączyły się w brzęczenie nie do rozszyfrowania. W pewnym momencie przez szum przebił się krzyk „Żywie Biełaruś”, na który cała cela odpowiedziała jak na komendę – „Żywie!” Gdy przydział do cel już się kończył i pomieszczenie prawie opustoszało, można było przeczytać na ścianach: „Wierzymy. Możemy. Zwyciężymy”.

Czy naprawdę warto?

Zostałem zatrzymany we własnej kuchni. Funkcjonariusze weszli do mieszkania prawdopodobnie używając klucza mojej aresztowanej żony. Cały proces trwał nie dłużej niż trzy sekundy – kiedy mieszałem herbatę, usłyszałem dwa kliknięcia zamka i trzech mężczyzn w zwykłym ubraniu wpadło do mieszkania krzycząc: „Niczego nie dotykać!”.

Mundurowi pokazali mi nakaz zarekwirowania rzeczy mojej żony. Dokument podpisał śledczy Ihar Kuryłowicz, który prowadzi sprawę przeciwko Kaciarynie Andrejewej i Darii Czulcowej. Na podstawie nakazu zabrano jednak również moje rzeczy, w tym dwa telefony i laptop służbowy. Wszystko odbyło się bez świadków, nie pozwolono mi też zadzwonić do prawnika ani do mojej rodziny.

Na początku nie wysuwano wobec mnie żadnych oskarżeń – powiedziano, że zabierają mnie na komisariat tylko w celu złożenia wyjaśnień.

Areszt tymczasowy przy ul. Akreścina w Mińsku. Zdj. TK/belsat.eu

Dowódca oddziału, który włamał się do mojego mieszkania, przedstawił się jako Rusłan Mikałajewicz. Używał wyłącznie typowych dla milicji fraz, co niekiedy przekraczało wszelkie granice absurdu. Kiedy próbowałem protestować, najpierw stwierdził, że przeszedłem „pranie mózgu”, a następnie wytłumaczył chłodno:

– Jesteśmy tu, aby zapewnić porządek publiczny, aby zapewnić spokój.

– Cóż, przed waszym wtargnięciem w moje kuchni raczej panował spokój… – odpowiedziałem.

Kiedy Rusłan Mikałajewicz próbował wyjść poza utarte milicyjne zwroty, wyszło jeszcze gorzej. W pewnym momencie pochylił się do mnie:

– Wszędzie są zdrajcy – powiedział konspiracyjnym tonem.

– Tak podejrzewałem – odpowiedziałem.

– Kogo? – nadstawił uszu mundurowy.

Milicjantka z komendy dzielnicowej w Mińsku przyjmuje ciepłe rzeczy dla zatrzymanych. Zdj. TK/belsat.eu

Mój akt oskarżenia został sfabrykowany osobiście przez zastępcę szefa milicji dzielnicy Centralny Rajon, majora Pawła Punczyka. Oskarżono mnie o udział w marszu emerytów i studentów 26 października, gdzie rzekomo znajdowałem się w grupie ludzi, którzy wykrzykiwali „Żywie Biełaruś” i machali flagami. W rzeczywistości w ogóle nie było mnie na tej akcji – nie pracowałem tam nawet jako dziennikarz. Marsz widziałem tylko z okna taksówki, dostałem od redakcji zadanie do wykonania w innym miejscu.

Zatrzymanie, sporządzenie aktu oskarżenia, zajęcie moich rzeczy i przyjęcie do aresztu – wszystkie te działania odbywały się w trybie profesjonalnie wyszkolonej, bezdusznej machiny biurokratycznej. Żaden z funkcjonariuszy nie okazał nawet cienia emocji ani nie powiedział nic, co wykraczałoby poza wypełnianie ich zadania – najwyraźniej łatwiej jest wysłać niewinnych ludzi do więzienia w taki biurokratyczny sposób.

– Nie interesuje mnie, za co został pan zatrzymany – powitał mnie strażnik z Akreścina.

Chociaż i tak nie miałem zamiaru mu czegokolwiek wyjaśniać.

Sędzia Wiktoria Szabunia. Zdj. naviny.by

Następnego dnia, 25 listopada, zaczął działać taśmociąg procesów. Sprawy zatrzymanych były prowadzone przez Skype’a. Jeden chłopak dostał 13 dni aresztu za to, że przyniósł goździki na Plac Zmian – dyżurujący tam patrol milicji uznał te działania za udział w nielegalnym zgromadzeniu. Para młodych ludzi, która przyniosła emerytom kwiaty na Marsz Mądrości, dostała 12-13 dni pozbawienia wolności. Ja usłyszałem wyrok 15 dni aresztu od niesławnej pani sędzi Wiktorii Szabuni.

– No co, czy naprawdę warto? – zapytał milicjant, który prowadził mnie przed sąd.

– Warto. A w Pańskim przypadku – czy naprawdę warto?

Chyba nie zrozumiał mojego pytania.

Gra w skojarzenia

Hymn państwowy, który włączali na cały regulator i wściekłe ujadanie psów strażników za oknem – dokładnie te dźwięki usłyszeliśmy pierwszego poranka w Baranowiczach.

– Szybko powstaje seria skojarzeń: Białoruś Łukaszenki = więzienie – smutno żartowali aresztowani.

Zdjęcie ilustracyjne. Vadim Rymakov / TASS / Forum

W Baranowiczach najpierw umieścili nas w starym skrzydle, które najprawdopodobniej nie było używane przez długi czas przed obecnymi represjami politycznymi. Cele niewiele różniły się od tej, w której umieszczono nas przy przenosinach – taka sama suterena z wysokim sufitem, betonową podłogą i zardzewiałymi żelaznymi pryczami. Zimne ściany pokryte wilgocią i pleśnią. Były myszy i muszki.

I straszny tłok – 10 osób w celi o wymiarach trzy na pięć metrów. Nawet tradycyjna rozrywka więzienna polegająca na chodzeniu z kąta w kąt była niemożliwa, ponieważ nie było miejsca na zrobienie więcej niż trzech kroków. Areszt na Akreścina w porównaniu z tym wyglądał jak pięciogwiazdkowy hotel. Po kilku dniach z powodu wilgoci, braku powietrza i ruchu, wszyscy w naszej celi czuli otępienie i senność.

Jednak więźniowie polityczni starali się traktować to, co się działo, z poczuciem humoru. Szczególnie w pierwszych dniach było dużo żartów i śmiechu.

– Staliśmy się znacznie odważniejsi. Gdyby rok temu ktoś powiedział mi, że będę siedział w więzieniu, śmiał się z sędzi i kpił ze świadków-OMONowców, nigdy bym w to nie uwierzył – powiedział mój kolega z celi.

Naczelnik mińskiego aresztu oskarża pogotowie ratunkowe: „Lekarze współczują zatrzymanym”

Stopniowo się zadomowiliśmy. Pierwszego dnia robiliśmy warcaby z chleba, drugiego dnia szachy. Trzeciego dnia spięliśmy przewody w gniazdku i mogliśmy usłyszeć w celi radio, którego słuchali strażnicy.

Generalnie oswoiliśmy się z myślą, że do końca naszego pobytu w areszcie będziemy trzymani w tych „lochach”. Ale czwartego dnia zostaliśmy nagle przeniesieni do innego skrzydła. Nowa cela była półtora raza większa i przeszła kosmetyczny remont. Było sucho i ciepło, a my mogliśmy chodzić i oddychać normalnie. Ale najważniejsze było to, że cela była dobrze wyposażona. Po poprzednich zatrzymanych pozostały książki, czasopisma i gazety.

– Jeśli nie liczyć krat i „karmnika” (otwór w drzwiach celi, przez które podawane jest jedzenie – belsat.eu)… To właściwie jest jak w akademiku – zachwycali się więźniowie.

– Aha… Chyba bardziej jak w sowieckim obozie pionierskim.

Dwa światy w jednej celi

Praktycznie wszyscy, którzy przed weekendowymi protestami są przenoszeni poza stolicę, to „polityczni”, czyli osoby, które zostały skazane na podstawie art. 23.34 kodeksu wykroczeń (udział w nielegalnym zgromadzeniu) i 23.4 KW (nieposłuszeństwo wobec milicji). Ale są też wyjątki od tej reguły. Jednym z moich kolegów z celi był Dzianis, drobny przestępca, który dostał 15 dni w więzieniu za kradzież 13 lasek kiełbasy.

W pierwszych dniach Dzianis po prostu milczał, czując się jak ciało obce w świecie „politycznych”. Kiedy przydzielili nas do celi, Dzianis natychmiast zaczął szukać towarzystwa pukając do sąsiadów.

– Ururu – mruczał przez szybę (to więzienny odpowiednik słowa „halo”). Ale kiedy dowiedział się, że sąsiedzi też są oskarżeni z art. 23.34, sfrustrowany rzucał w naszą stronę – Idźcie, pogadajcie ze swoimi.

Ale później komunikacja między nami poprawiła się. Opowiadaliśmy Dzianisowi o polityce, oszustwach wyborczych, represjach, zabójstwie Tarajkouskiego i Bandarenki. Dzianis, z kolei, wyjaśniał zasady i tradycje więzienne.

– Żeby klawisze nie mogli otworzyć „karmnika”, trzeba wsunąć w otwór kostkę domino. Wtedy się zaklinuje – powiedział nagle pewnego dnia.

– Ale po co? – zastanawiali się „polityczni”.

– No, jeśli trzeba zabrać ważny gryps z sąsiedniej celi…

Mińsk, 29 listopada 2020 r. Zdj. Agata Kwiatkowska/belsat.eu

Dzianis słuchał opowieści „politycznych” raczej w milczeniu, tylko raz żywo zainteresował się ich sposobem życia.

– Wychodzicie, bierzecie udział w proteście, a oni wsadzają was do więzienia. A przecież musicie pracować, macie rodziny do wykarmienia. Jak to jest?

– Dlatego tu przychodzimy, bo myślimy o przyszłości naszych dzieci – wyjaśnił były wojskowy opiekun psów, Jauhen. – Chcemy, aby cały kraj zmienił się na lepsze. Żeby działało prawo, żeby starsi ludzie otrzymywali dobre emerytury…

– Czyli, jeśli dobrze zrozumiałem, areszt was nie powstrzyma?

– Nie, oczywiście, że nie.

Niektórzy więźniowie polityczni otrzymali listy ze słowami wsparcia i wdzięczności od nieznanych osób. Jak na ironię najbardziej wzruszający list otrzymał Dzianis, przestępca, którego dane zostały omyłkowo dodane do listy wolontariuszy.

– „Dziękuję za twoją odwagę. Jesteś naszym bohaterem. Karolina, lat 4, jej mama i babcia” – obok tego tekstu narysowane było słońce i kwiaty.

Nawet zwykle opanowany Dzianis wzruszył się.

– To o was…

List z rysunkiem powiesiliśmy na ścianie.

„Co, taki jesteś mądry?”

Z punktu widzenia prawa uwięzienie zatrzymanych na podstawie art. 23.34 KW było całkowitym bezprawiem – anonimowi świadkowie-OMONowcy zupełnie plątali się w swoich zeznaniach, podawali złe adresy i niewłaściwy czas, przypisywali zatrzymanym działania, których ci nie popełnili. Jednak z punktu widzenia represji politycznych miało to sens. Nie spotkałem za kratkami żadnej przypadkowej osoby – wszyscy szczerze nienawidzili reżim Łukaszenki i niejednokrotnie wychodzili na protesty.

Mińsk, 29 listopada 2020 r. Zdj. Agata Kwiatkowska/belsat.eu

Głównym tematem dyskusji w celach było pytanie „Kiedy upadnie reżim?”. Optymiści obstawali przy tym, że wszystko rozwiąże się w najbliższych miesiącach. Pesymiści byli zdania, że będziemy musieli czekać kilka lat. Byli też tacy, którzy nie mieli zamiaru czekać. Waler, 28-letni otolaryngolog, całe 15 dni w areszcie dokładnie studiował podręcznik do niemieckiego, ponieważ był zdeterminowany, by w najbliższej przyszłości wyemigrować do Niemiec.

Waler był jednym z tych, którzy 12 sierpnia wyszli na pierwszą akcję protestacyjną medyków. Teraz został zatrzymany przez przypadek, kiedy wracał do domu od swoich rodziców. Znaleźli w jego portfelu 30 dolarów, a w torbie otoskop i lusterko krtaniowe. Milicjanci w Baranowiczach uznali dolary za dowód, że protestujący byli opłacani przez „zachodnich manipulatorów”. A skomplikowane nazwy narzędzi medycznych – za osobistą zniewagę.

– Co, taki jesteś mądry? – zapytali lekarza, kiedy ten próbował wyjaśnić przeznaczenie otoskopu.

Próby wytłumaczenia, że nie chciał nikogo obrazić, zakończyły się ciosami w brzuch.

„Odwiedźcie nas jeszcze”

Pierwszego dnia w Baranowiczach, major nas ostrzegł:

– Wysyłają was do korpusu, gdzie nie ma prawie żadnego z naszych milicjantów, są tylko funkcjonariusze z wydziału nadzoru nad więźniami (DIN). Oni nie pracują z ludźmi, oni pracują ze skazańcami. Więc jeśli ci coś będą mówić, od razu wypełniajcie polecenia, nie popisujcie się. Nie będziecie się popisywać, to wszystko będzie dobrze. Każdy tutaj jest człowiekiem, nikt nie będzie was represjonował, nikomu to nie jest na nic potrzebne. Jak w wojsku – możesz żyć zgodnie z zasadami albo wbrew nim.

Słowa majora były w połowie prawdziwe. Funkcjonariuszami z DIN tylko nas nastraszyli, właściwie nie mieliśmy z nimi styczności. Dla „politycznych” z Mińska wydzielili w więzieniu skrzydło, gdzie znajdowali się tylko lokalni milicjanci.

Dużo bardziej aktualna okazała się fraza „wy nie stwarzacie nam problemów, a my przeszkadzamy wam w odsiadce”. Strażnicy starali się raczej nie ingerować w życie aresztowanych, jeśli nie było szczególnej potrzeby.

Ihar Iliasz po 15 dniach spędzonych w areszcie. Zdj. belsat.eu

Służba w murach aresztu była dla większości milicjantów nowością, niektórzy z nich przechodzili pierwszy instruktaż na naszych oczach.

– Tak otwiera się „karmnik”, tak wyłącza się światło. Zapamiętałeś? Powtórz – słyszeliśmy od czasu do czasu z korytarza.

Ale nawet tak prosta lekcja okazała się dla niektórych z nich zbyt trudna – pierwszej nocy zapomnieli zgasić światło, a drugiej zgasili nawet „księżyc” (nocne oświetlenie w więzieniu). W drugiej celi ten problem rozwiązano prostym sposobem – światło dzienne pozostawało włączone 24 godziny na dobę.

Najczęściej „politycznych” budził hymn państwowy. Ale czasem strażnicy ograniczali się tylko do komendy „Pobudka”. Młoda, wesoła pani porucznik, która czasem dyżurowała w naszym bloku, używała nawet egzotycznie brzmiących w warunkach więziennych słów: „Dzień dobry”.

– Czy powiedzieli nam „dzień dobry”? – zastanawialiśmy się. – Może w kraju nastąpiła zmiana władzy?

Ulubionym żartem milicjantów było: „Odwiedźcie nas jeszcze”. Co dziwne, żartowi nie towarzyszyły złośliwe uwagi, raczej była to filozoficzna ironia. Nie chcieli przez to podkreślić, że znowu nas zatrzymają, ale że protesty będą trwać. A pilnowanie „politycznych” to po prostu ich praca.

– Odpocznijcie, odzyskajcie siły i odwiedźcie nas jeszcze – mówił pulchny funkcjonariusz podczas apeli.

– Lepiej wy przyjedźcie do Mińska na święta…

– Przyjdziemy. Wszystkie siły są potrzebne – i ciemne, i jasne – odpowiadał dobrodusznie.

Iluzja normalności rozpadała się bardzo szybko, najczęściej wraz z przybyciem nowego zatrzymanych z Mińska.

– Biegiem, k*rwa! Szybciej, pospieszcie się! – krzyczeli stróże prawa i uderzali pałkami o ściany, aby zastraszyć nowoprzybyłych więźniów.

Dziennikarz Biełsatu: „W areszcie było bicie i bochenek chleba na 13 osób”

W dniu, kiedy wychodziłem na wolność, również przywieziono ludzi. Nowi zatrzymani trafili do naszej celi pół godziny przed moim zwolnieniem. Potem pulchny funkcjonariusz prowadził mnie długo przez puste korytarze aresztu, które przypominały labirynt.

– Żegnam – powiedziałem, kiedy w punkcie kontrolnym otwarto dla mnie drzwi, za którymi czekała wolność.

– Nie. Do zobaczenia… – poprawił mnie funkcjonariusz.

Ihar Iljasz, ksz /belsat.eu

Wiadomości