Putin nie bez powodu kpi z Brytyjczyków pokazując dwóch turystów z wywiadu wojskowego w telewizji


Kompromitująca sprawa Skripalów ma taki sam cel, jak „zielone ludziki” na Krymie, czy „białe konwoje” na Donbasie. Wszyscy wiedzą, że Moskwa kłamie, ale Putin chce, by Zachód zaakceptował taki sposób uprawiania polityki.

W czasie szczytu azjatyckiego we Władywostoku Władimir Putin z rozmysłem poruszył sprawę Skripali. W czasie konferencji na zupełnie inny temat, rosyjski prezydent nieoczekiwanie powiedział, że prosi dwójkę Rosjan oskarżanych przez Brytyjczyków o otrucie Siergieja Skripala i jego córki, by opowiedzieli w jakiejś telewizji prawdę. „Jakaś” telewizja szybko się znalazła pod postacią finansowanego przez Kreml RT (Russia Today). Aleksandr Pietrow i Rusłan Boszyrow udzielili wywiadu szefowej stacji Margericie Simonian. I razem, we trójką zrobili z poważnych zarzutów brytyjskiego rządu absurdalny cyrk. Ale właśnie o taki cyrk chodziło Putinowi.

Sztuka bezczelnego kłamania

Wbrew temu, do czego przyzwyczaiła nas literatura, czy kino, rosyjskie rozgrywki rzadko kiedy bywają wyjątkowo wyrafinowane. Znacznie częściej opierają się na bezczelnym kłamstwie, na zasadzie: złapali za rękę, to krzycz, że nie jest moja.

Tak było na Krymie w 2014 r. Władimir Putin publicznie zarzekał się, że otaczający ukraińskie jednostki wojskowe „zielone ludziki” nie są rosyjskimi żołnierzami. Później „ludzikom” stawiano pomniki, Putin wręczał medale za operację krymską i w końcu przyznał, że wysłał na Krym armię. Ale wtedy, w najbardziej gorącym okresie operacji krymskiej, Moskwa za nic nie chciała się przyznać, że to jej wojsko okupuje ukraiński półwysep.

Putin bardzo długo, publicznie zaprzeczał, że „zielone ludziki” na Krymie, to jego wojsko. Źródło: dw.com

Na Donbasie kłamstwo było fundamentem rosyjskiej operacji. Moskwa zaprzeczała, by wysyłała tam sprzęt, najemników i żołnierzy, nawet kiedy Ukraińcy schwytali komandosów z Pskowa pod Donieckiem. Zachód popadał w dezorientację, kiedy z Rosji na Donbas jechały „białe” humanitarne konwoje z rzekomo żywnością i lekami. Ukraińcy twierdzili, że w ciężarówkach jest broń i amunicja. Moskwa zaprzecza, by miała cokolwiek wspólnego ze strąceniem malezyjskiego boeinga w lipcu 2014 r. Mimo, że holenderscy śledczy znaleźli dowody, że zestawy rakietowe i ich załogi trafiły na Donbas z Rosji.

– Kłamanie w żywe oczy nie jest wcale wynalazkiem Putina, bo już w ZSRR, mimo istnienia oczywistych dowodów, władza nigdy nie przyznawała się do zbrodni, Katynia, GUŁAGu, do samego końca istnienia imperium – mówi Belsatowi Andriej Sołdatow, ekspert od służb specjalnych z portalu agentura.ru.

W zaprzeczaniu była do tej pory metoda, polegająca na sianiu wątpliwości. Na mnożeniu różnych, często absurdalnych wersji, by odbiorca ostateczny: społeczeństwo i politycy nie wiedzieli komu wierzyć. Tak było w sprawie boeinga, kiedy w ciągu godzin po tragedii internet i media zalał fala fałszywych tropów, przypuszczeń i hipotez. Często tak nieprawdopodobnych, jak np. że samolot strącili Amerykanie za pomocą broni laserowej.

I co nam zrobicie?

Podobną bombę złożoną z kłamstw, półprawd i absurdów Rosjanie odpalili w sprawie Skripali. Moskwa dowodziła np., że trujący gaz, „nowiczok” produkują Brytyjczycy i Amerykanie.

– Pojechaliśmy do Salisbury obejrzeć słynny zegar na katedralnej wieży – mówią w czasie wywiadu z RT Pietrow i Boszyrow.

I zapewniają, że są zwykłymi, rosyjskimi przedsiębiorcami. Po wywiadzie internauci wyśmiali kiepsko zorganizowaną dezinformację. Jest tak absurdalna, że nadaje się tylko na internetowe memy o dwóch rosyjskich turystach jadących do podlondyńskiego miasteczka, by zobaczyć zegar.

– Nie wyglądają ani na przedsiębiorców, ani na miłośników anglosaskiej architektury – śmieje się w rozmowie z Biełsatem Oleg Kaszin, publicysta Echa Moskwy i dodaje – Mają wygląd i sposób zachowania typowych agentów operacyjnych, ale nie o przekonanie świata, że Pietrow i Boszyrow są niewinnymi turystami, tylko o złamania kręgosłupa moralnego.

Pokazując się w telewizji Pietrow i Boszyrow zaśmiali się Brytyjczykom prosto w twarz.

– I co nam teraz zrobicie? – taki był cel ich ujawnienia w rosyjskiej telewizji.

Zupełnie tak samo zachowały się rosyjskie służby po otruciu Aleksandra Litwinienki w 2007 r. Oficer wywiadu, Andriej Ługowoj oskarżany przez brytyjskie służby o organizację zamachu, również występował w rosyjskich stacjach. I z dziwnym półuśmieszkiem, niemal puszczając oko, zarzekał się, że jest niewinny i nigdy nikogo nie truł radioaktywnym polonem.

Oskarżony przez Londyn o otrucie Aleksandra Litwinenki Andriej Ługowoj wiedzie dziś wygodne życie biznesmena i deputowanego, chroniony przez Moskwę. Źródło: polit.ru

Ługowoj został deputowanym rosyjskiej dumy. I to nie byle jakim, bo Kreml powierzył mu pilotowanie ważnych ustaw np. nakładających cenzurę w sieci. Tym samym rosyjska władza kpiła z Brytyjczyków i dawała do zrozumienia, że lekceważy ich prawo i organy ścigania.

Wyznaczanie granic

Po zamachu na Litwinienkę Londyn nie zrobił wiele, by pociągnąć Moskwę do odpowiedzialności. Ale już działania na Ukrainie spotkały się reakcją Europy i USA. Na Rosję nałożono sankcje. Kłamstwa krymskie i donbaskie nadal są fundamentem propagandy skierowanej do fanów Putina z różnych środowisk populistycznych i „antysystemowych” na Zachodzie, nie są brane poważnie przy podejmowaniu decyzji politycznych.

– Putinowi chodzi o to, by Zachód zaakceptował jego metody, by przemoc i bilateralne rozwiązywanie spraw stały się normą w stosunkach międzynarodowych, dlatego działając tak bezczelnie i arogancko, jak w sprawie Skripali, łamie moralny kręgosłup Zachodu – mówi Andriej Sołdatow.

I oczekuje, że zachodnia społeczność nie zareaguje odpowiednio. Że skończy się na rytualnym pohukiwaniu i symbolicznych sankcjach. Jest to forma wyznaczania granic na ile rosyjskie służby, armia i politycy mogą się posunąć, nie narażając się na prawdziwy rewanż. Moskwa przekroczyła niepisaną granicę wysyłając dwóch agentów-nieudaczników, by zamordowali Siergieja Skripala, ważnego oficera, który przeszedł na stronę Brytyjczyków i był pod ich opieką. Przekroczyła drugą linię i wyznaczyła swoją granicę pokazując owych dwóch agentów w telewizji i pozwalając, by kpili z Brytyjczyków.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Zobacz też
Komentarze