Putin gra o Syrię i ryzykuje


Turecka operacja w syryjskim Kurdystanie przyniesie Rosji duże korzyści na Bliskim Wschodzie. Do czasu, kiedy Moskwa nie będzie musiała bardziej zaangażować się w wojnę.

Wczoraj w okolicach Manbidż w północnej Syrii w bezpośredniej odległości i w zasięgu strzału znalazły się oddziały tureckie z czołgami M60 i wojska syryjskiej armii rządowej uzbrojone w czołgi T-62 i T-72. Syryjczycy weszli do Manbidż i po drodze doszło do starć z wspieranymi przez Turków bojówkami dżihadystów.

Przy okazji pojawiło się mnóstwo sprzecznych informacji (jak te o zdobyciu przez siły protureckie syryjskiego czołgu, co później okazało się nieprawdą). Znajdujący się w strategicznym położeniu na terytoriach kontrolowanych przez Kurdów i Syryjskich Sił Demokratycznych (SDF) Manbidż kilka dni temu opuścili ostatni amerykańscy „specjalsi”.

Wcześniej wspierali tam Kurdów walczących z tzw. Państwem Islamskim. Do miasta zbliżyli się Turcy i ich syryjscy sojusznicy. Ale w wyniku trwających od kilku dni negocjacji Kurdów z reżimem Baszara al-Asada i jego rosyjskimi sojusznikami, armia dyktatora z Damaszku postanowiła pokazać Turkom, że nie powinni zapuszczać się zbyt daleko w syryjskie terytorium. Wczoraj w nocy pojawiły się doniesienia o odpędzeniu przez rosyjskie Su-35 znad północnej Syrii tureckich F-16. A to by oznaczało, że Rosja weszła do gry nie tylko politycznie, ale i militarnie.

Syryjska szachownica

Rozpoczęta 9 października w północnej Syrii turecka operacja wywróciła sojusze i poprzestawiała strefy wpływów w Syrii. Niesie ryzyko dużych zmian na całym Bliskim Wschodzie. Amerykański prezydent Donald Trump dał Ankarze zielone światło do przeprowadzenia inwazji w Syrii. Amerykanie zaczęli wycofywanie operujących w syryjskimi Kurdystanie swoich jednostek specjalnych. Celem Recepa Tayyipa Erodgana, prezydenta Turcji, jest utworzenie 30 kilometrowej strefy buforowej w północnej Syrii, wzdłuż granicy. Strefa ta ma być „oczyszczona” z sił kurdyjskich, czyli działających w ramach sojuszu SDF kurdyjskich Ludowych Sił Samoobrony (YPG).

Dla Turków są wrogami, gdyż pomagają działającej w Turcji kurdyjskiej partyzantce powiązanej z PPK (Partia Pracujących Kurdystanu). Erdogan ma jednak inne, ważniejsze cele. Otwarcie szantażuje Europę „zalewem uchodźców”, jeśli pojawią się sankcje za operację w Syrii. Zdaniem Ankary jednym z celów ma być przeniesienie niemal trzech milionów uchodźców, którzy migrowali do Turcji od początku syryjskiego konfliktu w 2011 r. do strefy buforowej, którą właśnie zdobywa turecka armia.

Erdogan zdecydował się na wojnę również, a może przede wszystkim dlatego, że boi się rosnącej w siłę opozycji i niepokojów społecznych wywołanych kryzysem gospodarczym. No i zawsze marzył o strefie wpływów w Syrii. Chce być rozdającym karty w regionie „sułtanem”.

Tyle, że pretendentów do tej roli jest więcej. Amerykanie, którzy wycofali się z Kurdystanu syryjskiego, wcale nie porzucają Bliskiego Wschodu. Świadczy o tym wczorajsze oświadczenie Donalda Trumpa po raz kolejny ostrzegające Erdogana, by nie posuwał się za daleko. Z tureckim prezydentem rozmawiał wczoraj Mike Pence, amerykański wiceprezydent. Amerykanie nałożyli również personalne sankcje na trzech tureckich ministrów i kilku wysokich urzędników.

Waszyngton wywiera presję na Ankarę, by zatrzymała operację militarną. Ale Amerykanie popełnili błąd dając Turcji wolną rękę na początku. Teraz na tego, który realnie ma instrumenty, by powstrzymać rozpalającą się wojnę, wyrasta Władimir Putin. To Rosjanie występują jako obrońcy Kurdów. To oni stoją za reżimem Asada i spowodowali, że wojsko syryjskie przesunęło się na północ, zajmując pozycje bezpośrednio w sąsiedztwie posuwających się sił tureckich.

Repetowicz: Na wojnie o Kurdystan zyska Rosja

Tym samym zagrozili konfrontacją armii tureckiej już nie z Kurdami, ale z chronionymi przez Rosję władzami w Damaszku. W dodatku jeśli prawdziwe są doniesienia o konfrontacji rosyjskich Suchojów i tureckich F-16, doszło do bardzo niebezpiecznej sytuacji. Nie będzie to precedens. W listopadzie 2015 r., na turecko-syryjskim pograniczu Turcy strącili rosyjski Su-24. Wówczas Rosja i Turcja znalazły się na krawędzi wojny. Ale dziś sytuacja jest inna. Oba mocarstwa w Syrii wyznaczają sobie jedynie granice.

Druga faza

Kiedy w 2016 r. wspierane przez Rosjan i Irańczyków rządowe siły syryjskie i ich sojusznicze milicje szyickie zdobyły Aleppo, dynamika wojny w Syrii zmieniła się. Baszar al-Asad przejął inicjatywę. A ponieważ z nim, jako krwawym dyktatorem nikt nie chce rozmawiać, faktycznie głównym rozgrywającym stał się w Syrii Władimir Putin. To on triumfował w ubiegłym roku i na początku tego roku, kiedy pokonane zostało tzw. Państwo Islamskie. I to nic, że w ostatnim czasie trud walki wzięli na siebie głównie Kurdowie i siły koalicji międzynarodowej. Rosjanie pokazywali światu, że to oni zaprowadzili w Syrii porządek.

Podobną politykę prowadzą i dzisiaj. Nie ma wątpliwości, że tak, jak Amerykanie, również Moskwa dała Erdoganowi zielone światło do rozpoczęcia operacji wojskowej. Bez konsultacji z rosyjskim lotnictwem operującym z bazy w Hmejmim i uzgodnienia mapy drogowej działań militarnych Turcy nie zdecydowaliby się na wojnę. Po prostu groziłaby on wybuchem potężnego konfliktu z Rosją.

Tymczasem Erodgan i Putin są w wyśmienitych relacjach. Nie ma drugiego polityka NATO, który spotyka się z Putinem równie często. Turcja kupiła od Rosjan systemy przeciwlotnicze S-400 i zamierza pogłębiać współpracę militarną. Trudno sobie w tej sytuacji wyobrazić prawdziwy konflikt między Rosją i Turcją o Rodżawę (syryjski Kurdystan).

Obie strony będą działać tak, by do realnej konfrontacji nie doszło. Putin postawi Turcji granicę, nie pozwalając na całkowite zniszczenie kurdyjskiej autonomii. Jednocześnie wzmocni reżim z Damaszku. No i sam pokaże, że Moskwa w Syrii jest głównym rozgrywającym, zdolnym do powstrzymania Erdogana. Konflikt syryjski przypomina czasem krwawą szachownicę, na której mocarstwa przestawiają figury. Ale czasem ktoś ją wywraca i wojna nabiera nowej dynamiki.

Czasem dochodzi do przypadkowej konfrontacji, która przeradza się w kolejny epizod krwawej wojny. Zarówno Rosjanie i armia Asada, jak i Turcy mają po swojej stronie mało przewidywalne syryjskie bojówki i milicje, które prowadzą własną politykę. W dodatku w wyniku tureckich ataków z kurdyjskich więzień pouciekały setki dżihadystów upadłego Państwa Islamskiego. A to oznacza, że prosta kalkulacja poprzesuwania stref wpływów w Syrii może się nie udać. I skończy się jak zwykle: jeszcze bardziej krwawą wojną.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Zobacz też
Komentarze