Psy wojny na Białorusi, czyli kampania wyborcza Łukaszenki

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Białoruski prezydent nie prowadzi kampanii wyborczej, tylko operację specjalną w celu utrzymania władzy za wszelką cenę. Rosyjscy najemnicy zatrzymani na Białorusi dziś są dywersantami, ale jutro mogą okazać się zwykłymi turystami.

Dziś rano kandydaci w wyborach prezydenckich 9 sierpnia usłyszeli, że mają bardziej uważać. Wiece przedwyborcze mają być lepiej chronione. Daje to oczywiście siłom bezpieczeństwa instrumenty większej kontroli nad kampanią i jest rodzajem ostrzeżenia i żółtej kartki zwłaszcza dla Swiatłany Cichanouskiej. Podkładka na wypadek, gdyby trzeba było opozycjonistów zatrzymać, a wiece i protesty rozpędzić siłowo. Zupełnie inaczej wygląda rozpędzanie przeciwników politycznych, kiedy protestują przeciw sfałszowanym wyborom. A inaczej, kiedy wytłumaczy się Białorusinom i światu, że to walka „obrońcy białoruskiej niepodległości” z obcymi, rosyjskimi dywersantami, z tymi, których celem jest umocnienie wpływów Moskwy.

Wyborcze spotkania na Białorusi z zaostrzonymi środkami bezpieczeństwa

Grupa trzydziestu dwóch „wagnerowców” może być większa, jak twierdzą białoruskie władze. Andriej Raukou, sekretarz Rady Bezpieczeństwa powiedział dziś, że w Rosji przy granicy z Białorusią sformowane są kolejne dwie grupy dywersantów, które mają wziąć udział w zamieszkach. Taka eskalacja napięcia daje władzy instrumenty stosowania przemocy wobec ewentualnych protestów powyborczych. Demonstracja determinacji Alaksandra Łukaszenki i jego zdolności do zastosowania przemocy ma zaś protestom zapobiec i zastraszyć Białorusinów. Osią jego kampanii przedwyborczej jest bowiem terror. Wbrew temu co mówi o obronie Białorusi przed rosyjskimi wpływami, przemoc wpycha go dokładnie w ramiona Władimira Putina. Przemocą Alaksandr Łukaszenka zagwarantuje podległość, a nie niepodległość Białorusi.

Psy wojny

Najemnicy z tzw. grupy Wagnera podejmowali się różnych zadań w interesie Rosji. Są też najbardziej rozpoznawalną grupą najemników, opisaną tysiące razy nawet w tabloidach. Do tej pory nie byli jednak konsultantami politycznymi, ani nie występowali w reklamie przedwyborczej. Aż do wczoraj. Po pokazowym zatrzymaniu w podmińskim sanatorium „wagnerowcy” stali się kluczowymi aktorami przedwyborczej inscenizacji Alaksandra Łukaszenki. Od wielu miesięcy było jasne, że tzw. czynnik rosyjski będzie w kampanii białoruskiego prezydenta bardzo ważny. Łukaszenka straszył rosyjską ingerencją i pozował na obrońcę białoruskiej niezależności.

Mimo, że sam jest gwarantem uległości Mińska wobec Moskwy, wybrał drogę ostrych ataków na Rosję za niewdzięczność i traktowanie Białorusi jak kolonii. Oskarżał opozycję, że działa w interesie Moskwy. Od wielu dni białoruski prezydent podgrzewał atmosferę strachu. Mówił o wojnie domowej, o majdanie. Odwiedzając jednostki wojsk specjalnych mało dwuznacznie sugerował, że rozprawi się z „majdanem” siłą. Teraz, kiedy na Białorusi pojawili się „wagnerowcy” do mało wysublimowanej strategii Łukaszenka dostawił kolejny klocek. Dzięki niemu podbudował narrację o tym, że jest obrońcą niepodległości Białorusi.

Cena przemocy

Wbrew pozorom Łukaszenka miał przemyślaną kampanię. Wiedział, że nie da rady prowadzić jej w normalny sposób. Normalny, oznaczałoby w białoruskich warunkach przynajmniej tak, jak swoje kampanie prowadził w Rosji Władimir Putin. Czyli z potężną dawką propagandy i populizmu. Z rozdawaniem przywilejów socjalnych i hojnym szafowaniem obietnicami. Tylko, że taka kampania sporo kosztuje. A w białoruskim budżecie zwyczajnie nie ma pieniędzy. Jedyni legalnie pracujący socjolodzy musieli już dawno raportować prezydentowi, że nastroje apatii w społeczeństwie są silne. I zmęczenie stagnacją, nawet wśród elektoratu zwykle lojalnego wobec „baćki”, rośnie. Nawet zakochany w sobie i na pokaz zawsze przekonany, że naród go uwielbia Łukaszenka, musiał zauważyć, że tym razem zetknie się z potężną falą protestów. Po fasadowych wyborach oczywiście. Po ujawnieniu takiego wyniku wyborów, czyli jak zwykle, przygniatającego zwycięstwa prezydenta.

Łukaszenka zwołał pilne posiedzenie Rady Bezpieczeństwa

Łukaszenka nie jest naiwny, może i będzie mówił, że wynik pokazuje, że naród wciąż go kocha, ale w rzeczywistości dobrze wie, że za wyborczą fasadą istotne będzie to, kto wygra kampanię na ulicy. Ponieważ tym razem prezydenta nie było stać, by kupić choć część „ulicy”, to postanowił inaczej rozegrać kampanię wyborczą. Zamiast specjalistów od PR-u, zatrudnił tańszych specjalistów – tych z sektora siłowego, z KGB, armii i MSW. Mundurowi, jak to mundurowi, rozpoczęli operację specjalną. Jej celem jest wprowadzenie narracji wojennej. Nie ma w niej miejsca na niuanse. Albo się jest po stronie prezydenta-gwaranta niepodległości i stabilizacji, albo jest się wrogiem. A wroga trzeba zniszczyć.

Oskarżenia pod adresem Rosji i opozycji o przygotowania do przewrotu to elementy tej strategii śrubowania emocji i używania strachu. Nie jest to oczywiście długofalowa strategia i jakiś wybór geopolityczny Łukaszenki. Jak większość działań, które podejmował przez ostatnie 26 lat, także i tym razem to krótkowzroczna improwizacja. Chodzi wyłącznie o przetrwanie fasadowego rytuału wyborczego i zachowanie władzy. Dlatego nie można dać się nabrać na retorykę „rosyjskiego śladu” i narrację o obronie Białorusi przez Łukaszenkę. Zaraz po wyborach (a może jeszcze przed nimi) sprawa „wagnerowców” będzie wyciszona, albo okaże się, że wysłał ich jakiś niecny oligarcha rosyjski i Kreml nie ma z tą sprawą nic wspólnego.

Przeprowadzając operację specjalną wąska grupa mundurowych zauszników Łukaszenki musi liczyć się z pewnymi kosztami. Takimi jak użycie przemocy. Logika tej operacji prowadzi bowiem do wniosku, że gdyby jednak protesty powyborcze wybuchły, to naturalną konsekwencją będą różnego rodzaju prowokacje. Tajemniczy „dywersanci” mogą przecież sprowokować władze do użycia siły w celu pacyfikacji protestu. To z kolei postawi w kolejnych miesiącach Łukaszenkę wobec jednej alternatywy: dogadania się z Putinem i pozostania jedynym gwarantem podległości Białorusi wobec Rosji.

Białoruski prezydent nie może sobie zamykać drogi na Kreml. Po wyborach może okazać się zatem, że „wagnerowcy” byli na Białorusi na wakacjach.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Inne teksty autora w Dziale Opinie

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów