Przypadek Nawalnego. Jak pozbyć się berlińskiego pacjenta?

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Powrót Aleksieja Nawalnego jest wielkim problemem dla Władimira Putina. Z nich dwóch to opozycjonista prowadzi politykę, a prezydent operacje specjalne i wojnę.

Wczorajszy powrót Aleksieja Nawalnego z Berlina do Moskwy był wydarzeniem medialnym na globalną skalę. Dwieście tysięcy obserwujących na internetowych portalach… lot samolotu linii Pobieda z Berlina, relacje z łapanki na zwolenników Nawalnego na lotnisku Wnukowo. Potem szok, kiedy na tablicy przylotów obok numeru rejsu z Berlina pojawił się napis „odwołany”, a popularne internetowe serwisy rejestrujące trasy samolotów pokazały, że samolot linii „Pobieda” skręca na południe, a potem robi dziwne koła nad Moskwą. Wreszcie lądowanie na innym, moskiewskim lotnisku – Szeremietewie.

I nurtujące pytanie: zatrzymają go? Niestety zatrzymali. Nie mogło być inaczej. W planach Nawalnego był triumfalny powrót. Jako wyleczonej ofiary państwa Władimira Putina. Jako opozycjonisty, którego wspiera świat demokratyczny. I wreszcie, jako człowieka na tyle odważnego, że mimo próby zabójstwa, jakiego dokonały rosyjskie służby specjalne i dużego ryzyka, że zostanie aresztowany, pojechał prosto w paszczę lwa. Lew, jak to lew. Zachował się standardowo. Zaryczał i zaatakował. Jego służby przeprowadzają od wczoraj kolejną operację przeciw Nawalnemu. Znowu prezentując kuriozalne, nadmierne okrucieństwo.

Zatrzymany zaraz po lądowaniu. Rosyjskie służby „powitały” Nawalnego w Moskwie WIDEO

To nie jest panika Kremla. Tylko typowe, przesadne zwykłe działania. Podobnie zareagowała przecież władza Putina już w 2003 r. wobec budującego alternatywę polityczną dla Kremla Michaiła Chodorkowskiego. Kiedy wsadziła go do łagru, nie oglądając się zupełnie na reakcje świata, opinię publiczną i ewidentne straty, które poniosła rosyjska gospodarka.

Polityka i wojna

Aleksiej Nawalny wykonał kawał pracy. Kiedy kilka lat temu zaczynał występy na wiecach opozycji, albo publikował pierwsze materiały o korupcji w szeregach władzy. Był tylko jednym z opozycyjnych aktywistów kręcącym się wokół kręgów liberalnej, moskiewskiej śmietanki towarzyskiej. Owszem, charyzmatycznym i przemawiającym prostym, często dosadnym językiem chłopakiem z moskiewskiego osiedla. Pozostawał w cieniu swoich mentorów, np. Nikity Biełycha, późniejszego gubernatora w Kirowie, a obecnie odsiadującego wyrok za korupcję polityka ze starego, jeszcze jelcynowskiego zaciągu rosyjskich liberałów.

Przełomowy był 2017 r., kiedy na ulice wyszła masowo młodzież. To był bunt nowej, internetowej epoki. Inny, niż protesty na placu Błotnym. Nawalny w tej nowej rzeczywistości czuł się świetnie. Media społecznościowe stały się głównym kanałem komunikacji. Luźno i spontanicznie pączkujące w całej Rosji komórki aktywistów i mało sformalizowane struktury Fundacji Walki z Korupcją były jego „partią”. Kreml pogardliwie nazywał młodzież „chomikami Nawalnego”. Niby lekceważył, ale zaczął brutalnie pacyfikować demonstracje młodej opozycji, organizować procesy pokazowe internetowych blogerów i powoli wprowadzać cenzurę oraz kontrolę do sieci. Dotąd – dość mało skutecznie, bo sieć, choć zainfekowana kremlowską propagandą, pozostała sferą stosunkowej wolności.

Aleksiej Nawalny został aresztowany na 30 dni

Władza podeszła do Nawalnego standardowo. W Rosji już dawno nie ma polityki. Zastąpiła ją propaganda, socjotechnika, oraz operacje specjalne. Te ostatnie to narzędzie stosowane wobec przeciwników politycznych władzy. Kiedy tacy się pojawiają, rozpoczyna się operacja, której celem jest eliminacja przeciwnika. W myśl wojennej taktyki aparat państwa dąży najpierw do zmuszenia takiej osoby do porzucenia drogi konfrontacji z władzą. Przekupstwem, lub presją. Potem wyciąga mniej lub bardziej sfabrykowane sprawy karne. Metodą ostateczną jest fizyczna eliminacja przeciwnika. Nawalny doświadczył wszystkich narzędzi operacji specjalnych na sobie. Lecąc do Moskwy był świadom zagrożenia. Ale wybrał drogę przecież polityka. W kraju, w którym nie ma polityki, tylko wojna, to trudne i ryzykowne.

Wyciąganie cegły

Nawalny poszedł na „długi marsz”. Dlatego wszelkie nadzieje, że jego powrót do Rosji mógł być jak powrót ajatollaha Chomeiniego w 1979 r. do Teheranu, czy przyjazd Lenina do Rosji w 1917 r., były naiwne. Nawalny nie ma szans na szybkie rozpętanie rewolucji, która obali Putina. Mimo niewątpliwie nawarstwiającej się depresji społecznej, zmęczenia Kremlem, stagnacji gospodarczej i wybuchających w regionach buntów (jak ubiegłoroczny w Chabarowsku), nie ma jeszcze głębokiej erozji i sytuacji „rewolucyjnej”. Kryzys powiązany z pandemią dotknął Rosję, ale nie w takiej skali jak wiele innych państw. Nadal silne jest oddziaływanie propagandy i wciąż wielu Rosjan wierzy, że otrucie Nawalnego to zachodnia intryga.

Zachód oburzony zatrzymaniem Aleksieja Nawalnego

Opozycjoniście nie chodzi o rewolucję. Nie przyjechał do Rosji prowadzić lud na barykady, ale do wyborów. I to dlatego jest tak groźny dla Putina. Po zainicjowanej w ubiegłym roku wielkiej reformie konstytucyjnej, która ma gwarantować Putinowi zachowanie władzy nawet do 2036 r., tegoroczne, wrześniowe wybory do Dumy będą arcyważne. Jedna Rosja – partia władzy, musi zachować monopol. Zwłaszcza, że zużył się model z partiami satelickimi, takimi, jak LDPR, czy komuniści. Protesty w Chabarowsku (w których po stronie buntu stanęła nawet satelicka partia Żyrinowskiego), czy ostatnie wybory regionalne pokazały, że lojalność „przystawek” bywa kosztowna i często wątpliwa.

Tymczasem Nawalny już w czasie wyborów samorządowych w Moskwie w 2019 r. pokazał, że potrafi zorganizować środowiska opozycyjne i protesty. Nawet w warunkach wykluczenia jego kandydatów z udziału w wyborach. Oczywiste jest, że i tym razem władza nie dopuściłaby opozycji do wyborów. A jednak w napiętej sytuacji społecznej, kiedy w wielu regionach wybuchają rokosze wobec Moskwy, kiedy młode pokolenie w miastach żyje poza kremlowską bańką informacyjną, sama obecność Nawalnego pokrzyżowałaby plan bezproblemowego przeprowadzenia wyborów.

To za pomocą pozorowanych zmian w systemie władzy Putin chce pokazać, że nadąża za przemianami społecznymi i nie petryfikuje systemu władzy. Nawalny w Rosji zdecydowanie i z energią zabrałby się do udowadniania, że jest dokładnie odwrotnie. Koszmar Putina to sytuacja taka, jak na Białorusi. Kiedy protesty nabierają efektu kuli śnieżnej i ogniskują w sobie wszystkie słabości państwa, a władzy pozostaje jedynie przemoc.

Szef MSZ Rosji: Zachód mówi o Nawalnym, bo chce odwrócić uwagę od własnych problemów

Nawet kremlowscy specjaliści od PR-u muszą być pod wrażeniem sprawności Nawalnego. Bez milionów na koncie, bez oficjalnych mediów, struktur, zbudował może na razie niszową, ale alternatywę polityczną poza kontrolą Kremla. Przy tym Nawalny jest rasowym politykiem. W wielu obszarach nie wypowiada się w sposób miły dla zachodniego, demokratycznego ucha. Np. jego wypowiedź z października 2014 r. (a więc po agresji na Ukrainę), że Krym jest rosyjski i nie wróci do Ukrainy. Albo, że Białoruś to część „rosyjskiego świata”. Za te opinie jest do dziś delikatnie mówiąc nie lubiany na Ukrainie.

Celem Nawalnego jest jednak budowanie siły politycznej w Rosji. I jako jedyny ma narzędzia, żeby wyciągać pojedyncze cegły z kremlowskiego muru. Władimir Putin doskonale to widzi. Zwłaszcza, że jego widzenie jest wyostrzone paranoją „amerykańskiego spisku”. Jednym słowem dla Putina Nawalny nie tylko jest przeciwnikiem politycznym, ale i agentem Zachodu. A więc jest w optyce Kremla dużo groźniejszy, niż jest w rzeczywistości. Tym bardziej operacja specjalna, której celem jest wyeliminowanie Nawalnego z rosyjskiego krajobrazu politycznego będzie kontynuowana. Czy odbędzie się to za pomocą wyroku więzienia, czy wygnania za granicę, czy czegoś gorszego – to już kwestia tego, jak dalej ułoży się sytuacja.

Dzisiejsza decyzja sądu w Chimkach potwierdziła, że Nawalny pozostaje zakładnikiem Putina przez 30 dni. To czas na wybadanie reakcji Zachodu, nowego prezydenta USA i opracowanie kolejnego etapu operacji.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Inne teksty autora w dziale Opinie

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów