“Przestańmy mówić, że na Białorusi nie ma sztuki współczesnej.” Siarhiej Szabochin o przełomowej wystawie

fotoreportaż

Siarchiej Szabochin

W mińskiej galerii Ў trwa wystawa “Zbor in Progress”, na którą składa się 40 najważniejszych i najbardziej wpływowych dzień współczesnej sztuki białoruskiej. O znaczeniu “Zboru” i jego genezie belsat.eu rozmawiał z malarzem, kuratorem i ednym z twórców wystawy Siarhiejem Szabochinem.

– Dlaczego “Zbor” najpierw pokazywano w Polsce i na Ukrainie, a dopiero po trzech latach na Białorusi?

– Właściwie to wszystko zaczęło się od badawczej platformy “Kalektar”, archiwum współczesnej sztuki białoruskiej.

W 2014 roku, gdy powstał, nie mieliśmy ani muzeum ze znaczną kolekcją, ani wyraźnej analizy zjawiska, ani wsparcia w badaniu białoruskiej sztuki współczesnej. Nawet środowisko eksperckie jeszcze kilka lat temu nie znało niektórych ważnych dzieł, nie widziało nawet niektórych artystów. Poważnym problemem Białorusi jest krótka pamięć. Wszyscy na to narzekają – co tylko się pojawi, zawsze jest uważane za pierwsze.

Siarhiej Szabochin. “Art-terroryzm. Od partyzantki do art-aktywizmu”. Zdjęcie Iryna Arachouskaja, belsat.eu

– Dlatego zbieramy archiwum, a w przyszłości chcemy otworzyćswoje muzeum sztuki współczesnej. Ale przed nami jest cały szereg niezbędnych kroków: badania, wybór i organizacja archiwów, analiza, wybór prac. I dopiero po tym, stworzenie muzeum. Nie liczymy już na wsparcie państwa, liczymy tylko na to, by nam nie przeszkadzała.

I tak, pracując nad archiwum, menadżer naszej platformy Pawieł Preabrażenski był na stypendium “Gaude Polonia” w galerii Arsenał w Białymstoku. Tam uczył się, jak zbudowane jest muzeum, jak się je opracowuje. Pawieł powiedział o naszym projekcie dyrektorce galerii Monice Szewczyk i bardzo ją natchnął “Kolektarem”.

Równolegle otrzymaliśmy dofinansowanie, by napisać recenzje 40 dzieł białoruskiej sztuki współczesnej. Zaproponowaliśmy Monice, by wystawić te prace, i Arsenał wsparł nas i pieniężnie, dzięki czemu udało się nam zrobić wystawę w Białymstoku. To właśnie galeria Arsenał jest głównym i pierwszym partnerem wystawy “Zbor”. Kuratorem był wraz ze mną Siarhiej Kiruszczanka.

Wystawa “Zbor”. Zdjęcie Iryna Arachouskaja, belsat.eu

 

– Kto finansował “Zbor” i według jakich kryteriów dobrano ekspertów?

– Organizacja “Kalektar” została zarejestrowana w Polsce przez polskich partnerów. I właśnie tam znaleźliśmy pieniądze na napisanie tych 40 krytycznych tekstów, o których mówiłem wcześniej. Tak naprawdę, to były maleńkie fundusze, po 100 euro na materiał. To był zwyczajny mecenat, wsparcie ważnego projektu, nikt nie mówił nam, kogo mamy zaprosić jako eksperta, czy krytyka. To był nasz wybór [twórców projektu “Kalektar” Siarhieja Szabochina i Siarhieja Kiruszczanki – przyp. red.].

 

Przepytaliśmy ponad 35 ekspertów. Zadaliśmy im jedno pytanie: jakich dzieł, nazwisk i zjawisk nie może zabraknąć w przyszłym muzeum sztuki współczesnej? I odpowiedzi bardzo mocno się różniły, w tym samych nazwisk było ponad 150, plus zjawiska, wystawy, procesy.

Po zebraniu tego wszystkiego, sześcioro ekspertów zabrało się za analizowanie. W tej radzie, która ze 150 dzieł wybrała 40, byli Tacciana Arcimowicz, Alaksiej Barynionak, Andrej Durejka, Walancina Kisialowa, Alaksiej Łuniou, Alena Prenc.

Zdjęcie: Iryna Arachouskaja, Biełsat

 

– Czy mamy wystarczająco dużo krytyków, którzy zajmują się białoruską sztuką współczesną, jej oceną i sensem?

 

– Nie, jest ich niewystarczająco dużo, ale są. Gdy wybraliśmy 40 dzień dla “Zboru”, idealistycznie myślałem, że teksty napisze 40 różnych krytyków. By skrzyżować nie tylko strategie twórcze, ale i myśli krytyczne, sposoby pisania o sztuce. Oczywiście, okazało się to niemożliwe.

 

– Dlaczego?

 

– Mamy problemy z edukacją wyższą. Jest jedynie przedmiot “Torie i praktyki sztuki współczesnej” na Europejskim Uniwersytecie Humanistycznym [w Wilnie], skąd wywodzi się większość ekspertów. Inni z tych, którzy piszą i krytykują, mieszkają za granicą i mają dobre wykształcenie zdobyte tam, albo przyszli z innych sfer. Na przykład Tania Arcimowicz przyszła z teatru, ktoś zaczynał jako dziennikarz, jak Wolha Bunicz. Rzecz w tym, że mamy mało teorii, i brakuje nam doświadczenia w tej dziedzinie.

Ale musimy przestać mówić, że czegoś u nas nie ma. Możemy dać radę i z tą ilością krytyków, jaka jest, ale oczywiście lepiej, by było ich więcej.

Chcemy, by pojawiali się młodzi i była konkurencja, wzrastał profesjonalizm. System sztuki nie jest na tyle upolityczniony, nie przyciąga na tyle. Studenci, którzy uczą się za granicą, nie zawsze są zainteresowani powrotem, tym, by robić coś na Białorusi.

– Na ile nasza sztuka współczesna jest współczesna? Czy można powiedzieć, że białoruska sztuka odstaje w porównaniu z innymi państwami?

– Sama sztuka nie odstaje. Są ludzie, którzy tworzą bardzo aktualne dzieła, co potwierdzane jest tym, że zagraniczni kuratorzy włączają te twory do najnowszych wystaw. Artyści zawsze byli i będą, nawet jak w państwie będzie jeszcze gorzej, artystów może pojawić się nawet więcej. Sztuka będzie zawsze – i dzięki czemuś, i na przekór.

Zadaniem “Zboru” jest natchnienie sztuką widza, bo sztuka jest na Białorusi tym, co najcenniejsze.

Nasi twórcy pracują nad tematami, którymi żyje cały świat: tematem imigrantów, globalizmu i antykapitalizmu, feminizmu i postkolonializmu, teorią gueer i seksualnością. Przy tym niektórzy dalej rozwiązują niektóre czysto artystyczne problemy – prace z abstrakcją, z formą, materiałem, koncepcją. Sztuka współczesna to progresywne wrzenie.

Zdjęcie: Iryna Arachouskaja, Biełsat

Nie nadążają u nas jednak albo brak jest najważniejszych elementów współczesnego systemu artystycznego: wykształcenia, finansowania, popularyzacji, prasy specjalistycznej. Nie było u nas nawet podobieństw do rynku sztuki, jaki był w Kijowie i Rosji w latach 90-tych.

Ale może to i dobrze, bo nigdy nie wiadomo, czy to źle, czy dobrze. Nigdy nie zaznaliśmy tego szaleństwa, ale za to pojawiały się u nas i pojawiają inne formy. Na przykład nasi koledzy z zagranicy uważają projekt “Kalektar” za unikatową współczesną formę, oni nam nawet zawodowo zazdroszczą. Nasza strategia jest pod wieloma względami postępowa.

– W “Zborach” jest praca ALaksieja Łuniowa “Niczego nie ma” o białoruskiej sztuce pierwszej dekady XXI wieku. Czy sytuacja się zmieniła, czy też dalej nic u nas nie ma?

– Ta praca jest o sytuacji białoruskiego pawilonu w Wenecji. Praca opowiada o tym, jak relikwie świętego Piotra zostały przywiezione do Wenecji. Kupcy zarzucili te relikwie wieprzowiną, by muzułmanie ich nie znaleźli, dzięki czemu przewieźli je z Konstantynopola do Wenecji. I gdy pytano się, czy coś mamy, Łuniou odpowiada, że niczego nie ma. Bo wtedy, w 2009 roku, gdy tworzył tą pracę, Białoruś ani razu nie uczestniczyła w Weneckim Biennale.

 

 

Alaksiej Łuniou, „Niczego nie ma”. Zdjęcie: Iryna Arachouskaja, belsat.eu

O tym, co się zmieniło, a także o 2009 roku, ja także robiłem projekt, ankietę w galerii Ў. Stał tam samochód-urna do głosowania, do której ludzie wrzucali ankiety. Było wiele pytań na temat stanu białoruskiej sztuki współczesnej. Wyniki były bardzo smutne – naprawdę okazało się, że “niczego nie ma”.

Byli artyści, byli odbiorcy, a cała infrastruktura była w takim początkowym stadium. Ponowne badanie robiłem dwa lata temu, i teraz widać, że wszystko ruszyło z martwego punktu, rozwija się. Można to krytykować, ale rozwija się.

Najważniejsze jest, byśmy razem pracowali, współpracowali, a nie zrzucali to na tego, kto, jak się wydaje, musi to robić. Brakuje nam ludzi, dlatego jestem i artystą, i kuratorem, i środkami się zajmuję. Wychodzi na to, że trzeba w tej kwestii robić wszystko na raz. I myślę, że dzięki temu nawet takimi siłami można zmieniać i dodawać naszej sztuce profesjonalizmu, wsparcia nowych uczestników i widzów.

Rozmawiała Nasta Chrałowicz, pj/belsat.eu

Zobacz też
Komentarze