Przed II turą wyborów prezydenckich w Mołdawii: Zachód vs Rosja

Kamil
Całus
Analityk Ośrodka Studiów Wschodnich, specjalista ds. Rumunii i Mołdawii

W pierwszej turze wyborów prezydenckich w Mołdawii, które odbyły się 1 listopada największe poparcie 36,16 proc. uzyskała była premier, a zarazem liderka prozachodniej Partii Działania i Solidarności (PAS) Maia Sandu. Tym samym wyprzedziła ona starającego się o reelekcję faworyta wyścigu wyborczego, prorosyjskiego Igora Dodona, na którego głos oddało 32,6 proc. uprawnionych.

Taki rezultat niedzielnego głosowania był zupełnie niespodziewany. Niemal wszystkie sondaże zgodnie wieszczyły, że choć wybory rozstrzygną się dopiero w drugiej turze, to pierwszą zdominuje Igor Dodon z wynikiem o 5-10 punktów procentowych wyższym niż przewodnicząca PAS. Sukces Mai Sandu bez wątpienia zwiększy szansę byłej premier na pokonanie obecnego prezydenta i da jej wyborcom nową nadzieję na zmianę sytuacji w kraju. Niestety, będzie on także popychał Dodona i popierającą go Partię Socjalistów (PSRM) do skorzystania z wszelkich dostępnych narzędzi w celu zablokowania możliwego zwycięstwa byłej premier.

Maia Sandu w czasie kampanii prezydenckiej, zdj.: Wikipedia

Prorosyjski konkurent

Najbardziej zaskoczony i rozczarowany wynikiem niedzielnego głosowania jest niewątpliwie Igor Dodon. Nie tylko był on niemal pewny uzyskania lepszego rezultatu niż jego główna konkurentka, ale generalnie oczekiwał większego poparcia ze strony swoich wyborców. Tymczasem 1 listopada zdołał zebrać zaledwie niecałe 440 tysięcy głosów, czyli aż o 240 tysięcy mniej niż w wyborach przed czterema laty, gdy osiągając 48 proc. poparcia niemalże wygrał z Sandu już w pierwszej turze.

Głównym powodem względnie niskiego wyniku Dodona jest uczestnictwo w wyborach opowiadającego się za bliskimi relacjami z Moskwą charyzmatycznego populisty, Renato Usatiego. Ten kontrowersyjny polityk i biznesmen zdołał uzyskać aż 17 proc. poparcia, pozbawiając urzędującego prezydenta znacznej części głosów. Kolejnych wyborców odebrała Dodonowi reprezentującą sympatyzującą z Rosją Partię Șor Violetta Ivanov, która uzyskała 6,5 proc. głosów.

Igor Dodon i Władimir Putin, zdj.: Wikipedia

Tak dobry wynik Usatiego świadczy o narastającym rozczarowaniu prorosyjskiego elektoratu Dodonem. W oczach wielu Mołdawian obecny prezydent postrzegany jest jako osoba skorumpowana i powiązana ze zbiegłym z kraju w czerwcu 2019 roku oligarchą Vladem Plahotniukiem. Na wizerunek Dodona negatywnie wpłynęły krążące w ostatnich kilkunastu miesiącach w mediach nagrania, na których oligarcha przekazuje mu czarną reklamówkę zawierającą – jak powszechnie się uważa – pieniądze.

Popularności nie przysparzał też Dodonowi brak sukcesów w walce z pandemią koronawirusa. Mołdawia jest jednym z najsilniej dotkniętych nią państw w Europie, a jej niedoinwestowana i cierpiąca na braki kadrowe służba zdrowia nie radzi sobie z narastającą liczbą chorych. Cieniem na popularności prezydenta kładły się też w ostatnim czasie działania kojarzonego z nim rządu premiera Iona Chicu. Z ogromną falą niechęci spotkało się np. zorganizowanie przez Chicu, mimo obowiązującego w kraju zakazu dużych imprez rodzinnych, wesela syna.

Pomoc z zagranicy

Tymczasem w przypadku Sandu kluczowym elementem jej sukcesu w pierwszej turze wyborów okazało się rekordowe poparcie mołdawskiej diaspory. Na emigracji żyje wedle różnych szacunków nawet około jednego miliona Mołdawian, przy czym zdecydowana większość mieszka w krajach UE, Rosji a także w Wielkiej Brytanii i USA. Mimo ograniczeń związanych z trwającą pandemią oraz długich, wymagających niekiedy wielogodzinnego oczekiwania kolejek przed konsulatami mołdawscy emigranci wykazali się rekordową mobilizacją. Do urn poza granicami kraju poszło w sumie 150 tys. wyborców, czyli ponad dwukrotnie więcej niż w trakcie pierwszej tury wyborów prezydenckich z 2016 roku. Aż 70 proc. z nich poparło w niedzielnym głosowaniu Sandu, co oznacza że co piąty oddany na byłą premier głos pochodził z komisji zagranicznej. Liczba uprawnionych do głosowania wynosi 3.27 mln osób.

Mołdawia szykuje się do II tury wyborów prezydenckich

Komentując poparcie udzielone jego rywalce przez emigrantów Igor Dodon z przekąsem nazwał diasporę „równoległym elektoratem” mającym „własną wizję i własne preferencje polityczne, w większości odmienne, sprzeczne z preferencjami większości mieszkającej i pracującej w domu w Mołdawii.” W tym kontekście ironią losu jest fakt, że jeszcze kilka tygodni Igor Dodon temu robił wszystko by także zapewnić sobie głosy licznej, szacowanej na kilkaset tysięcy osób diaspory mołdawskiej mieszkającej w Rosji. Ludzie ci tradycyjnie popierają kandydatów i partie opowiadające się za współpracą z Kremlem. Jeszcze we wrześniu mołdawskie media donosiły, że PSRM prawdopodobnie fałszuje podpisy obywateli Mołdawii deklarujących chęć głosowania na terenie Federacji Rosyjskiej, aby maksymalnie zwiększyć liczbę punktów wyborczych działających w tym kraju.

Mimo protestów ze strony opozycji Centralna Komisja Wyborcza opierając się o zebrane listy z podpisami zadecydowała o uruchomieniu aż 17 punktów do głosowania w Rosji. Dla porównania, podczas wyborów prezydenckich w 2016 r. było ich zaledwie 8. Strategia ta nie przyniosła jednak oczekiwanego rezultatu. Gdy w głosujących masowo za Sandu Włoszech, Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech i Rumunii przy urnach stawiło się w sumie ponad 100 tysięcy wyborców, to w Rosji swój głos zdecydowało się oddać zaledwie 5 600 osób.

Niepewność i manipulacje

Nie ma wątpliwości, że dwutygodniowa kampania przed zaplanowaną na 15 listopada drugą turą wyborów prezydenckich będzie bardzo intensywna. Niedzielny sukces Sandu dał jej wiarę w zwycięstwo i mobilizuje ją do ostrej walki o serca i umysły tej części jej elektoratu – przede wszystkim młodych ludzi – którzy nie brali udziału w niedawnym głosowaniu. Grupa ta może być całkiem spora, gdyż frekwencja w tegorocznych wyborach wyniosła w pierwszej turze zaledwie niecałe 43%, o 7 pp. mniej niż przed czterema laty. Jednocześnie Sandu może liczyć na znaczną część głosów którą otrzymała czwórka innych kandydatów reprezentujących opcje prozachodnią, którzy w sumie zdobyli niecałe 8% poparcia. Politycy ci zapowiedzieli już poparcie dla liderki PAS.

Wielką niewiadomą pozostaje to, kogo zdecyduje się poprzeć w drugiej turze elektorat Renato Usatîiego. Tymczasem kwestia ta może mieć decydujący wpływ na ostateczny wynik wyborów. Choć naturalnym kandydatem byłby dla nich prorosyjski Dodon, to ze względu na otwarty konflikt między obecnym prezydentem a Usatîim wielu wyborców tego ostatniego może w ogóle zrezygnować z udziału w głosowaniu. Niewykluczone nawet, że część z nich w geście protestu zdecyduje się wesprzeć Sandu. Sam Usatîi nie ogłosił jeszcze na kogo odda swój głos, ale zapowiedział, że 3 listopada odbędzie z liderką PAS spotkanie, na którym zapewne temat ten zostanie poruszony.

W ten sposób zachęcał swoich wyborców do głosowania na siebie w wyborach 1 listopada.

Dodon może co prawda liczyć na część elektoratu Ivanov, ale głosy te nie będą miały już większego znaczenia dla ostatecznego wyniku. Ryzyko porażki będzie niewątpliwie zachęcało Dodona do skorzystania z możliwości jakie daje mu kontrola nad aparatem administracyjnym i zastosowania manipulacji wyborczych. Nie jest wykluczone, że socjaliści spróbują powtórzyć znany z poprzednich wyborów proceder zorganizowanego dowozu posiadających paszporty mołdawskie mieszkańców separatystycznego Naddniestrza do punktów na terenach kontrolowanych przez Kiszyniów. Elektorat ten tradycyjnie opowiada się za kandydatami prorosyjskimi.

W tym celu na terytorium prawobrzeżnej Mołdawii uruchomione zostaną 42 punkty wyborcze. To o 12 więcej niż w 2016 r. Działań takich oczekiwano już w pierwszej turze, ale obóz Dodona nie zdecydował się na nie prawdopodobnie nie chcąc ryzykować oskarżeń o oszustwa wyborcze (zorganizowany dowóz wyborców jest od tego roku formalnie zakazany).

Niewykluczone, że w razie ewentualnej wygranej Sandu Dodon będzie dążył też do unieważnienia wyników wyborów np. zarzucając byłej premier korzystanie w celach agitacyjnych z wizerunku zagranicznego polityka, czego zakazuje mołdawski kodeks wyborczy. Kandydatkę tę poparli m.in. lider Europejskiej Partii Ludowej, Donald Tusk oraz niemiecka CDU, czego jednak Sandu nie wykorzystywała bezpośrednio w kampanii wyborczej.

Próby fałszerstw i manipulacje wyborcze, które dadzą zwycięstwo Dodonowi spotkają się niewątpliwie z ogromnym oburzeniem ze strony prozachodniego elektoratu, w którym sukces Sandu w pierwszej turze wyborów rozbudził ogromne nadzieje na zmiany. Odebranie tej nadziei poprzez zablokowanie zwycięstwa liderki PAS doprowadzić może do wybuchu protestów. Wydaje się że zarówno wspierająca Dodona media mołdawskie jak i rosyjscy politycy zdają sobie sprawę z zagrożenia wynikającego z takiego scenariusza i od kilku ostatnich miesięcy próbują ograniczyć potencjał protestu strasząc mołdawski elektorat tzw. „scenariuszem białoruskim”.

Co łączy protesty na Białorusi i w Polsce, Biełsat i ZPB? Wersja Moskwy

Najbardziej jaskrawym przykładem takich działań jest wypowiedź szefa Wywiadu Zagranicznego Federacji Rosyjskiej, Siergieja Naryszkina, który 20 października stwierdził, że Mołdawia jest kolejnym po Białorusi i Kirgistanie celem USA, które „mieszają się w wewnętrzne sprawy przyjaznych Moskwie państw”. Wedle Naryszkina „ambasada USA w Kiszyniowie od pewnego czasu naciska na opozycję by organizowała masowe protesty i żądała ustąpienia prezydenta w przypadku reelekcji Dodona”. Deklaracje takie mają z jednej strony zniechęcić do ewentualnych demonstracji, zaś z drugiej – w razie gdyby doszło do protestów – umożliwić oskarżenie opozycji o działanie z inspiracji zachodnich aktorów międzynarodowych i agentury.

Dla belsat.eu Kamil Całus

Autor jest ekspertem Ośrodka Studiów Wschodnich oraz autorem wydanej w tym roku książki „Mołdawia. Państwo niekonieczne”.

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów