Prezydent dnia wczorajszego. Białorusini wyrośli z reżimu Łukaszenki

Alaksandr
Kłaskouski

Protesty, które wybuchły na Białorusi po wyborach prezydenckich 9 sierpnia, najprawdopodobniej będą cichnąć. Alaksandr Łukaszenka wciąż trzyma władzę w garści. Wyszkoleni żołnierze ze środkami specjalnymi w postaci armatek wodnych, granatów hukowych i gumowych pocisków, ze spektakularną brutalnością tłumią uliczne protesty.

W ciągu ostatnich czterech dni zatrzymano siedem tysięcy osób. Więźniowie są bici i dręczeni. Obrońca praw człowieka Aleś Bialacki porównuje miejsca przetrzymywania porwanych z ulicy osób do obozów koncentracyjnych. Priorytetem władz zdaje się być takie zastraszenie i złamanie morale protestujących, żeby siedzieli cicho. Wydaje się, że niektórym pałkarzom poczucie bezkarności wprost uderzyło do głów. Liczba więźniów politycznych może wkrótce znacznie wzrosnąć.

Z pałką dyskutować nie będziesz. Pokojowo nastawieni ludzie (choć zdarza się, że przemoc służb spowodowała reakcję) nie dadzą rady OMON-owi i specnazowi. Dla Alaksandra Łukaszenki będzie to jednak pyrrusowe zwycięstwo. Bez względu na to, ile osób będzie wywijało pałkami, ludzie nie uwierzą w oficjalne wyniki wyborów, zgodnie z którymi niezmienny prezydent otrzymał 80 proc. głosów, a jego główna rywalka Swiatłana Cichanouskaja zaledwie 10 proc.

Władza wywołała chaos

Takich kolejek do lokali wyborczych na Białorusi jeszcze nie było. Mińsk, 9 sierpnia 2020 r. Zdjęcie: Alisa Hanczar/belsat.eu

Dlaczego ludzie nie wierzą? Poprzednie kampanie też nie były wzorem demokracji, ale ta była niespotykanie brutalna, a liczenie głosów było mniej przejrzyste, niż kiedykolwiek. Zwykle unikam takich słów, ale w tym przypadku aż ciśnie się na usta, że władze przeprowadziły te wybory skandalicznie, całkowicie gardząc prawem i zasadami. Równie skandalicznie wyglądają działania formacji siłowych w ostatnich dniach.

Jeżeli człowiek stojący na czele państwa rzeczywiście miał tak kolosalne poparcie, jak zapewniała machina propagandowa z pomocą „socjologów po cywilnemu”, to po co było całe to dręczenie rywali, zamykanie ich w więzieniach, odcinanie opozycji od komisji wyborczych i wyrzucanie obserwatorów z lokali? Zresztą w szeregu lokali wyborczych triumf Cichanouskiej odnotowano. A po sąsiedzku, rzekomo, triumfował Łukaszenka. Taki statystyczny roller coaster jest niemożliwy. Zwolennicy Cichanouskiej są przekonani, że członkowie niektórych komisji wyborczych po prostu znaleźli w sobie odwagę, by nie fałszować protokołów i że gdyby wszyscy tak postąpili, to właśnie ona zostałaby prezydentem.

5 proc. dla Łukaszenki. Uczciwe wyniki spod Mińska FOTO

Poczucie zdeptanej sprawiedliwości i ukradzionych wyborów sprawiło, że ludzie wyszli na ulice. Łukaszenka w typowym dla siebie stylu starał się zdyskredytować zwolenników zmian i uczciwych wyborów, stwierdzając, że „trzonem wszystkich tych tzw. protestujących są ludzie z kryminalną przeszłością i bezrobotni”. Władze są przyzwyczajone do przedstawiania swoich przeciwników jako szumowin, za którymi stoją zagraniczni władcy marionetek. Tym razem jednak taka propaganda absolutnie nie zadziała. Zwolennicy zmian widzą, że jest ich wielu; wygląda na to, że są w większości.

Naród dojrzał do zmian

Wielotysięczny wiec Swiatłany Cichanouskiej w Brześciu. Zdj. Belsat.eu

W minionej kampanii polityczni neofici – przede wszystkim gospodyni domowa Cichanouskaja i jej waleczne przyjaciółki – dokonali tego, czego tradycyjna opozycja nie była w stanie zrobić przez wiele lat: zainteresowali polityką i zjednali sobie milionowe masy. A może po prostu nadszedł odpowiedni czas i ludzie dojrzeli.

W ciągu 26 lat rządów Łukaszenki społeczeństwo zmieniło się na lepsze, wyrosło z „sowieckiego ubrania”, a konserwatywny władca, wierzący w siłę bata, mentalnie pozostał w minionym tysiącleciu – w czasach, kiedy doszedł do władzy. Powtarzane przez niego przed wyborami przerażające historie, jakoby reformy miały cofnąć kraj do lat dziewięćdziesiątych, gdy ludzie chodzili w łapciach, a w całym Mińsku mąki starczało na trzy dni (oczywiście do momentu, gdy przyszedł On, Wielki Wódz, i uratował kraj), nie robią już żadnego wrażenia na otoczonej elektroniką i jeżdżącej za granicę młodzieży. Starsi też widzą, że kraj znalazł się w martwym punkcie. Białorusini chcą europejskich standardów życia zarówno pod względem materialnym, jak i pod względem praw i wolności.

Państwo jeszcze bardziej policyjne?

Pacyfikacja starego miasta w Mińsku. 10 sierpnia 2020 r. Zdjęcie: Alisa Hanczar/belsat.eu

W 1994 roku, owszem, wielu zwykłych ludzi, ogłuszonych hukiem upadającego Związku Sowieckiego, z czystym sumieniem oddało głos na wyrazistego Łukaszenkę, który obiecał przywrócić świetlaną przyszłość. W ciągu ostatnich lat społeczeństwo zdołało jednak wyprzedzić swoją zardzewiałą władzę. Architekt anachronicznego reżimu w ogóle nie chce tego widzieć i nie chce uznać narodu za podmiot polityki. Jest mu wygodniej postrzegać i tłumaczyć sobie wydarzenia w kategoriach spisku. Zaklina się przy tym, że nikomu państwa nie odda (jednocześnie zgrabnie utożsamiając z państwem swoją monarszą władzę).

Wygląda na to, że reżimowi wystarczy brutalnej siły, by zdusić aktualne protesty. Ale co dalej? Łukaszenka nie ma odpowiedzi na proste pytania: co zrobić z gospodarką, jak zapewnić rozwój Białorusi, jak przekształcić ją w „kraj do życia” (tak brzmiało hasło Cichanouskiej) według europejskich standardów? Pałkami gospodarki się nie rozpędzi. Biedne życie z cienkim portfelem tylko podgrzeje nastroje wśród ludzi, a i prawa i wolności polityczne, jak się okazało, nie są już dla mas Białorusinów pustymi hasłami.

Najsensowniejszą rzeczą, jaką mogłaby zrobić władza, byłoby nawiązanie dialogu z przeciwnikami, rozładowanie napięć i przeprowadzenie kontrolowanej transformacji systemu. Znając jednak sposób działania Łukaszenki (przekładanie przeciwników przez kolano) i sądząc po jego retoryce, naiwnym byłoby spodziewanie się tak postępowego wariantu. Znacznie bardziej prawdopodobne jest to, że Białoruś stanie się państwem policyjnym jeszcze bardziej, niż dotąd.

Społeczeństwo się umacnia, a reżim drży

Na mińskim osiedlu Uruczcze tysiące osób stanęły w łańcuchu solidarności z ofiarami pacyfikacji. Mińsk, 13 sierpnia 2020 r. Zdjęcie: Alaksandr Wasiukowicz/vot-tak.tv/belsat.eu

W obecnej sytuacji Łukaszenka całkowicie podważył legitymację swojej władzy zarówno w kraju, jak i poza nim, a państwo policyjne, jak podkreśla ekspert ds. bezpieczeństwa Andriej Porotnikow, to kosztowna przyjemność; nie da się dobrze wyżywić oraz wyposażyć hordy bezpieczniaków, jednocześnie wypełniając obowiązki wobec społeczeństwa. A dojrzałe społeczeństwo będzie się temu przeciwstawiać.

W efekcie tych wyborów społeczeństwo doznało ogromnej traumy, ale też zdobyło cenne doświadczenie. Ludzie uczą się samoorganizacji, wzajemnej pomocy, solidarności. W krótkim czasie, dzięki kampanii „By_help” na pomoc represjonowanym zebrano ponad milion dolarów.

W tych dniach Białorusini pokazali, że są narodem w sensie politycznym, europejskim z poczuciem własnej wartości. Pragnienie zmian i wolności rośnie, a reżim drży. Jego erozja jest nieunikniona. Jednak przykład wenezuelskiego satrapy Nicolasa Maduro (który pośpiesznie pogratulował Łukaszence „przeważającego zwycięstwa”) pokazuje, że nawet mimo nienawiści tłumów władza może długo „trzymać się na pałach”. Białorusinów też czekają teraz ciężkie, dramatyczne czasy. 9 sierpnia, dzień wyborów, nie tylko nie zamknął sprawy, a jedynie rozpoczął odliczanie do końca reżimu Łukaszenki.

Alaksandr Kłaskouski dla belsat.eu

Więcej tekstów autora w dziale Opinie

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów