Po pierwszej nocy protestów zaczął się wyścig z czasem

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Wczoraj prezydent Białorusi opuścił maskę i pokazał, że zależy mu na szybkim zdławieniu oporu przemocą. Białorusini są jednak zdeterminowani w walce o zmianę. Od uporu i siły każdej ze stron, oraz reakcji Zachodu będzie zależeć jak zakończy się konfrontacja.

Trzy tysiące zatrzymanych, kilkaset rannych, w tym wielu ciężko. Jedna ofiara śmiertelna – chłopak rozjechany przez milicyjną ciężarówkę. Tak wygląda bilans pierwszej nocy białoruskiego lata. Od wielu tygodni jasne było, że ku takiemu scenariuszowi zmierza polityka Alaksandra Łukaszenki. Równie oczywiste było, że tym razem Białorusini nie przełkną spokojnie ponad 80 proc. wyniku „za” prezydentem, bo od wielu miesięcy znaczna ich część pokazywała, że chce zmiany i ma dość ćwierćwiecza z Łukaszenką. Bilans pierwszej nocy nie jest niestety zamknięty. Teraz m.in. od reakcji świata zachodniego zależy, czy kolejne dni będą równie pełne przemocy ze strony białoruskich sił bezpieczeństwa, jak noc z niedzieli na poniedziałek.

Pierwsza krew

Nie ma prostej analogii między wydarzeniami na kijowskim Majdanie w 2013 r. i 2014 r., a sytuacją na Białorusi. Na Ukrainie napięcie eskalowało w ciągu tygodni. Dobrze zapamiętane i odznaczone w kalendarzu ukraińskiej rewolucji są momenty, kiedy siły bezpieczeństwa po raz pierwszy pobiły demonstrantów, kiedy pierwszy raz użyły broni gładkolufowej, a kiedy ostrej. Do historii przeszedł moment, kiedy zginął pierwszy demonstrant – dwudziestoletni Serhij Nihojan zastrzelony przez Berkut 22 stycznia 2014 r. Ponad półtora miesiąca od początku ukraińskiej rewolucji.

W Mińsku dramat wczorajszych wydarzeń rozgrywał się w ciągu godzin, nie tygodni. Białoruska milicja, działając według instrukcji swoich generałów, którzy doskonale przeanalizowali ukraiński majdan, nie eskalowała używanych środków przemocy stopniowo. Od razu była blokada miast, gaz łzawiący, armatki wodne, granaty hukowe i broń gładkolufowa. Białoruski OMON, milicja i wojska wewnętrzne mają za zadanie przede wszystkim obronić centrum Mińska. To dlatego większość sił OMON-u (formacji stosunkowo nielicznej – ocenianej na nie więcej niż 2 tys. funkcjonariuszy) sprowadzono do stolicy. W miastach na prowincji do pacyfikacji, czy raczej obrony centrów i kluczowych urzędów zmobilizowani są zwykli milicjanci wyposażeni jedynie w tarcze, kaski i ochraniacze.

Centralna Komisja Wyborcza: 80,23 proc. dla Łukaszenki

Władza przeanalizowała przebieg rewolucji w innych krajach i dobrze wie, że zajęcie przez manifestantów centrum stolicy, okupacja np. Pałacu Republiki, czy najważniejszych instytucji urosłaby do rangi symbolu. I stała się faktycznym początkiem rewolucji. To dlatego dziś Łukaszenka nie bez satysfakcji straszył, że na szczęście OMON zatrzymał demonstrantów, gdyż jeśli doszliby do pałacu prezydenckiego w centrum Mińska to zajęłaby się nimi prezydencka ochrona i antyterroryści. Prezydent nie musiał precyzować. W ten sposób po prostu zagroził użyciem ostrej amunicji. I to jest jasne. Łukaszenka nie cofnie się.

Świadczą o tym wyniki wyborów prowokujące do masowych demonstracji, ale i cementujące jego władzę i pokazujące stojącej za nim nomenklaturze i strukturom siłowym, że nie ma szans na krok wstecz i kompromis. Ogłoszony wynik ponad 80 proc. to jasny sygnał do zdławienia wszelkich protestów.

Gratulacje, które przyszły dziś od Władimira Putina to znak, że zgodnie z przewidywaniami Rosja wspiera swojego sojusznika, Łukaszenkę. Putin stanął za Łukaszenką murem, choć od razu zaznaczył, że nie za darmo. Dziś jednak pytanie o koszty utrzymania władzy są dla białoruskiego prezydenta drugorzędne. Zapłaci każdy rachunek. Niestety również rachunek krwi swoich rodaków.

Stan gry

Prezydent zachowuje się, jakby wygrał pierwszą połowę meczu. Jego radość jest przedwczesna. Nocne protesty były mimo wszystko zaskakujące dla władzy. W wielu miejscach widać było liczebną przewagę demonstrantów nad siłami bezpieczeństwa. I ogromne emocje. Fala protestów ma jednak swoje słabe strony. Przede wszystkim na samym początku widać było, że protest nie ma przywództwa. Jest spontaniczny, ale niezorganizowany. Swiatłana Cichanouskaja i jej sztab od początku występuje bardziej w roli symbolu, niż organizatora protestu. Taka taktyka ma swoje wady i zalety. Wadą jest, że w sytuacji ograniczeń w komunikacji (blokady sieci) i chaosu informacyjnego protestujący są zdezorientowani i podatni na manipulacje. Zaletą – władzy trudniej uderzyć, bo zamiast kierownictwa ma do czynienia z tysiącami niezadowolonych.

Czaputowicz: zarzuty Łukaszenki wobec Polski są bezpodstawne

Taktyka opozycji polegająca na „rozlaniu” protestu na cały kraj daje również szanse na jego przedłużenie. A czas może grać na niekorzyść Łukaszenki. Zwłaszcza, kiedy zaczynają się pojawiać reakcje z zagranicy. Łukaszence bardzo zależało bowiem na szybkiej pacyfikacji. Na mocnym uderzeniu już pierwszej nocy, po to, żeby zastraszyć Białorusinów na tyle poważnie, by w kolejnych dniach protesty wygasały. Taktyka rozproszenia utrudnia takie działanie. Bo o ile stosunkowo łatwo dużymi siłami bezpieczeństwa obronić twierdzę Mińsk, to już na zbudowanie takich „bastionów” w całym kraju władzy zwyczajnie brakuje sił i środków. Kiedy zaś protesty będą się przedłużać, zwłaszcza przy rosnącej brutalności ich pacyfikacji, wzrośnie szansa na poważniejszą reakcję z Zachodu.

Łukaszenka otrzymał już wprawdzie wsparcie ze strony Władimira Putina. Ale równie mocno zależało mu na tym, żeby w Europie przynajmniej na tyle zasiać wątpliwości, by część polityków i opinii publicznej uwierzyła, że na Białorusi toczy się gra o sumie zero-jedynkowej. Czyli albo Łukaszenka, albo Rosja. Białoruski prezydent mimo, że tak jak w przeszłości, widzi swoją przyszłość u boku Władimira Putina, nie chciałby całkowicie tracić możliwości rozmów z Zachodem, szantażowania Kremla nimi, oraz robienia interesów z Europą. Wczorajsza noc pokazała, że ta opcja może mu uciec. Zwłaszcza, że Łukaszenka już odkrył karty i porzucił budowaną od miesięcy fałszywą narrację o rosyjskim zagrożeniu i oskarżył o sterowanie opozycję Polskę, Wielką Brytanię i Czechy. Tak, jak w przypadku Ukrainy siedem lat temu, tak i Białorusini czekają teraz na sygnał z zagranicy, że ich walka jest zauważona i jest priorytetem dla Europy. Na razie usłyszeli takie słowa z Polski i Litwy. Są też deklaracje Unii Europejskiej. Potrzeba przy tym solidarnej postawy całej Europy. I świadomości, że stojący naprzeciw uzbrojonych po zęby omonowców Białorusini, w odróżnieniu od odpoczywających na sierpniowych wakacjach unijnych dyplomatów nie mają czasu.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów