„Planowe tortury rodem z sowieckich więzień”. Relacja więźnia

Rusłana Trybuchouskiego milicja zatrzymała podczas spaceru w nocy z 9 na 10 sierpnia. Do domu wrócił dopiero po tygodniu. Tego, co przeżył w mińskim areszcie, nie nazywa inaczej, jak podzielonymi na etapy torturami.

Rusłąn Trybuchouski. Fot.: prywatne archiwum

„Miałem szczęście”

Rusłan Trybuchouski z Mińska został zatrzymany w nocy z 9 na 10 sierpnia. Mówi, że miał szczęście, bo zabrani od razu, w dniu wyborów, byli traktowani mniej brutalnie, niż ci, których przywozili w dwóch kolejnych dniach.

– Wrzucali nas, jednego po drugim, do autobusu, zabierali telefony i robili nam „ścieżkę zdrowia”. Puszczali między szpalerami OMON-owców, którzy okładali nas pięściami i pałkami – wspomina mężczyzna.

Dalej było coraz gorzej. Zatrzymanym ludziom funkcjonariusze kazali zainscenizować „ludzką stonogę” z horroru:

– Zmusili, żebyśmy się ułożyli na podłodze w kręgu. Każdy miał się oprzeć o pośladki człowieka przed nim. Ja oparłem się twarzą nie o pośladki, ale na butach poprzednika. Bardziej się ubrudziłem, ale upokorzenie było mniejsze.

W tak zwanych „wiadrach” – pomieszczeniach przeznaczonych dla 4 osób, trzymano po 12.

– Baliśmy się, że nas wywiozą na rozstrzelanie. Nie było czym oddychać i dosłownie dusiliśmy się. Jak ktoś narzekał – bili. Musieliśmy milczeć.

Tortury na Akreścina

W areszcie przy ul. Akreścina zatrzymanym kazali uklęknąć pod ścianą. Głowę trzeba było opuścić jak najniżej, a rękami oprzeć się o ścianę.

– Pod kolanami czułem kamienie – to sprawiało ból, zwłaszcza, że byłem w szortach. Do tego musieliśmy się cały czas przesuwać na kolanach w lewo, po tych drobnych kamykach. Równocześnie bili nas pałkami. Trwało to trzy godziny.

Ludzie czekają na informacje o swoich bliskich pod aresztem przy ul. Akreścina. Mińsk, 12 sierpnia 2020 r. Fot.: TK / Biełsat

Rusłan jeszcze raz mówi, że miał szczęście. Kiedy już zakończono znęcanie się nad klęczącymi pod ścianą, zaraz zabierano ich do piwnicy. Tam milicjanci chwytali ludzi za włosy i ciągali w górę i w dół – aż do kolan, wykręcając ręce do zwichnięcia stawów. W takiej pozycji więźniowie musieli się utrzymywać około godziny.

-Dlaczego uważam, że miałem szczęście? Bo ci, których przywozili po nas, zdążyli już zostać zbici wcześniej.

Rusłan wspomina, że później widział tam kałuże krwi, a w nich powyrywane długie włosy i wybite zęby. Należały one do tych, których przywożono w kolejnych dniach.

Ludzi zatrzymanych jeszcze pierwszego dnia protestów milicjanci stawiali pod inną ścianą w piwnicy. Podcinali nogi, żeby człowiek nagle upadł na podłogę. Rozebrawszy do majtek, zmuszali do ułożenia się w pozycji embrionalnej, nie odrywając łokci i kolan od podłogi. Jeśli ktoś nie wytrzymywał – bili.

– Tych, którzy narzekali na ból pleców, bito jeszcze mocniej, po plecach. Jakiś chłopak prosił, żeby nie bili w lewy pośladek, gdyż tam miał ranę, to mu w tym miejscu wycięli w dżinsach kwadrat, by właśnie w to miejsce tłuc.

Zatrzymanym odebrano, bez sporządzenia protokołu, wszystkie kosztowności, sznurowadła oraz paski i wrzucono ich do celi.

Rusłan Trybuchouski. Fot.: prywatne archiwum

Bicie, ciasne cele, brak tlenu

Dalsze tortury odbywały się już bez kontaktu z oprawcami, ale też miały wpływ na organizm. Rusłan opisuje je jako „tortury planowe, których skuteczność testowano i które udoskonalano przez dekady funkcjonowania sowieckich więzień”. Przede wszystkim ograniczona przestrzeń w celi – to też forma tortur. Choć cela była przeznaczona dla 6 osób, trzymano w niej 27.

– W tamtym momencie myślałem, że to bardzo dużo i nie jest to całkiem normalne. Szczerze wierzyłem, że to tymczasowa sytuacja i że załadowali nas tam tylko po to, by zaraz rozdzielić po celach. Wtedy nie rozumiałem jeszcze, że znalazłem się w całkiem przyzwoitych warunkach. Potem jednak zaczęli dokładać kolejnych. W pewnej chwili było nas tam około 40. Nawet nie mieliśmy możliwości rozprostować nóg na podłodze i musieliśmy spać zwinięci w kłębek.

Z początku Rusłan miał nadzieję, że trzech intensywnie świecących reflektorów nie wyłączyli w celi na noc przez nieuwagę. Mimo, że światło przyprawiało o silny ból głowy, pierwszej nocy udało się Rusłanowi usnąć na 3 godziny i był to najdłuższy sen podczas całego pobytu w więzieniu.

Potem zaczęły się kolejne tortury. Zatrzymanych budzono w nocy i zmuszano do klęczenia z głową na podłodze. Wszystkiemu towarzyszyły obelgi ze strony strażników. Zatrzymani w ogóle nie byli karmieni i nie podawano im wody. Nie wiedzieli też, która godzina. Czasami z celi wywlekano ludzi. Wchodził strażnik i odczytywał kilka nazwisk z listy. Zwykle ci, których wywołał, już nie wracali. Bito tylko w nocy.

– Później spotkałem się z kilkoma z nich. Dwóch przeniesiono tylko do sąsiedniej celi, a jeszcze dwóch innych wyprowadzono na dziedziniec i tak pobito, że nie byli w stanie chodzić. Ich nogi przypominały czerwone mięso. Co z nimi zrobiono potem? Milicjanci wyrzucili ich za bramę więzienia i powiedzieli, że mają pięć minut, żeby się ukryć, bo inaczej zacznie się polowanie.

Ślady po kontakcie z OMON-em.

Komuś udało się uciec, jednak niektórzy z tak pobitych nie mogli się nawet podnieść. Jeden z mężczyzn wymagał operacji nóg, które „wyglądały jak kaszanka”. Czeka go amputacja.

Rusłan wspomina, że kolejną formą znęcania się było uniemożliwianie udzielenia pomocy medycznej.

– Najwyraźniej nie chcieli, żebyśmy tam zdechli, ale też absolutnie nie interesował ich nasz stan zdrowia.

Jako dowód przywołuje dzień, gdy w celi przebywało około 40 mężczyzn, a na zewnątrz było bardzo gorąco. Więźniowie nie mieli czym oddychać. Jeden z nich wezwał lekarza mówiąc, że jego serce zaraz nie wytrzyma. Dostał lekarstwo, które jednak nie pomogło. Innemu mężczyźnie nie pomogli, choć miał ranę od odłamka granatu hukowego.

Na dziedziniec co jakiś czas wjeżdżały kolejne więźniarki. Odgłosy ich silników mieszały się ze straszliwymi jękami i krzykami.

Tortury i brak pomocy. Jak białoruskie służby łamią prawa człowieka?

Sanatorium w Słucku

13 sierpnia rano Rusłana i jego towarzyszy wyciągnęli z celi i wywieźli w inne miejsce. Dokąd? Tego nie wiedzieli nawet eskortujący ich OMON-owcy. Okazało się, że zatrzymani trafili do ośrodka leczenia przymusowego w Słucku. W porównaniu z aresztem przy ul. Akreścina, prezentował się on niemal jak sanatorium.

– Widać było, że strażnicy sami nie wiedzą, co się dzieje, i nam współczują. Nie mogli zrozumieć, dlaczego normalni, inteligentni faceci od 18 do 25 lat są tak poturbowani i co oni tam robią.

Dopiero tam więźniów nakarmiono, pozwolono się wykąpać i wyspać. Następnego dnia zaczęto ich zwalniać. Wieczorem kolumnę mężczyzn poprowadzono do wyjścia, przy którym siedzieli funkcjonariusze MSW. Wydawali dokumenty dotyczące wszczętych za udział w manifestacjach spraw karnych. Wszystkie przedmioty osobiste zostały jednak w areszcie przy ul. Akreścina. Ludzie byli bez pieniędzy, kluczy, telefonów czy dokumentów. Niektórych przetrzymywano absolutnie bezprawnie – nawet bez protokołów czy sądu.

– Nie dostali żadnego dokumentu, że w ogóle tam byli.

Ludzie czekają na informacje o swoich bliskich pod aresztem przy ul. Akreścina. Mińsk, 12 sierpnia 2020 r. Fot.: TK / Biełsat

Odgłos ciężarówki przypomina więźniarkę

Podczas pobytu za kratami Rusłan stracił 10 kilogramów. Stanem psychiczny wówczas się nie przejmował.

– Na początku, po wyjściu, co może wydawać się dziwne, czułem się dobrze. Dopiero potem uświadomiłem sobie, że byłem skrajnie wyczerpany. Zaczęły się bóle głowy, apatia i inne specyficzne stany. Teraz nie mam apetytu i trudno mi się śpi. Pojawiają się niespokojne myśli, że przyjdą znowu – bo my wszyscy mamy jeszcze kary do odsiedzenia – mówi mężczyzna.

Rusłan mieszka w domu i każdy dźwięk przejeżdżającej w pobliżu nocą ciężarówki powoduje, że mężczyzna się zrywa i jest gotów do wyjścia.

– Wtedy myślę, że to więźniarka.

Nie wyklucza, że zwróci się po opiekę psychologiczną.

– Pierwotnie nie planowałem szukać pomocy. Byłem przekonany, że sam, heroicznie, się z tym uporam. Niektórych wspomnień nie można jednak zakopywać głębiej, więc naprawdę taka pomoc może mi się okazać potrzebna.

Psycholog torturowanych: tysiące Białorusinów cierpią na stres pourazowy WYWIAD

***

Według danych białoruskiego MSW w dniach od 9 do 12 sierpnia 2020 r. zatrzymano 7 tys. osób. Wielu z nich zostało ciężko pobitych lub poniosło obrażenia od gumowych i odłamków granatów hukowych. Liczba osób okaleczonych podczas tortur nie jest znana. Ministerstwo Zdrowia poinformowało o około 150 hospitalizowanych byłych aresztantach.

Ksenia Tarasewicz,md,belsat.eu

Wiadomości