Pełzający pucz. Jak generałowie zdobywają władzę na Białorusi

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Łukaszenka otoczył się mundurowymi. Jego pretorianie są odporni na stres i potrafią szybko podejmować decyzje, ale ich sposób myślenia ma wpływ na eskalację przemocy na białoruskich ulicach.

Parlament Europejski przyjął wczoraj rezolucję, w której podkreśla, że UE nie uznaje wyborów prezydenckich 9 sierpnia oraz wzywa białoruskie władze do śledztwa w sprawie aktów milicyjnej przemocy.

W tym samy czasie rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow mówi w Mińsku o zagrożeniu z Zachodu dla niepodległości Białorusi. I o wspólnej, z Rosją, obroną owej niepodległości. Dwa równoległe światy i dwie narracje. Na Białorusi słowa Ławrowa o zewnętrznym zagrożeniu padają na podatny grunt.

Łukaszenka odbiera defiladę z okazji Dnia Zwycięstwa 9 maja. Podczas wojskowych parad białoruski przywódca przywdziewa zawsze wojskowy mundur. Zdj. president.by

Przynajmniej w otoczeniu Alaksandra Łukaszenki. A, że otoczenie to mocno „pozieleniało” i zaroiło się w nim od mundurowych, zwanych potocznie „siłowikami”, to nic dziwnego, że zaczyna dominować w nim syndrom oblężonej twierdzy. Od początku protestów Łukaszenka zainicjował cichą rewolucję w fundamentach swojej władzy. Wyraźnie postawił na kadrę oficerską z sił zbrojnych, MSW i KGB.

Mundurowi wypierają cywilną nomenklaturę ze struktur państwowych i gospodarczych. A ma to ogromny wpływ na politykę Łukaszenki wobec protestów, społeczeństowa i wobec świata zewnętrznego.

Karuzela z generałami

5 listopada, Pałac Niepodległości w Mińsku. Alaksandr Łukaszenka wręcza nagrody państwowe z okazji nadchodzącej rocznicy rewolucji październikowej. Pamiątkowe medale i dyplomy dostała grupa czterdziestu „zasłużonych”: dyrektorów kołchozów i zakładow przemysłowych, urzędników, przodowników pracy.

W sumie – nic nowego. Łukaszenka robi tego typu ceremonie regularnie. Tym razem na jej koniec wręczył nagrody generałom. Nowe, generalskie gwiazdki i awanse na generała-porucznika otrzymali minister obrony Wiktar Chrenin, szef KGB Iwan Tertel, szef Komitetu Pogranicznego Anatolij Lapło. Nagrodę, bez awansu, dostał też generał z wojsk transportowych Juryj Szapłouski oraz awansowany, nowy prokurator generalny Andrej Szwed.

Postacie te pojawiały się sukcesywnie w bezpośrednim otoczeniu Łukaszenki, a więc w jądrze białoruskiej władzy. Poza szefem służby granicznej, wszyscy w ciągu ostatniego roku weszli do ścisłego kierownictwa. Przy czym Tertel na czele KGB, czy Szwed jako prokurator generalny, to już awanse czasu protestów.

Tego typu zmian jest więcej. Kluczową postacią, która kreowała kampanię przed wyborami prezydenckimi jest stary i wierny towarzysz Łukaszenki i dawny nadzorca sektora siłowego – Wiktar Szejman. W czerwcu, na progu kampanii przed wyborami premierem został Raman Hałouczenka. Niby były dyplomata (m.in. pracował w ambasadzie Białorusi w Warszawie), ale z życiorysem wskazującym na bliskie związki ze światem służb specjalnych. Zanim został premierem nadzorował przemysł obronny. A tam, gdzie generałowie są w zarządach większości firm obronnych, trudno by rządził nimi cywil spoza świata oficerów.

Łukaszenka mianował nowego naczelnika stołecznej milicji

Wywodzący się z KGB Ihar Siarhiejenka jest od roku szefem Administracji Prezydenta. Waler Wakulczyk, długoletni szef KGB zaliczył z kolei przejażdżkę na kadrowej karuzeli. W szczytowym okresie protestów na posadzie szefa KGB zastąpił go Iwan Tertel. Wakulczyk został szefem prezydenckiej Rady Bezpieczeństwa, a więc organu nadzorującego resorty siłowe i politykę bezpieczeństwa. Tylko na dwa miesiące, bo już pod koniec października prezydent odesłał Wakulczyka do Brześcia, jako swojego specjalnego wysłannika, by uspokoił nastroje w uznawanym za buntowniczy regionie.

Metoda rotacji, czyli karuzela kadr nie jest niczym nowym w państwie Łukaszenki. Przez ponad dwie dekady właśnie w ten sposób, przerzucając wysokich urzędników z posady na posadę, Łukaszenka bronił się obsesyjnie przed możliwością okopania się któregoś z nich na stanowisku i zbudowania własnej, autonomicznej struktury. Bronił się przed wizją znaczącego wzmocnienia któregoś z mundurowych, przed groźbą spisku.

Już w ogniu protestów dokonał kolejnych, zaskakujących zmian. Pod koniec października Łukaszanka zastąpił Juryja Karajewa, sprawującego od roku funkcję szefa MSW, Iwanem Kubrakowem, generałem milicji ze struktur MSW w Mińsku. Karajewa wysłał jako swojego pełnomocnika na odcinek grodzieński. Szefem mińskiej milicji mianował dotychczasowego zastępcę ministra spraw wewnętrznych Alaksandra Barsukowa.

Inspektor Łukaszenki przybył do Grodna. Jaką misję ma generał Karajeu?

Rotacja ma dla Łukaszenki sens, bo dyscyplinuje mundurowych, pokazuje, że prezydent wciąż ma nad nimi władzę, ale i utrudnia konsolidację sektora siłowego i przepoczwarzenie się go w juntę zdolną do przejęcia samodzielnej władzy.

O ile wojskowi i bezpieka nie są w stanie, przynajmniej teraz, przejąć władzy, to z całą pewnością mają bardzo silny wpływ na decyzje, jakie władza podejmuje.

Mundur czy garnitur?

Nowy szef KGB Iwan Tertel nie ma klasycznego „czekistowskiego” życiorysu. Pochodzący z Grodzieńszczyzny, z polskiej rodziny, zaczynał karierę w desancie. Służył w rosyjskiej Tule, w 106. Dywizji Powietrzno-Desantowej. Potem szkoła oficerska wojsk desantowych w Riazaniu.

Należy do tej generacji, która wprawdzie zaczynała dorosłe życie w czasach schyłkowego ZSRR, ale karierę zrobiła już za Łukaszenki i to jemu zawdzięcza pozycję. Zdecydowana większość wyższej kadry oficerskiej i pretorian Łukaszenki to wcale nie „ludzie sowieccy”, jak się powszechnie uważa, ale generacja urodzona w późniejszych latach 60. i latach 70. A więc ludzie, których część może pamięta epokę Gorbaczowa z młodości, ale ukształtowały ich już lata 90.

Szef białoruskiego KGB straszy „informacjami o prowokacji”

Tertel dopiero w latach 90. ukończył Instytut Bezpieczeństwa Narodowego KGB, czyli białoruską kuźnię kadr struktur bezpieczeństwa. Szkołę, która w ZSRR była ledwie prowincjonalnymi kursami dla lokalnej bezpieki. Wielu pretorian Łukaszenki ma za sobą jednak bardziej prestiżowe, sowieckie i rosyjskie już uczelnie oficerskie: Instytut Czerwonego Sztandaru, Akademię Spraw Wewnętrznych im. Dzierżyńskiego, czy szkoły różnych rodzajów wojsk.

Tertel, jak wielu jego kolegów, po szczeblach oficerskiej kariery piął się w czasach Łukaszenki. On akurat dostał ważny, ale i dochodowy odcinek – wiele lat dowodził wojskami pogranicznymi na granicy z Polską i Litwą. Granica była zawsze żyłą złota, ale i odcinkiem na którym łątwo było wylecieć z siodła, kiedy się naruszyło interesy kogoś wyżej. Trzeba było sprytu, ale i elastycznego oportunizmu i bezwzględności, by się utrzymać.

Jak i wielu „giebistów” Iwan Tertel żył w atmosferze ciągłej rotacji i testów lojalności. W pewnym momencie, kilka lat temu, awansował do ścisłej elity władzy. Niejako symbolem takiego awansu i przepustką dającą szansę na dowolne stanowisko, jest pozwolenie na ukończenie Akademii Zarządzania przy Prezydencie Republiki Białoruś. Zdecydowana większość wyższych urzędników z generalskimi gwiazdkami na pagonach to absolwenci tej uczelni.

Z tą przepustką generał mógł już łączyć stanowiska oraz oficjalnie wejść do świata biznesu. Kiedy w sierpniu pojawił się w Nowopołocku, żeby porozmawiać z robotnikami rafinerii i przekonać ich, żeby nie strajkowali, wystąpił w potrójnej roli: generała KGB, wysokiego urzędnika – specjalnego przedstawiciela prezydenta w obwodzie witebskim, oraz… biznesmena.

Na Białorusi strajk generalny

Od roku jest bowiem członkiem rady nadzorczej przedsiębiorstwa Naftan, właściciela drugiej, obok Mozyrza, białoruskiej rafinerii. W radzie zasiada zresztą razem z generałem milicji Mikałajem Mielczanką. Stojąc w dobrym garniturze przed robotnikami w roboczych ubraniach musiał wysłuchiwać gwizdów i okrzyków: „odejdź”.

Mundurowych w biznesie jest zresztą całkiem sporo. Co zrozumiałe – najwięcej w przynoszącym duże profity białoruskim przemyśle obronnym i około-obronnym. Np. w zajmujących się technologiami łączności spółkach Agat Systems kluczowe stanowiska w zarządzie piastują generałowie wojsk łączności i powietrzno-desantowych.

Generałowie są w zarządach przedsiębiorstw także w przemyśle energetycznym, ale w odróżnieniu od Rosji – nie udało im się opanować np. branży IT. Władza Łukaszenki podejmowała wprawdzie nieudane próby podporządkowania sobie prężnie rozwijających się spółek informatycznych (np. aresztując pięć lat temu jedną z gwiazd tego biznesu – Wiktara Prakapienię), ale były to próby nieudane.

Władza nie tylko dowartościowuje i daje zarobić byłym i obecnym wojskowym. Równocześnie w ten sposób firmy o znaczeniu strategicznym są gotowe do zarządzania w wojskowy sposób w sytuacji kryzysowej. Gdy, tak jak obecnie, zakłady mogą trafić na listę sankcji, czy sparaliżują je strajki.

Wojskowi w zarządach spółek i administracji mają bowiem zdolność do szybkiego działania w warunkach stresu. Ich mentalność i wykształcone w szkołach wojskowych nawyki są nakierowane na szybkie rozwiązanie problemu za wszelką cenę. I zadaniowe podejście. Czasem jest to dobre w biznesie. Jest jednak fatalne w zarządzaniu państwem.

Iwan Tertel w Nowopołocku nawet specjalnie nie dyskutował ze zbuntowanymi robotnikami. Posłuchał, popatrzył, wsiadł do limuzyny i pojechał. A potem zaczęły się represje: zwolnienia strajkujących, zastraszanie, telefony do rodzin z groźbami. Później wymieniony był dyrektor Naftanu. Generał-menedżer problem chwilowo rozwiązał.

Podobnie jak co tydzień rozwiązują problem ulicznych demonstracji inni generałowie, za pomocą OMONu. I chyba tylko dlatego, że przez lata kadrowych czystek Łukaszenka połamał im kręgosłupy, nie doszli jeszcze do refleksji, że nie jest on im potrzebny, a państwem jak linią frontu, mogą zarządzać sami.

Czy Łukaszenka szykuje się na ostateczną bitwę?

Michał Kacewicz/belsat.eu

Więcej tekstów autora w dziale Opinie

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów