PAH: pandemia szczególnie uderza w ogarnięty wojną Donbas WYWIAD

Ludzie tracą nadzieję i wiarę, że straszne czasy kiedyś się skończą, oraz uczą się żyć z wojną – mówi w rozmowie z Belsat.eu Lilia Iwaszczenko z misji Polskiej Akcji Humanitarnej w Donbasie.

– Przyzwyczailiśmy się do traktowania wojny w Donbasie, jako konfliktu zamrożonego. Ukraińskie i rosyjskie władze mówią, że jest zawieszenie broni. Jak wygląda sytuacja na miejscu?

– Tak, niestety konflikt jest postrzegany jako zamrożony. W rzeczywistości tak nie jest. Mimo oficjalnego zawieszenia ognia, cały czas są starcia na linii rozgraniczenia wojsk. Mogę podać przykład: w tygodniu przed końcem roku pociski spadły niedaleko jednej z naszych placówek w miejscowości Wierchniotorecka. Był to ostrzał z zakazanych warunkami zawieszenia broni moździerzy 120 mm. Dwanaście pocisków uderzyło bardzo blisko naszego centrum opieki dla ludzi starszych. Na szczęście nikt nie ucierpiał. W kolejnych dniach, również po Nowym Roku, mieliśmy następne, intensywne ostrzały.

To się dzieje cały czas i wzdłuż linii rozgraniczenia, choć oczywiście są punkty intensywnego ostrzału, a są miejsca stosunkowo spokojne. Ta sytuacja powoduje jednak, że ludzie, którzy mieszkają wzdłuż linii rozgraniczenia żyją w nieustannym strachu.

– Jak ten strach wpływa na psychikę mieszkańców Donbasu?

– Wywołuje długotrwały lęk, stres. Jego skutkiem są takie sytuacje, że kiedy jest dłuższy, kilkudniowy okres ciszy i nie ma ostrzału, to ludzie są jeszcze bardziej zdenerwowani. Boją się, że za chwilę znowu się zacznie, że będzie gorzej niż przedtem. To jest sytuacja pewnego przyzwyczajenia do wojny i wyuczonych reakcji na rzeczy tak straszne, jak ostrzał artyleryjski.

– Teraz do tego przyszła pandemia…

– Mieszkańcy Donbasu początkowo nie wierzyli w koronawirusa. Mówili: co tam jakaś choroba, my mamy wojnę i to jest groźniejsze. Wiosną ubiegłego roku zachorowań było stosunkowo niewiele. A to dlatego, że w Donbasie ludzie mają dość ograniczone kontakty międzyludzkie.

W miejscowościach przy linii rozgraniczenia starsi ludzie wychodzą z domu raz w tygodniu po zakupy. Głównie siedzą w domu. Izolacja nie jest więc dla nich czymś nowym. Choć nadal jest trudna.

Jednak w miarę, jak pojawiały się nowe przypadki zachorowań wśród dalszych i bliższych znajomych, ludzie zaczęli wierzyć, że to rzeczywiście jest poważne zagrożenie. Dziś mało kto kwestionuje pandemię. Świadomość wzrosła również dzięki akcjom Polskiej Akcji Humanitarnej i innych organizacji rozdawania środków ochronnych i higieny, dzięki propagowaniu informacji o koronawirusie i tego, jak się chronić. Kilka miesięcy temu zaczęła rosnąć liczba zachorowań. Koronawirus pojawił się nawet w odizolowanych od świata wioskach. Mamy przypadki zachorowań również wśród naszych pracowników.

– W jakim stanie jest służba zdrowia na terenach dotkniętych konfliktem?

– W bardzo ciężkim. Są takie miejscowości, do których nie docierają karetki, nie ma lekarzy. Kiedyś cywile mogli liczyć na jakąś pomoc ze strony wojskowych lekarzy. Nie wiem, jak wygląda sytuacja teraz. Mamy jednak informacje, że ludzie, którzy mają objawy covid-19 wybierają się do szpitali w oddalonych miejscowościach na własną rękę, muszą płacić za transport, bo do ich wioski nikt nie przyjedzie.

– Jak koronawirus wpłynął na życie Donbasu i pracę misji humanitarnych?

– Pandemia pogłębiła izolację. O ile wcześniej ludzie bali się wychodzić z domu z powodu ostrzału, albo z powodu biedy, to teraz dochodzą kwarantanny. I ograniczenia w kontaktach z ludźmi z zewnątrz. Wzdłuż linii rozgraniczenia są miejscowości, w których żyje mnóstwo starszych, samotnych ludzi.

Polska Akcja Humanitarna pomaga im dostarczając różnego rodzaju produkty, w tym żywność, bez której by nie przeżyli. Ale równie ważna jest pomoc psychologiczna. Wcześniej nasi pracownicy po prostu przyjeżdżali do samotnych ludzi. Jeszcze wiosną i latem te spotkania jakoś były ułatwione, gdyż można było wyjść na zewnątrz, usiąść na werandzie, ławce i rozmawiać zachowując dystans. Zimą jest to niemożliwe. Dlatego musieliśmy przejść na pomoc online.

– Jak to działa?

– Jest to bardzo trudne. Po pierwsze mamy do czynienia ze starszymi ludźmi. Oni często nie mają sprzętu, ani pojęcia jak go obsługiwać. Lepiej to wygląda w przypadku młodszych ludzi i młodzieży. Często to oni pomagają swoim dziadkom i babciom w obsłudze komputera, czy telefonu. Ale trzeba pamiętać, że w wielu miejscowościach po prostu nie ma żadnej łączności. W takich przypadkach do ludzi samotnych nasi pracownicy starają się jednak docierać osobiście.

Poza tym pomagamy nie tylko rozmową. Wielu samotnych ludzi ma problem z podstawowymi czynnościami: porządkowaniem mieszkania, nie ma tam gazu, więc trzeba porąbać drewno na opał itd. Nasi pracownicy docierają do nich i pomagają. My nazywamy takie działania „patronatem”. Obejmujemy nim ludzi naprawdę potrzebujących podstawowego wsparcia. Z powodu pandemii spotkania są jednak ograniczone do 15 minut i z zachowaniem wszelkich środków ochronnych.

Głowna zasada to nie szkodzić, więc chodzi o to, żeby pomagając nie stwarzać zagrożenia zakażeniem koronawirusem.

Staramy się, żeby w takim wypadku były to przynajmniej dwa spotkania w tygodniu. Chodzi o to, żeby minimalizować stres i uczyć mieszkańców choć trochę pozytywnego myślenia, żeby nie wpadali w depresję. Bez rozmowy nie da się tego robić.

Donbas: wojna zaburza rozwój dzieci

– W strefie wojny mieszkają nie tylko ludzie starsi, ale i dzieci, młodzież, którym konflikt zabrał większą część życia.

– Dzieci i młodzi ludzie są bardziej skryci. Dla nich wojna to faktycznie całe życie. Sześć lat konfliktu to ich jedyne doświadczenie życiowe. Są pełni lęku. Staramy się ich z tego lęku wyciągać. Organizujemy w szkołach, domach kultury i budynkach administracji rodzaj azylów, miejsca gdzie mogą oderwać się od wojennej rzeczywistości, poczuć bezpiecznie i zająć się rozrywką.

Mamy też, realizowany wspólnie z UNICEF, program dla poszkodowanych w wyniku wybuchów min. Są to zarówno ranni wymagający pomocy medycznej, jak i ofiary stresu wywołanego eksplozjami. Starsi ludzie są wydawałoby się bardziej odporni. Ale to nie do końca prawda. Oni również przeżywają, zwłaszcza w samotności, bardzo głęboki stres. Teraz pandemia jeszcze wzmocniła lęki.

– Mają nadzieję, że wojna i pandemia się kiedyś skończą?

– Ludzie tracą nadzieję i wiarę. Uczą się żyć z tą sytuacją. Najgorsze, kiedy pojawia się poczucie, że są sami i niepotrzebni.

Tymczasem na Donbasie mamy sytuację, kiedy starzy rodzice są na terytorium Ukrainy, a ich dzieci na terenie niekontrolowanym przez rząd w Kijowie . I nie mają ze sobą kontaktu od lat. Albo jest to kontakt bardzo ograniczony. Przez telefon. Pracownicy misji PAH starają się pomagać w takich kontaktach, np. organizować rozmowy wideo online.

W Donbasie brakuje leków, żywność drożeje. Pomaga PAH

Michał Kacewicz/belsat.eu

Wiadomości