Noworoczna wymiana jeńców. Na co zgodził się Zełenski?

Witalij
Portnikow

Druga za czasów prezydentury Wołodymyra Zełenskiego, zakrojona na szeroką skalę, wymiana jeńców uzgodniona między Kijowem a Moskwą (chociaż Moskwa twierdzi, że to wymiana między Kijowem a „republikami ludowymi”) przyniosła sprzeczne skutki. Podobnie zresztą jak poprzednia. I te sprzeczności nie są przypadkowe. Skrupulatnie reżyseruje je Kreml, pragnąc zdestabilizować sytuację na Ukrainie.

Dobrymi chęciami…

Z jednej strony, byłoby dziwnym oskarżanie Wołodymyra Zełenskiego o naturalną przecież chęć uwolnienia rodaków znajdujących się w więzieniach tzw. Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych. Często bez sądu śledztwa i z wymyślonych powodów. Zresztą nawet sąd na okupowanym terytorium trudno nazwać sądem. Wśród uwolnionych są ukraińscy wojskowi wzięci do niewoli podczas walk w Donbasie, dziennikarze, których aresztowano po prostu za informowanie, działacze społeczni.

W Donbasie wymieniono 200 jeńców

Z drugiej strony, na Kremlu już nie po raz pierwszy wykorzystuje się sytuację po to, aby włączyć do list wymienianych tych, którzy w rzeczywistości nie mają nic wspólnego z procedurą wymiany. Tak było przecież podczas pierwszej wymiany za rządów Zełenskiego, kiedy w Kijowie starano się uwolnić obywateli Ukrainy, a w Moskwie – również obywateli Ukrainy.

Przypadek ważnego świadka

Większa część osób przekazanych Rosji miała nie rosyjskie, ale ukraińskie obywatelstwo. A główną figurą tamtej wymiany był Wołodymyr Cemach, ważny świadek w sprawie zestrzelenia malezyjskiego samolotu pasażerskiego nad Donbasem. I nie chodziło tylko o to, że zwolnienie Cemacha uniemożliwiło jego postawienie przed trybunał międzynarodowy w Hadze.

Również o to, że uwolnienie człowieka zatrzymanego dzięki skutecznej, ale bardzo trudnej operacji ukraińskich służb specjalnych przeprowadzonej na okupowanych terytoriach Donbasu jedynie pogłębiło przepaść między władzą a patriotycznie nastrojoną częścią społeczeństwa. I jednocześnie pogorszyło stosunki między Ukrainą a Holandią, gdzie uwolnienie Cemacha odebrano jako faktyczną niechęć Ukrainy do współpracy w obiektywnym zbadaniu przyczyn katastrofy.

Holandia prosi o ekstradycję. Rosja „nie jest w stanie” pomóc

Coś podobnego wydarzyło się też teraz, kiedy na listach wymienianych dotyczących Donbasu pojawiły się nazwiska ludzi niemających nic wspólnego z wojną na wschodzie Ukrainy. To „berkutowcy” uczestniczący w zabójstwach bojowników Niebiańskiej Sotni na kijowskim Majdanie na przełomie 2013 i 2014 r. oraz terroryści, którzy w rocznicę Majdanu doprowadzili do wybuchu w Charkowie. Tam też zginęli ludzie.

Aspekt humanitarny przeciwko prawnemu

Kreml żąda wydania „berkutowców” już od dawna. I raczej nie dlatego, że w Moskwie interesują oni kogoś osobiście. Samo uwolnienie ludzie ludzi oskarżanych o zabójstwa jest tą uporczywie pogłębianą przez Kreml przepaścią. Przepaścią między ukraińską władzą a społeczeństwem.

W Moskwie zdołano pojąć, w jaką pułapkę uda się zwabić Zełenskiego – i skutecznie do niej się go wabi. Ukraiński prezydent potrzebuje sukcesów w zakończeniu wojny w Donbasie. A ponieważ sam konflikt się nie kończy, to wyzwalanie ludzi jest dziś jedyną realną możliwością zademonstrowania jakichkolwiek postępów. Do tego zrozumiałych każdemu.

Zełenski: Oddałbym stu berkutowców za jednego ukraińskiego zwiadowcę

Nad przepaścią?

W celu osiągnięcia tych widocznych rezultatów prezydent Ukrainy zgodził się na uwolnienie byłych funkcjonariuszy „Berkuta”. I na zignorowanie stanowiska rodzin, których bliskich zabito w Kijowie i w Charkowie. I na naruszenie procedur prawnych, co każdemu nieuprzedzonemu człowiekowi musi przypominać krzyczące bezprawie w białoruskim lub rosyjskim stylu. Zełenski pogodził się bowiem też w ten sposób z „oczyszczeniem” zwolnionych poprzez zaprzestanie rozpatrywania ich spraw. Ale wynik jest: ludzie wrócili do domów.

Jednak to tylko humanitarny aspekt sprawy. Jest też polityczny: efekt z uwolnienia jeńców wkrótce się zatrze, ale głębokość przepaści się nie zmieni. Kreml będzie zaś działać nadal w tym samym duchu – obiecując zakończyć konflikt lub chociaż „powstrzymać strzelanie”. I tym samym pobudzać Zełenskiego do takich działań, które będą w coraz większym stopniu pogłębiać przepaść, a w końcu doprowadzą do wybuchu. Na co oczywiście liczy Moskwa.

Czego nie widzi Zełenski? Putin potrzebuje czegoś innego niż kapitulacja Kijowa

Witalij Portnikow, ukraiński dziennikarz i publicysta dla belsat.eu

Inne teksty autora:

(cez)

Zobacz też