Nowiczok to lekarstwo Kremla na strach

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Otrucie Aleksieja Nawalnego pokazuje, że Władimir Putin boi się scenariusza białoruskiego w Rosji. Nieprzytomny lider opozycji w niemieckim szpitalu nie będzie stanowił zagrożenia, tylko ostrzeżenie dla niepokornych.

Niemiecki rząd ogłosił, że Aleksiej Nawalny padł ofiarą ataku chemicznego. Berliński szpital Charite, do którego przewieziono z Rosji nieprzytomnego Aleksieja Nawalnego, po konsultacjach ze specjalistycznymi laboratoriami (m.in. niemieckiej Bundeswehry, brytyjskim i bułgarskim), ujawnił, że w ciele opozycjonisty znaleziono ślady substancji z grupy Nowiczok. To ta sama grupa trucizn, z której pochodził gaz użyty do otrucia rodziny Skripali w Wielkiej Brytanii w 2018 r.

Angela Merkel bardzo ostro, w niespotykanym w Niemczech od dawna wobec Rosji tonie, powiedziała, że Nawalny padł ofiarą próby zabójstwa poprzez otrucie, które miało go uciszyć. Próbę zabójstwa lidera rosyjskiej opozycji potępił również sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg. W NATO odbędą się w tej sprawie konsultacje. To już drugi przypadek użycia przez Rosję substancji klasyfikowanej jako bojowa. Słowa potępienia wyraziła również przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula Von der Leyen, nazywając atak na Nawalnego „czynem nikczemnym i tchórzliwym”.

Liderzy Zachodu wzywają Rosję do rzetelnego śledztwa. Kłopot w tym, że rosyjskie władze nic sobie z tych zarzutów i podejrzeń nie robią. Kreml, ustami swojego rzecznika Dmitrija Pieskowa, powiedział, że wprawdzie Rosja gotowa jest do współpracy, ale w szpitalu w Omsku nie stwierdzono u Nawalnego żadnych podejrzanych substancji. Z kolei Maria Zacharowa, rzeczniczka rosyjskiego MSZ powiedziała, że niemieckie oskarżenia nie są podparte faktami. Do tego chóru dołączył dziś Alaksandr Łukaszenka. Stwierdził, że przechwycił rozmowę telefoniczną miedzy Warszawą a Berlinem, z której wynika, że otrucie Nawalnego to zachodnia mistyfikacja.

Przykrywanie prawdy

W ten sposób Moskwa zostawia sobie otwarte pole do manipulacji. I do uprawiania jej ulubionej gry: przerzucania oskarżeń na drugą stronę i utrzymywania w zaparte, że zachodnie dowody są narzędziami antyrosyjskiej polityki. Łatwo można sobie wyobrazić już na podstawie pierwszych sygnałów z Kremla i opinii w rosyjskich rządowych mediach, że Rosjanie będą twierdzić, że niemieckie dowody otrucia są zmanipulowane, albo Nowiczok został podrzucony już po przewiezieniu Nawalnego do Berlina. Taką samą grę Kreml prowadził po otruciu Skripali, Aleksandra Litwinienki, po strąceniu malezyjskiego Boeinga MH-17 i wielu innych przypadkach złapania za rękę po popełnionych przez rosyjskie służby zbrodniach.

Tym razem jednak sprawa jest wyjątkowo dla Kremla niekorzystna. Bo pokazuje jego słabość. Inaczej niż np. w sprawie Skripali, kiedy w samej Rosji zapanowała nieskrywana satysfakcja, że zdrajca został ukarany. Tym razem atak na Nawalnego jest dowodem słabości Władimira Putina.

Łukaszenka twierdzi, że jego wywiad podsłuchał rozmowę Warszawy z Berlinem

Do otrucia opozycjonisty doszło 20 sierpnia, a więc w szczycie białoruskich protestów. Tego typu operacja, przygotowywana przez rosyjskie służby specjalne, albo zaprzyjaźnione np. białoruskie, działające za zgodą Rosjan, po to, by nie pozostawiać śladu. Choć wątpliwe jest, by Moskwa oddała obcym tak zaawansowaną i tajną substancję, jak jedna z wersji Nowiczoka. Możliwe, że jedna z rosyjskich służb specjalnych zleciła to zadanie jakimś „samotnym wilkom”, czyli ludziom tylko powiązanymi ze służbami.

Tak, czy inaczej operacja musiała być długo przygotowywana i wymagała specjalnej obserwacji Nawalnego i wiedzy o jego planach podróży po Rosji. Realne jest jednak, że ktoś, kto dał zielone światło, kalkulował, by do ataku na opozycjonistę doszło akurat w czasie protestów po białoruskich wyborach i akurat w czasie, gdy od początku lipca trwają protesty w Chabarowsku.

Eliminacja zagrożenia

Oba procesy coś łączy. Zarówno fala białoruskich powyborczych protestów, jak i bunt mieszkańców dalekowschodniego Chabarowska z powodu aresztowania przez władze miejscowego, lubianego gubernatora Siergieja Furgała, są dowodem na erozję systemu władzy Łukaszenki i Putina. O ile na Białorusi zmęczenie 26-letnimi rządami Łukaszenki osiągnęło właśnie apogeum, to w Rosji zmęczenie dwiema dekadami Putina na razie przejawia się w wyspowych buntach w niektórych regionach i grupach społecznych.

Trwający z rosnącym nasileniem od dwóch lat festiwal wyspowych buntów w Rosji niepokoi kremlowskie władze coraz bardziej. Niby zabezpieczyły sobie przyszłość organizując niedawne referendum w sprawie zmian konstytucji, teoretycznie zapewniających Putinowi rządy do 2036 r. To rozwiązanie prawne.

Berlin i Bruksela jednogłośnie o sankcjach wobec Rosji

Łukaszenka również zapewnił sobie pięć lat rządów. Tylko teoretycznie. Zmęczone złymi rządami społeczeństwa i impulsy uruchamiające falę buntu nie patrzą na pisane przez władze prawo. Kreml dobrze o tym wie. Dlatego oprócz prawa, stara się zabezpieczyć realne możliwości kontroli sytuacji w kraju.

Ta nie idzie przecież w dobrym kierunku. W tym roku spadek PKB Rosji ma wynieść 6 proc., a deficyt w budżecie 8 proc. Realne zaufanie dla Putina, wg. niezależnych sondaży jest najniższe od lat i wynosi 25 proc. Jest zupełnie inne niż wynik referendum (77 proc. za wydłużeniem rządów prezydenta). Strach władzy przed tym, że Rosjanie zbuntują się jak Białorusini ma bardzo konkretne oblicze. Twarz Aleksieja Nawalnego właśnie.

Lider nieuznawanej opozycji ma wiele wad, ale jednego odmówić mu nie można – ogromnej charyzmy, odwagi i ambicji. Nawalny wykonuje do tego mrówczą pracę objeżdżając Rosję i zbierając pod swoje skrzydła nawet mało liczne grupy niezadowolonych. Bezpośrednie, fizyczne uderzenie w Nawalnego to już nie tyle sygnał dla buntujących się, ale wprost fizyczna eliminacja zagrożenia.

Z punktu widzenia tych, którzy zdecydowali się na tak przestępczy krok, istotna zwłaszcza teraz. Kiedy ferment panuje u granic Rosji (Białoruś), na dalekiej, rosyjskiej prowincji (Chabarowsk), a do tego zbliża się newralgiczny moment (seria wyborów regionalnych). Już 13 września odbędą się w 18 regionach bezpośrednie, a w 2 kolejnych pośrednie wybory gubernatorów, prezydentów (w Tatarstanie) i lokalnych parlamentów. Przy tak kiepskich nastrojach i widocznej niemocy władzy wobec protestów w Chabarowsku, będą to wybory wysokiego ryzyka. Kreml obawia się, że lokalne protesty rozmnożą się w wielu regionach.

Eliminacja Nawalnego z życia publicznego z pewnością na jakiś czas osłabi zorganizowane działania opozycji. Kremlowska propaganda będzie oskarżać Zachód o manipulacje. W dłuższym okresie takie działania będą jednak przeciwskuteczne, a wynikająca ze strachu przemoc aparatu bezpieczeństwa tylko przyspieszy erozję putinowskiego systemu.

Po co Łukaszenka otwiera front walki z katolikami i Polakami?

Michał Kacewicz/belsat.eu

Więcej tekstów autora w dziale Opinie

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów