Nowe życie grodnian w Krakowie: „Tutaj Białorusini pomagają Białorusinom”

Alaksandr Kuwannikau jako pierwszy rozpoczął strajk w Grodzieńskich Zakładach Tytoniowych Nioman. Po tygodniu, pracujący przy czyszczeniu sprzętu 39-latek został zwolniony za „zaniedbanie obowiązków służbowych”. Kilka tygodni później, zanim granice zostały zamknięte, Alaksandr wyjechał z żoną i czwórką dzieci do Polski. Teraz opowiedział nam, jak rozpoczął nowy rok i nowe życie za granicą.

– Jest pan ojcem czwórki dzieci, ale mimo to postanowił pan zostawić całe dotychczasowe życie na Białorusi i wyjechać za granicę. Nie było innego sposobu, czy po prostu chciał pan zmienić kraj?

– Mieliśmy ku temu poważne powody. Po pierwsze chcieli oskarżyć moją żonę w sprawie karnej za rzekomą organizację nielegalnych zgromadzeń. Została zatrzymana w czasie protestu i była sądzona z art. 23.34 (udział w nielegalnym zgromadzeniu – belsat.eu).

Prawnicy wyjaśnili mi, że mnie również mogą pozwać. To oznaczało, że być może zostanę pociągnięty do odpowiedzialności. Chociaż byłem już sądzony z art. 23.34, a do tego dzielnicowy złożył nam wizytę i zgłosił wywieszenie przeze mnie flagi na balkonie.

Alaksandr Kuwannikau. Zdjęcie z archiwum rodzinnego

Moja żona i ja poczuliśmy, że nic dobrego nas tu nie czeka i postanowiliśmy wyjechać. Teraz, kiedy oglądamy wiadomości z Białorusi, jesteśmy przekonani, że zrobiliśmy to, co należało.

Jechaliśmy z trzema dużymi torbami i pięcioma plecakami. Było tam wszystko, co tylko mogliśmy zmieścić: ubranka dziecięce, kilka zabawek, trochę książek i dokumenty.

„Chcemy przetrwać i pozostać na wolności”. Jak białoruscy uchodźcy szukają schronienia w Polsce

– Nie było żadnych problemów z przekroczeniem granicy?

– Najbardziej zdumiewające jest to, że strażnicy graniczni tylko rzucili okiem na nasze dokumenty i puścili nas wolno, nikt nawet o nic nie pytał. Funkcjonariusze polskiej straży granicznej zobaczyli naszą wizę humanitarną, zapytali, gdzie i jak będziemy mieszkać.

Jeszcze na granicy powitali nas wolontariusze. Byli to Białorusini, którzy już mieszkają w Polsce.

Alaksandr Kuwannikau po zwolnieniu z pracy. Zdjęcie z archiwum rodzinnego

Przywieziono nas do Wasilkowa położonego niedaleko Białegostoku. Tam na 10 dni zatrzymaliśmy się w hotelu. Dostawaliśmy trzy posiłki dziennie i mieszkaliśmy za darmo. A potem pojechaliśmy do Krakowa. Przede wszystkim dlatego, że uchodźcy z Grodna, wielu moich przyjaciół, już tam mieszkało. Byłem z nimi w kontakcie. Jest tam praca i wynajęcie mieszkania jest stosunkowo niedrogie.

– A jak udało się wam osiedlić w Krakowie z dużą rodziną?

Pierwszej nocy po przyjeździe zatrzymaliśmy się u naszego przyjaciela. A następnego dnia pojechaliśmy do własnego mieszkania. Znaleźli je dla nas Białorusini, którzy mieszkali już w Krakowie. Postanowiliśmy wynająć trzypokojowe mieszkanie. Swoją drogą zanim przyjechaliśmy, wypełnili nam lodówkę po brzegi, kupili naczynia, pościel i bieliznę, a nawet pieluchy dla dziecka. Jest tam też pralka, meble, mikrofalówka.

Tutaj Białorusini pomagają Białorusinom. Ci, którzy przybyli wcześniej, zjednoczyli się, aby wspierać uchodźców z ojczyzny – utworzyli fundacje i organizacje zrzeszające wolontariuszy.

Moja żona i ja byliśmy tym zupełnie zaskoczeni. Za mieszkanie razem ze wszystkimi opłatami trzeba płacić około 2000 złotych. Otrzymaliśmy pomoc z Białoruskiego Domu w Warszawie, wsparli nas kwotą półtora tysiąca złotych. Kiedy wyjeżdżaliśmy, sprzedaliśmy nasz samochód, więc mamy pieniądze na początek.

Alaksandr Kuwannikau z dziećmi jeszcze w Grodnie. Zdj. archiwum rodzinne

– A co z pracą?

– Szukałem już w internecie, przyjaciele też podsyłają mi linki do ofert. Przeglądam je wszystkie, po świętach chcę zacząć pracę. Ofert jest sporo, dla mnie ważnym aspektem jest to, gdzie mogę więcej zarobić, by utrzymać rodzinę. W pobliżu naszego mieszkanie jest szkoła i przedszkole. Jeśli jesienią wyślemy dziecko do żłobka, moja żona również pójdzie do pracy. Nasi przyjaciele zaoferowali pomoc w tłumaczeniu dyplomu i innych dokumentów potwierdzających jej wykształcenie.

– Rozumiem, że język to dla pana nie problem?

– Dla mnie nie, ale dzieci będą musiały nauczyć się języka. Starsza dwójka chodzi do szkoły, na pewno sobie poradzą. A moja żona ma jeszcze trochę czasu, żeby podciągnąć język.

Swoją drogą nasi sąsiedzi to w większości Polacy. Zdążyliśmy ich poznać, to mili ludzie i są do nas nastawieni bardzo życzliwie.

W naszym domu mieszka kilka rodzin z Białorusi, więc mamy z kim porozmawiać. Jeśli potrzebuję rady, piszę do Białorusinów w Internecie, zawsze znajdzie się ktoś, kto dokładnie wytłumaczy, pokaże, pomoże. Bez problemu.

Białoruscy uchodźcy szykują się na długi pobyt w Polsce

– Kraków zrobił wrażenie?

– Tak, odwiedziliśmy już centrum miasta z całą rodziną. Mieszkamy niedaleko, 20 minut tramwajem. Miasto spodobało się nam wszystkim, jest w nim wiele do zobaczenia, zwłaszcza, że nigdy wcześniej tu nie byliśmy.

Dzieciom w ogóle podoba się tu wszystko, dla nich wszystko jest nowe, są szczęśliwe.

Nie tęsknią za domem, uczą się polskiego przez Internet, a teraz mają okazję do rozmowy na żywo. Jedynym problemem jest koronawirus, wszędzie trzeba nosić maskę. Nie zdarza się, że ktoś jedzie komunikacją miejską, czy wchodzi do sklepu bez maski. Grozi za to wysoka grzywna.

Rodzina Kuwannikowów. Zdjęcie z archiwum rodzinnego

– A jak obchodziliście Nowy Rok?

– Nie zdążyłem kupić choinki, ale były zabawki i petardy. Spędziliśmy święta w rodzinnym gronie. Nikt nikogo nie odwiedzał. Nowy Rok przywitaliśmy po białorusku, obejrzeliśmy wystąpienie Swiatłany Cichanouskiej.

Nowy Rok na obczyźnie. Czego życzą sobie uchodźcy z Białorusi? FOTOREPORTAŻ

– Nie żałujecie z żoną, że wyjechaliście?

– Szkoda, że zrobiliśmy to nie z własnej woli, że zmusiła nas do tego sytuacja. Gdybyśmy wyjechali z własnej woli, byłoby zupełnie inaczej… Musieliśmy to zrobić. Moja żona bardziej to wszystko przeżywa, nie czuje się jeszcze zbyt pewnie, ale widzi, że dzieci są szczęśliwe.

Nie martwię się już, bo mam pracę, mogę utrzymać rodzinę, tutaj mamy spokój.

Widzę, jak Polacy tankują swoje samochody: nalewają pełen bak i idą zapłacić, nie to co u nas – tylko 10 litrów, bo może nie wystarczyć pieniędzy. Więc myślę, że my też będziemy żyć.

mk, ksz/belsat.eu

Wiadomości