Negocjacje w sprawie Donbasu w martwym punkcie

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Kiedy obie strony ugrzęzły w negocjacjach i nie chcą ustąpić, pojawia się radykalna retoryka. Ukraina straszy Rosję zniszczeniem mostu na Krym, a Moskwa odpowiada wizją wojny totalnej i rozdaje w Donbasie swoje paszporty.

Wczoraj minął termin, który Władimir Putin dał Ukrainie na wprowadzenie zmian do jej konstytucji gwarantujących „specjalny” status Donbasu. I nie doczekał się. Dla Kijowa takie ultimatum było oczywiście nie do przyjęcia. Wołodymyr Zełenski przez ostatnie miesiące robił wiele, by pozorować proces rozmów w tej sprawie. Równocześnie Kijów domagał się, by armia ukraińska przejęła kontrolę nad całą zewnętrzną granicą tzw. separatystycznych republik z Rosją. Faktycznie, oznaczałoby to proces rozbrojenia prorosyjskich sił w Donbasie i odzyskanie tych terenów przez Ukrainę.

3 lipca w Berlinie spotkali się przedstawiciele tzw. czwórki normandzkiej – Francji, Niemiec, Rosji i Ukrainy – państw, które w 2014 r. rozpoczęły negocjacje w celu wypracowania pokoju w Donbasie. Spotkanie w Berlinie nie przyniosło żadnych przełomowych ustaleń. Poza tym, że planowane jest kolejne. Tym razem z udziałem przywódców m.in Władimira Putina i Wołodymyra Zełenskiego.

Kreml: negocjacje w sprawie Donbasu nie przyniosły przełomu

Rozmowy pokojowe utknęły w martwym punkcie głównie dlatego, że Rosja forsuje rozwiązania nie do przyjęcia dla Kijowa. Z kolei Zełenski, który wygrał wybory obiecując szybki pokój w Donbasie, po dyplomatycznym blitzkriegu z pierwszych miesięcy swojej prezydentury, teraz nie ma żadnego interesu, by wprowadzać w życie rozwiązania wynegocjowane w Mińsku pod presją czasu.

Podobnie, jak Putin, który na razie nie widzi korzyści w jakimkolwiek rozwiązaniu oznaczającym konieczność wycofania się Rosji z Donbasu. Obecnie dla obu stron najkorzystniejsze jest zamrożenie konfliktu na takim etapie, na jakim się znajduje. Z codziennymi ostrzałami na froncie i nieuznawanymi, marionetkowymi republikami na garnuszku Moskwy.

Krymski most na celowniku

O tym, że w rozmowach wokół Donbasu doszło do impasu świadczy nie tylko jałowe spotkanie w Berlinie. Dwa dni później w Odessie w czasie święta ukraińskiej marynarki wojennej Zełenski mocno zarysował granice, których Kijów nie zamierza przekroczyć.

– Odzyskamy naszych ludzi, odzyskamy nasze terytoria, prawdę i sprawiedliwość, odzyskamy naszą zjednoczoną, silną i pokojową Ukrainę – mówił w Odessie Zełenski.

Jeśli odrzucić pompatyczną retorykę, to te słowa oznaczają poważną zmianę akcentów w ukraińskiej polityce wobec Rosji i Donbasu. Zwłaszcza, że towarzyszyły im inne wydarzenia i wypowiedzi. Tego samego dnia, w szóstą rocznicę odbicia przez siły ukraińskie Słowiańska i Kramatorska, w kontrolowanej przez Kijów części obwodu donieckiego był premier Denys Szmyhal i minister spraw wewnętrznych Arsen Awakow. Również tam padły słowa o konieczności odzyskania zajętych przez Rosję i prorosyjskich separatystów terytoriów.

Z kolei Ołeksji Nejiżpapa, nowy dowódca ukraińskiej marynarki wojennej, stwierdził, że główna baza jego floty znajduje się w Sewastopolu i jest tylko kwestią czasu, kiedy nad Krymem załopocze niebiesko-żółta flaga. Dowódca ukraińskiej marynarki zapowiedział też rozmieszczenie trzech dywizjonów najnowszych, ukraińskich pocisków manewrujących Neptun. Rakiety trafią na wyposażenie obrony wybrzeża jeszcze w tym roku. Dwa dywizjony znajdą się na wybrzeżu Morza Czarnego, a jeden nad Morzem Azowskim. Neptun ma deklarowany zasięg do trzystu kilometrów.

Ukraina: grozi nam atak ze strony Rosji

I choć oficjalnie to pocisk przeciwokrętowy, to już pojawiły się spekulacje, że może być użyty również przeciw rosyjskiej infrastrukturze na Krymie. Potwierdził to sam dowódca marynarki mówiąc, że Neptun może zniszczyć rosyjską dumę: Most Krymski. Wprawdzie eksperci uważają, że Neptun przenosi zbyt małą głowicę uderzeniową (150 kg.) i zniszczenie tak wielkiej budowli jak most na Krym wymagałoby sporej salwy ukraińskich rakiet, albo precyzyjnego uderzenia w np. biegnące mostem linie przesyłowe gazu i paliwa, ale i tak to oświadczenie wywołało w Rosji histerię.

Rosyjskie media i eksperci na wyścigi zapewniali, że atak na most będzie równoznaczny z wypowiedzeniem Rosji wojny na pełną skalę. I spowoduje uderzenie rosyjskiej armii na Ukrainę. Nie jest to wyłącznie wyścig zbrojeń w mediach i tylko na słowa. Kilka dni temu generał Leonid Hołopatiuk z zarządu współpracy z zagranicą armii ukraińskiej, przyznał, że Rosjanie wzmacniają swoje siły przy granicy z Ukrainą.

Oprócz już istniejących 28 grup batalionowych kończy się proces formowania trzech dużych zgrupowań taktycznych: dwóch armii i jednego korpusu armijnego. Te trzy duże grupy wojska mają wybitnie ofensywny charakter i w przypadku konfliktu na pełną skalę wejdą na Ukrainę. Generał stwierdził, że wzdłuż granicy z Ukrainą w Rosji już teraz znajduje się 87 tys. żołnierzy, 1100 czołgów i jednostek innego sprzętu, w tym systemy rakietowe Iskander. I choć nie są to szczególnie nowe informacje, to akurat teraz, wraz z innymi, eskalującymi napięcie, stwarzają nową atmosferę wokół Donbasu i Krymu.

Jak Naddniestrze

Dla Władimira Putina Donbas i Krym były okazją do podbijania słupków popularności. Jeszcze pięć lat temu „ukraińskie” paliwo rozpalało jakoś rosyjską propagandę i dawało Putinowi korzyści. Od dawna jest już inaczej. Donbas stał się problemem. Według różnych ocen kosztuje Rosję kilka miliardów dolarów rocznie. Okazja, by wykorzystać Donbas na nowo pojawiła się rok temu, kiedy na Ukrainie wybory wygrał Wołodymyr Zełenski. Kreml bardzo liczył na forsowaną w czasie kampanii retorykę Zełenskiego w sprawie tego ukraińskiego regionu. Zełenski unikał patriotycznej retoryki, przypisywał Petrowi Poroszence łatkę „zadymiarza” dążącego tylko do wojny.

Amerykańskie pociski Javelin i sprzęt pomocniczy – już na Ukrainie

Zełenski obiecywał pokój i pokojowe odzyskanie Donbasu, a nawet Krymu. Z tych obietnic uczynił lokomotywę swojej kampanii. I dzięki nim wygrał, bo większość Ukraińców jest już zmęczona wojną i mają nadzieję, że koszmar na wschodzie kraju skończy się. Deklaracje Zełenskiego stwarzały Putinowi pole manewru. Rozmowy w Mińsku ruszyły. Rosja na zachętę wpłynęła na wymiany jeńców. Zełenski mógł się pochwalić, że jest tym, który sprowadził do Kijowa z rosyjskiej niewoli reżysera Ołeha Sencowa, czy ukraińskich marynarzy i oficerów. Jednak jeszcze w ubiegłym roku, jesienią rozmowy zaczęły grzęznąć. Moskwa coraz częściej oskarżała nową administrację z Kijowa o sabotowanie rozmów i grę na czas.

Irytację wzbudzał opór przed wprowadzeniem do ukraińskiego prawa (i konstytucji) zapisów z tzw. formuły Steinmeiera i wynegocjowanych w Mińsku zasad dotyczących specjalnego statusu Donbasu w ramach Ukrainy. Zełenski przyjął wtedy taktykę wyciśnięcia z Donbasu i nowego otwarcia z Rosją ile się da i gry na czas.

Również wobec Ukraińców, którym serwował mieszankę zapewnień, że pokój na wschodzie nastąpi i uspokajania, że nie ustąpi Moskwie na krok. Już w tym roku, jeszcze przed wybuchem pandemii doszło do przesilenia. Nowym pełnomocnikiem Kremla ds. ukraińskich został Dmitrij Kozak, który zastąpił Władisława Surkowa. Kozak ma duże doświadczenie w prowadzeniu rosyjskiej polityki za pomocą separatyzmu – robił to wcześniej w Mołdawii i Naddniestrzu. Ze strony ukraińskiej ster negocjacji w lutym wziął nowy szef administracji Zełenskiego, Andrij Jermak.

Przesiedleńcy z Donbasu na stałe obecni na rozmowach ws. konfliktu

To z kolei świeżo upieczony polityk, dawniej producent filmowy. Kompletnie bez doświadczenia w dyplomacji. Od początku był krytykowany za gafy i ustępstwa wobec Rosji. W marcu Jermak zgodził się na pomysł utworzenia tzw. rady konsultacyjnej – forum w którym przedstawiciele Ukrainy i Rosji będą negocjować razem z reprezentantami tzw. separatystów, pod nadzorem Francji, Niemiec i OBWE. Taki format złamałby świętą dla Kijowa zasadę nie negocjowania z separatystami i nie uznawania ich.

Potem jednak przyszła pandemia i przerwa w rozmowach. Dmitrij Kozak poleciał wprawdzie na dwustronne rozmowy do Berlina, ale w tym czasie Zełenski zaczął wycofywać się z pomysłów rady konsultacyjnej. I znów gra na czas. Dziś sytuacja jest zupełnie inna, niż pół roku temu. Spadają notowania Zełenskiego i choć powodem jest głównie polityka wobec kryzysu i pandemii, to chwiejne i nieprzynoszące już sukcesów działania w Donbasie nie dają prezydentowi korzyści. Ukraińscy żołnierze nadal giną na froncie, a o nowych wymianach jeńców nie słychać. Widać, że nie ma pomysłów, a właściwie woli, by rozwiązać konflikt.

Dla Kijowa dalsze ustępstwa są nie do przyjęcia. Zełenskiemu przyniosłyby tylko straty. Dlatego ukraiński prezydent poszedł w stronę ostrzejszej, patriotycznej retoryki. Z kolei dla Putina dalsze forsowanie dotychczasowych rozwiązań dyplomatycznych również nie przynosi korzyści. Dlatego Rosja postawi na zamrażanie konfliktu. Stąd przyspieszenie akcji rozdawania rosyjskich paszportów na Donbasie. Stąd wzmacnianie militarne zaplecza frontu po rosyjskiej stronie granicy. Putin ma już co chciał. Po referendum ma władzę na zawsze. Donbas może być tylko problemem, chyba że przyczyni się do osłabienia Ukrainy. Kreml będzie starał się zamrozić konflikt i wykorzystywać go do wprowadzania w ukraińskiej polityce chaosu. W tym akurat doświadczenie kremlowskiego „kuratora” Dmitrija Kozaka, bardzo się przyda.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Inne teksty autora w dziale Opinie

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów