NATO widzi w Rosji zagrożenie, ale nie jednomyślnie


Wspólnie zdjęcie przywódców państw członkowskich NATO na szczycie w Wielkiej Brytanii 4 grudnia 2019 r. Żródło: YVES HERMAN / Reuters / Forum

Na szczycie w Londynie NATO na razie pokonało kryzys, choć na horyzoncie wciąż kłębią się czarne chmury. Moskwa uważnie się temu przygląda, jak zawsze gotowa wykorzystać każdą słabość Sojuszu.

Wczoraj zakończył się jubileuszowy (70. rocznica powstania Sojuszu) szczyt NATO w Londynie. Ważny, bo Pakt Północnoatlantycki od jakiegoś czasu trapiły konflikty i dzieliły różne wizje najważniejszych wyzwań osłabiających siłę polityczną Sojuszu. W deklaracji końcowej liderzy Paktu określili dalsze kierunki rozwoju NATO. Jako główne zagrożenia dla miliarda mieszkańców państw członkowskich uznano: agresywną politykę Rosji, terroryzm, destabilizację wywołaną masowymi migracjami, działania hybrydowe i zagrożenia dla cyberbezpieczeństwa.

Szczególnie ważna jest przyjęta na szczycie tzw. aktualizacja planów obronnych Polski i krajów bałtyckich, czyli wschodniej flanki NATO. Dla Rosji akurat ta decyzja szczytu okaże się najbardziej brzemienna w skutki i najbardziej bolesna. Pokazuje bowiem, że NATO przezwyciężyło kryzys decyzyjny wywołany tureckim szantażem. Właśnie na zablokowanie wzmacniania Sojuszu na wschodzie Moskwa najbardziej liczyła.

Tureckie targi

Pierwsze reakcje rosyjskie pojawiły się jeszcze przed szczytem i na jego początku. We wtorek w Soczi Władimir Putin odkrył, że NATO powstało przeciw ZSRR, a teraz nie ma ZSRR. Sugerując tym samym, że nie ma sensu, by NATO istniało.

– Powinniśmy wychodzić z założenia, że rozszerzenie NATO, rozwój jego infrastruktury wojskowej w pobliżu granic Rosji, jest jednym z potencjalnych zagrożeń dla bezpieczeństwa naszego kraju – powiedział Putin.

Wcześniej Dmitrij Pieskow, rzecznik Kremla nazwał NATO „produktem konfrontacji i epoki zimnej wojny”. Rosyjskie, prokremlowskie media zaś tradycyjnie zaserwowały mieszankę straszenia Sojuszem u bram Rosji, z ośmieszaniem naiwnego Zachodu traktującego Rosję jako równorzędne zagrożenie z terroryzmem. Dziennik Izwiestia uznał, że Rosja jest nazywana wrogiem jedynie siłą inercji, z przyzwyczajenia. Rosyjskie media nie omieszkały zauważyć, że to Rosja bierze na siebie główny ciężar światowej walki z terroryzmem, prowadząc wojnę w Syrii.

To oczywiście rytualne pohukiwanie, retoryka Moskwy i reakcje, które można było przewidzieć. W rzeczywistości, z punktu widzenia Rosji londyński szczyt przyniósł jedno duże rozczarowanie i taktyczną porażkę oraz jedną szansę, którą Rosja będzie starała się wykorzystać w przyszłości.

Kreml przeciwnikiem „z inercji”? Rosyjskie media o szczycie NATO

Porażką Kremla było niewątpliwie porozumienie Donalda Trumpa (po wcześniejszych rozmowach przywódców państw bałtyckich i prezydenta Polski) z Recepem Tayipem Erdoganem. Turecki prezydent pojechał do Londynu się tagować. Postawił warunki zaporowe: nie poprze wzmocnienia wschodniej flanki, jeśli Sojusz nie pomoże mu w walce z Kurdami w Syrii.

Już wcześniej Erdogan podkopał zaufanie do Turcji jako członka NATO, kupując rosyjskie systemu obrony przeciwlotniczej S-400. Ale najwyraźniej w Londynie doszło do porozumienia: Donald Trump chwalił Turcję, a Erdogan nie zablokował końcowych postanowień szczytu.

Z rosyjskiej perspektywy to problem. Kilka lat inwestowania w Turcję, sprzedaż uzbrojenia, współdziałanie w Syrii i projekty energetyczne (gazociąg Turecki Potok) oraz rosyjskie inwestycje i odblokowanie embarga na tureckie produkty, a najwyraźniej Zachód, a USA zwłaszcza, przelicytowały rosyjskie oferty.

Przynajmniej na razie. Turcja nadal pozostaje nieprzewidywalna. Wejście w retorykę transakcji i licytowania się w zamian za lojalność oznacza w przyszłości jedynie kłopoty. Wydaje się jednak, że Rosja nie jest w stanie zaoferować Turcji więcej. Może jednak sięgnąć po inne argumenty: szantaż i naciski. Akurat ma w Syrii instrumenty, by krzyżować tureckie plany.

Wróg u bram

W wypowiedziach Putina kryje się stare marzenie o prowadzeniu polityki dwustronnej, z poszczególnymi państwami Zachodu. Kreml od zawsze twierdził, że Sojusz nie ma racji bytu, bo zimna wojna się skończyła. Tak naprawdę Sojusz irytował Moskwę, bo jednoczył Europę i Amerykę więzami transatlantyckimi i spajał Zachód. Dlatego kiedy przed szczytem w Londynie pojawiły się pytania prezydenta Francji Emmanuela Macrona o dalszy sens funkcjonowania NATO i opinie, że Sojusz przeżywa śmierć mózgową, zostały przyjęte z entuzjazmem przez Rosjan. Jeszcze cieplej Putin musiał odebrać to, co powiedział Macron na konferencji podsumowującej londyński szczyt. Przyznał, że wbrew temu co jest w deklaracji końcowej (Rosja jest jednym z kluczowych zagrożeń dla Paktu), jego zdaniem nie wszyscy nazwaliby Rosję wrogiem i może być ona partnerem.

Macron miał rację. Nie wszyscy przy stole NATO nazwaliby Rosję wrogiem, a przynajmniej wiele państw dodałoby do tego stwierdzenie „tak, ale…”. Np. Niemcy, które z jednej strony wzmacniają potencjał obronny i wreszcie rozpoczęły modernizację armii, z drugiej strony ciągle walczą o projekty wspólne z Rosją – np. Nord Stream 2. Albo Czechy, czy Węgry, prowadzące dwuznaczną politykę wobec Moskwy i oferujące jej współpracę gospodarczą. Są i mniej lub bardziej spolegliwe Francja i Włochy. I wreszcie otwarcie współdziałająca z Rosją w Syrii, Turcja. Te siły odśrodkowe, które buzują w Sojuszu są nadzieją dla Kremla.

Rakiety z Iskanderów zagrażają całej Europie, choć Rosja twierdzi, że nie istnieją

Już w poniedziałek, w czasie szczytu formatu normandzkiego w sprawie Donbasu w Paryżu z udziałem Władimira Putina i Wołodymyra Zełenskiego, okaże się na ile gospodarz, prezydent Francji, gra w jednej drużynie z europejskimi sojusznikami. I jakie ta drużyna ma plany wobec Rosji, poza kwestiami czysto militarnymi. Bo w tej sprawie NATO będzie po Londynie silniejsze. Określenie planów wzmocnienia wschodniej flanki NATO i obecności wojskowej w Polsce i krajach bałtyckich jest wielkim sukcesem Warszawy i całego Sojuszu.

Wbrew temu co twierdzi Moskwa, wcale nie jest to agresywna polityka Paktu „u bram Rosji”. A jedynie odpowiedź na wcześniejszą agresję na Ukrainie i pogwałcenie tam norm międzynarodowych. A także na prowadzone od kilku lat stałe wzmacnianie potencjału ofensywnego rosyjskiej armii. Zwłaszcza w Zachodnim Okręgu Wojskowym – czyli w bezpośrednim sąsiedztwie NATO.

No i wreszcie jest to odpowiedź na odejście od traktatu INF torpedowanego przez Rosję i instalację w europejskiej części Rosji pocisków pośredniego zasięgu na lądzie (Iskandery w obwodzie kaliningradzkim). Rosja oczywiście może dalej wzmacniać swoje siły w zachodnim okręgu, a szczególnie w obwodzie kaliningradzkim.

Ten proces i tak postępuje zgodnie z długofalowymi planami. Może robić to mniej, lub bardziej pokazowo, by straszyć zachodnią opinię publiczną. W założeniach budżetu Rosji na lata 2020-22, wydatki na obronę nieznacznie spadną w przyszłym roku (o 3 proc.) ale potem mają rosnąć. Wolniej niż do tej pory. Wzrosną tzw. tajne wydatki, czyli na służby specjalne. I właśnie aktywność służb, oraz presja na państwa zachodnie w celu osłabiania NATO od środka, będzie dla Sojuszu większym wyzwaniem, niż rosyjskie zbrojenia. Londyński szczyt nie wypracował jeszcze szczepionki na to zagrożenie. Na razie jedynie je ostrożnie zdefiniował.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Zobacz też
Komentarze