“Najlepsze kąski oddawano przodkom”. Dziady na białoruskiej Wileńszczyźnie

Białorusini zawsze mieli wielki szacunek do przodków, więc ich święto obchodzono aż dwa razy: podczas wiosennej Radaunicy i jesiennych Dziadów. Biełsat sprawdził, jak listopadowe tradycje wyglądały pod Dokszycami na dawnej Wileńszczyźnie.

Wraz z przyjęciem chrześcijaństwa, święta te zostały przypisane do kalendarza cerkiewnego. I tak Radaunica jest teraz odznaczana dziewiątego dnia po prawosławnej Wielkanocy, a Dziady – u katolików rzymskich 1 i 2 listopada, a u prawosławnych w pierwszą sobotę listopada, tak zwaną Dzmitryjeuską Sobotę, która w tym roku wypada 7 listopada.

“Jaki wirus? Tu i tak sami zmarli”. Prawosławna Radunica w Grodnie

 

Obecnie Białorusini masowo przenoszą się do miast, zapominając o tradycjach przodków. Są jednak osoby, które je pamiętają i przekazują swoim dzieciom. Jedną z nich jest mieszkająca w Dokszycach Tacciana Dorc, z którą rozmawialiśmy o obchodzeniu Dziadów w jej rodzinie.

Tacciana urodziła się we wsi Kamajsk pod Dokszycami, niedaleko dawnej granicy II RP i ZSRR, ale już po stronie radzieckiej. Kobieta twierdzi, że jeszcze teraz można poznać, którędy przechodziła granica.

Tacciana Dors opowiada nam o tradycjach swojej rodziny za kuchennym stołem. Zdjęcie: LJ/belsat.eu

– Co nasza rodzina robiła w Dziady? – zaczyna swoją opowieść pani Tacciana. – Biliśmy starego koguta, bo do tego czasu podrastały już młode koguty. I u mnie też biega tu młody kogut, przyszły gospodarz podwórza. A stary obowiązkowo pójdzie w następną sobotę Dziadom na stół.

Kobieta nie wie, skąd ta tradycja, ale jej mama zawsze tak robiła. Tacciana zapamiętała to i sama zawsze tak robi. Uważa, że to taka ofiara dla przodków (dziadów), by nic złego nie zrobili prawdziwemu gospodarzowi chaty.

W Dziady obowiązkowo palono też w bani, bo wszyscy domownicy powinni być czyści. Kto mył się ostatni, zostawiał kubeł wody, myjkę i mydło dla przodków. Ta tradycja jest kultywowana w rodzinie Tacciany do dziś.

– Mój tata bardzo lubił się wyparzać, dlatego zostawiamy dla niego wienik [witki, którymi smaga się w bani – przyp. red.]. – Wychodząc z łaźni zawsze mówię: “Przychodźcie dziady myć się w łaźni”.

Mama naszej rozmówczyni opowiadała jej też o człowieku, który złamał tradycję świątecznego oczyszczenia.

– W sowieckich czasach świętowanie Dziadów uważano za głupotę, stare zabobony. I raz pewien człowiek, komunista, przyszedł tego dnia do ludzi, by umyć się w łaźni. Gospodarze mówią mu, że już nie wolno, bo północ minęła, a oni już dziadów do łaźni zaprosili. A on, że i tak pójdzie. Wcześniej w łaźniach nie było prądu, więc oświetlano je gazówkami. I ten człowiek napuścił pary, wszedł na półkę, wziął wienik i zaczął się nim smagać. I nagle poślizgnął się i spadł z półki na podłogę. Wszyscy uważali, że to dziady go zrzuciły – opowiada pani Tacciana. – A mama jeszcze mówiła, że po północy nie można chodzić do łaźni, bo tam myją się już czarty. I ja też mówiłam tak swoim dzieciom, gdy się mnie nie słuchały. Takimi żartami uczyłam je naszych tradycji.

Gospodyni Tacciana Dorc i autor Zmicier Łupacz. Zdjęcie: LJ/belsat.eu

Jak opowiada nasza rozmówczyni, gdy już wszyscy byli czyści rodzina nakrywała do stołu.

– Lepszy kąsek zawsze oddawano dziadom. A na święto zawsze przygotowywano najlepsze potrawy, bo bardzo szanowano przodków. Tak było nie tylko w naszej rodzinie, ale prawie w całym Kamajsku.

Podczas wieczerzy na stole płonęła świeczka. Stał też kubek, w który nalewano wódki dla dziadów. Każdy, kto wznosił kieliszek, musiał się najpierw podzielić z przodkami, odlewając im kilka kropel. Na specjalnym spodku składano im także poczęstunek. Z każdej potrawy brano niewielki kąsek, jaki przeznaczony był przodkom. Dopiero potem mogli ją zjeść pozostali członkowie rodziny.

– Dzieci czasem pytały, dlaczego dziady nie wezmą sobie potem w nocy tego, co zostało? – opowiada pani Tacciana. – Na co im odpowiadałam, że dzielenie się z przodkami przed jedzeniem to znak naszego szacunku dla nich. Tak uczyłam dzieci i mam nadzieję, że przekażą tę tradycję w swoich rodzinach.

Tacciana Dorc jest babcią Lizawiety Dorc, reprezentantki Białorusi w pchnięciu kulą i srebrnej medalistki Olimpiady Młodzieży w 2018 r.

Przed wieczerzą obowiązkowo odmawiano “Ojcze nasz” i każdego przodka zapraszano do stołu z imienia. Najpierw rodziców, jeśli już zmarli, potem wszystkich dziadów z jednej i drugiej strony.

– Przejęłam jeszcze zwyczaj od mamy, by po wymienieniu wszystkich swoich dziadów mówić: “I ci, którym nie ma gdzie pójść, zachodźcie do nas” – dodaje pani Tacciana. – Ta tradycja bardzo mi się podobała i teraz sama tak robię, bo wiem, że wielu sąsiadów z mojej wsi nie ma kto wspominać.

Kobieta uważa, że dusze sąsiadów obowiązkowo przychodzą do niej tej nocy. Wspomina, że w części rodzin z jej wsi nie przetrwała tradycja obchodzenia Dziadów i tacy sąsiedzi bardzo zazdrościli tym, którzy znali stare obrzędy.

Zakazana tradycja z listy UNESCO. Białoruskie kolędowanie carów

Tacciana przypomniała sobie jeszcze o takim zwyczaju: po wieczerzy to ojciec zawsze gasił świecę. Patrzył wtedy, w którą stronę pójdzie dym. Uważano, że dym wskazuje człowieka, który pierwszy pójdzie na tamten świat.

– Dlatego teraz, gdy gaszę świecę, to obejmuję ją tak, by dym poszedł do góry – uśmiecha się kobieta.

Pani Tacciana uważa, że Dziady są bardziej świętem ludowym, niż religijnym. Białorusini od zawsze bardzo szanowali przodków i gdy przyjęli chrześcijaństwo, to nie pojawiło się ono w próżni, bo ludzie już wcześniej mieli swoje wierzenia. Na terenach dzisiejszej Białorusi prawosławie pojawiło się tysiąc lat temu, ale ludzie byli tam już dużo wcześniej – dodaje kobieta.

– Starsi ludzie, w tym moja mama, mówili, że Bóg jest wysoko na niebie i może nie zobaczyć, że robisz coś złego. A przodkowie zawsze są obok. Dlatego bardzo bali się ich gniewu, nie bożego gniewu, ale właśnie gniewu przodków. Że mogą oni nie pomóc, że bydło nie będzie rodzić, że zboże nie wzejdzie. Bardzo się ich bali.

Biało-czerwono-biała flaga narodowa Białorusinów na półce z bibelotami. Zdjęcie: LJ/belsat.eu

Tacciana Dorc wspomina historię staruszki z ich wsi, babci Darii. Opiekowała się nią jej siostra, która była pracownikiem socjalnym, bo babcia miała już ponad osiemdziesiąt lat. Jak nakazywała tradycja, w Dziady kobieta nakryła swój i postawiła na nim butelkę wina. Ale ręce miała już słabe i nie mogła jej odkorkować. Gdy po kilku dniach odwiedziła ją siostra naszej rozmówczyni, babcia opowiedziała jej swój sen. Przyśnił się jej mąż-nieboszczyk i powiedział: “Jeść nagotowałaś, a napić się nie dałaś. Nawet kieliszka nie wypiłem u ciebie”.

– Potem aż do samej śmierci prosiła pracowników socjalnych, by przed Dziadami otwierali jej butelkę wina. Taką historię opowiadano w Kamajsku.

Pod koniec naszego spotkania gospodyni opowiedziała swoje rodzinne podanie o Dziadach. Gdy jej babcia był jeszcze młoda, przyszli do nich w Dziady goście i zostali na noc. Miejsca było mało, więc dla niej, malutkiej, posłano kożuchem ławę przy stole i tam położono spać.

– I wtedy we śnie zobaczyła, jak otwierają się drzwi, przez które szły najpierw małe dzieci w białych koszulach, za nimi podrostki, a potem starsi ludzie. Szli i szli i szli, aż doszli do niej i zatrzymali się. A ci, którzy byli przy drzwiach, pytali się: “Czego stoicie, idźcie dalej i siadajcie za stół”. Na to mali powiedzieli: “Nie możemy, tu dziecko śpi”. Na to starzy: “To obudźcie je i przegońcie”. I małe dziady zaczęły pukać knykciami w stół. Wtedy moja babcia obudziła się, rozpłakała, obudziła wszystkich. A potem rodzice wzięli ją do siebie spać na piecu.

Taką historię opowiadała Taccianie jej mama. Nasza gospodyni bardzo wzięła ją do siebie i wierzy, że w Dziady przodkowie obowiązkowo do niej przychodzą. Żałuje też, że obecnie na Białorusi tradycja obchodzenia Dziadów zanika.

– Moja córka powiedziała mi, że jak opowiedziała o naszych tradycjach swoim przyjaciołom, to zrobili wielkie oczy.

Rodzinne podania i wierzenia przekazała swoim dzieciom, których ma troje. I liczy, że one wpoją je dalej swoim dzieciom i wnukom.

– Bo nie możemy zapominać tego, w co wierzyli nasi przodkowie – podkreśla nasza rozmówczyni.

Zmicier Łupacz, pj/belsat.eu

Inny tekst autora:

Na Białorusi odnaleziono dom, z którego rodzice Czesława Miłosza uciekli przed wojną

Wiadomości