Miejsce zbrodni: internet. Czyli jak ośmieliłem się otworzyć usta bez pytania o zgodę władzy

Zmicier Łupacz przed budynkiem sądu w Głębokiem. Zdj. belsat.eu

Dziesięć dni aresztu za rozmowę, która okazała się „pikietą”. Dziennikarz Biełsatu Zmicier Łupacz opowiada o represjach, jakim został poddany przed wyborami prezydenckimi na Białorusi.

„Przyjemny ranek 8 maja”

Ranek 8 maja był przyjemny. Do pracy pojechałem na rowerze, ubrany tylko w koszulkę. Szykował się gorący dzień. Jeszcze wieczorem dnia poprzedniego otrzymałem z redakcji zlecenie: zrobić sondę uliczną o kolejnej wypowiedzi Alaksandra Łukaszenki na temat walki z koronawirusem. Szef państwa poradził wówczas mężczyznom, a właściwie, jak się wyraził, „facetom”, żeby się przez miesiąc przemęczyli i darowali sobie chodzenie po kochankach.

– Jeśli już się z kimś całowałeś, to możesz się całować dalej. Ale nie łaź, chłopie, do innych bab. No, przemęcz się ten miesiąc! Jeśli już siedzisz z rodziną, to z nią siedź! – oznajmił Łukaszenka.

Sondę uliczną przygotowywałem dla satyrycznego programu „Subiektyw”, z którym współpracowałem. Ludzie odpowiadali chętnie, więc dość szybko z kolegą nagraliśmy sporo osób i wróciliśmy, by zgrać materiał z kamery i go wysłać do redakcji.

Jeszcze podczas nagrywania sondy ulicznej zauważyłem, że mam nieodebrany telefon od Siarhieja Cyrbana, majora milicji, który zwykle składa na mnie doniesienia za pracę bez akredytacji. W ostatnich latach sądzili mnie już dwadzieścia jeden razy. Siedemnaście spraw zakończyło się grzywnami, których suma przekroczyła sześć tysięcy euro. W czterech innych przypadkach nie zostałem uniewinniony, ale sprawy zamknęli z powodu błędów formalnych, popełnionych przez milicjantów.

Współpracownik Biełsatu chce zebrać 74 kg bilonu na opłatę kary

Ze wszystkich europejskich krajów tylko na Białorusi istnieje obyczaj skazywania dziennikarzy pracujących dla zagranicznych mediów na grzywny za brak akredytacji z Ministerstwa Spraw Zagranicznych. A dzieje się tak dlatego, że… same władze odmawiają wydawania takich akredytacji. Przy tym prawie wszystkie grzywny, na jakie skazują dziennikarzy białoruskie sądy, dotyczą współpracy z niezależną stacją Biełsat TV. Białoruscy stróże prawa nazywają ją „polską”, choć to jedyny kanał nadający na Białoruś w języku białoruskim.

– Znowu będzie składać doniesienie – pomyślałem, zobaczywszy jeszcze jedno nieodebrane połączenie. – To nic. Niech poczeka i zadzwoni ponownie.

Weźcie kurtkę, bo tam będzie zimno

Zostało jeszcze kilka minut do zakończenia przesyłania materiału video. Już piszę do redakcji, że zadanie wykonane, kiedy kolega, Leonid Juryk, mówi:

– Milicja przyszła!

Rzeczywiście. Do pokoju wchodzi trzech milicjantów: Cyrban w mundurze, a z nim dwóch młodych, po cywilnemu.

– Chyba mnie aresztują – pomyślałem sobie.

Ale za co? Paragraf o pracy bez akredytacji przewiduje tylko grzywnę. Nie karę aresztu.

– Zmitrze Antonowiczu, musimy wyjść i porozmawiać! – zwrócił się do mnie major Cyrban.

Poprosiłem, by chwilę poczekali. Poczekali.

W takim momencie przez głowę przelatują tysiące myśli. Starałam sobie przypomnieć, co i gdzie mogłem zrobić nie tak z punktu widzenia białoruskich stróżów prawa. Popatrzyłem na funkcjonariuszy po cywilnemu: kagiebiści? Nie. Nie wyglądają jak kagiebiści. Kagiebiści nie przyszliby osobiście. Swoją brudną robotę wykonują zwykle cudzymi rękami – takich właśnie milicjantów lub sędziów.

Wyszedłem.

– Weźcie kurtkę, bo tam będzie zimno – usłyszałem od Cyrbana.

Zrozumiałem, gdzie jest to „tam”. Tylko wciąż nie wiem: za co?

Zatrzymania, grzywny i areszty: przed wyborami rośnie presja na dziennikarzy Biełsatu

Już za drzwiami powiedziano mi, że przeciwko mnie toczy się sprawa z kodeksu wykroczeń na podstawie punktu pierwszego artykułu 23.34: „Udział w nielegalnej pikiecie”. Artykuł ten przewiduje areszt i właśnie on jest powodem zatrzymania mnie. Poprosiłem więc o pozwolenie na telefon do żony, bym mógł ją powiadomić, że zostałem aresztowany i że potrzebuję kurtki. Pozwolili.

Mówię żonie, że mnie zatrzymują.

– Ciebie? – dopytuje zdziwiona żona. – Dziękuj Bogu, że nie ciebie! – odpowiadam.

– Twardziel… – słyszę od funkcjonariusza po cywilnemu. – Nawet w takiej sytuacji nie tracicie poczucia humoru.

Bo się odezwał bez zgody władz

Wsadzają mnie do samochodu. Po obydwu stronach siadają milicjanci. Jedziemy na posterunek znajdujący się jakieś trzysta metrów dalej.

Milicjanci z Głębokiego. Zdj. belsat.eu

Po drodze próbuję z milicjantami pożartować, ale przez głowę cały czas przelatują myśli: „- Co takiego i gdzie ja mogłem zrobić?”

– Wkrótce się dowiecie – mówią na razie milicjanci.

Trzeba im oddać, że zachowywali się poprawnie. Nie widziałem więc sensu, żeby im się opierać. Tym bardziej, że było ich trzech. Młodsi ode mnie o jakieś dwadzieścia lat.

Wchodzimy na posterunek. Milicjant w masce od razu psika mi na ręce środkiem antyseptycznym. Przecież mamy w kraju koronawirus, choć nasz przywódca nazywa to psychozą.

Gabinet przesłuchań jest zajęty, więc idziemy na piętro, do dużej sali. Mając na koncie dwie, a może i trzy dziesiątki administracyjnych spraw, do komisariatów i sądów zdążyłem już przywyknąć – tak, wiem, jak dziwnie to brzmi. Człowiek do wszystkiego się z czasem przyzwyczaja.

Wyciągnąwszy z teczki papiery, major Cyrban oświadczył, że przeciwko mnie została wszczęta administracyjna sprawa za udział w nielegalnej pikiecie, jaka odbyła się 31 marca w Głębokiem.

– Ale przecież to była zwykła transmisja internetowa ze spotkania z subskrybentami YouTube’owego kanału „Kraj do życia” Siarheja Cichanouskiego – odpowiadam zdziwiony. Ale białoruskie państwo uważa inaczej. Odezwałem się bez zgody władz, a więc – winny.

Zmicier Łupacz relacjonował spotkanie blogera Siarhieja Cichanouskiego z subskrybentami. Zdj. belsat.eu

Napisałem w protokole, jak zwykle zresztą, że zgodnie z konstytucją nie będę zeznawał przeciwko sobie i nie uważam się za winnego.

– A teraz będę musiał was przesłuchać w charakterze świadka w sprawie administracyjnej przeciwko Cichanouskiemu – kontynuował milicjant. – Tutaj nie macie prawa do odmowy.

Odpowiedziałem, że podczas transmisji internetowej coś tam mówiłem do mikrofonu. Wszystko jest dostępne w internecie, można obejrzeć. Nie pamiętam, kto jeszcze tam był, bo od tego czasu minął miesiąc.

Ale to nie wszystko. Major wyciąga z teczki jeszcze jedną administracyjną sprawę, tym razem z „naszego” artykułu 22.9 – praca bez akredytacji – za materiał w programie „Subiektyw”. Znowu odmawiam zeznawania na swoją niekorzyść.

– Rozprawa odbędzie się w poniedziałek, 11 maja, o godzinie 10.00 – mówi na koniec milicjant. – A na razie, do czasu rozprawy, zatrzymujemy was.

– Może Pan powiadomić moją żonę?

– Nie.

Jak mi pomogła nowa znajoma

Prowadzą mnie do innego pomieszczenia. W środku jest już jakaś kobieta.

– Posiedźcie tu, porozmawiajcie. Może znajdziecie wspólne tematy – z nutką ironii rzuca nam Cyrban.

Gdy zdjęła maskę, poznałem w niej jedną z sześciu osób, których fotografie zauważyłem wcześniej wiszące w widocznym miejscy na posterunku, pod dziwnym hasłem „Poznaj siebie”. To ponoć lokalni alkoholicy.

Kobieta mówi, że milicjanci jedzą teraz obiad. Potem mają ją zamknąć. A na razie, przez jakąś godzinę, posiedzimy razem.

Areszt w Głębokiem. Zdj. belsat.eu

– A ciebie za co wsadzili?

– Za dziennikarstwo – oznajmiam. – Filmuję nie to, co oni by chcieli. A ty?

– Zapiłam… Sama nie wiem, jak wyszło. Wypiłam coś z koleżanką, a potem jeszcze trzy tygodnie tak piłam. Nawet nie mam pojęcia, skąd na to wzięłam pieniądze.

Opowiada, że na co dzień pracuje jako sprzątaczka w masarni. Mówi o warunkach pracy i zarobkach…

Nagle słyszę, że przyszła moja żona z kurtką. Chcę wyjść z gabinetu, powiedzieć jej o rozprawie, ale jeden z milicjantów zamyka drzwi tuż przed moim nosem. Aż mną zatrzęsło. Żona jest obok, a ja nie mogę nawet słowa zamienić. Nagle dostrzegam w oknie kolegę – Leanida, który czekając na moją żonę spacerował pod budynkiem. Macham do niego, ale on mnie nie widzi.

– Otwórz okno i zawołaj go! – radzi moja nowa znajoma.

Zestawiam z parapetu drukarkę i rzeczywiście, okno daje się otworzyć. Uchylam szybę i szybko opowiadam mu o czekającym mnie w poniedziałek sądzie. Kolega kiwa głową, że zrozumiał.

„W gościnie” u byłego podwładnego

Po obiedzie mnie pierwszego zabierają do celi. Kobieta musi jeszcze poczekać, bo rewizji osobistej może dokonać tylko kobieta – milicjantka.

Komendant aresztu – major Adamowicz – pochodzi z wioski sąsiadującej z moją. Na początku lat dziewięćdziesiątych pracowałem jako brygadzista w kołchozie, a on w tym samym czasie był pomocnikiem kombajnisty. W ten sposób trafiłem na swojego byłego podwładnego. Zachowywał się on na tyle taktownie, na ile pozwoliła mu funkcja. Polecił mi wyjąć wszystko z kieszeni i rozebrać się do bielizny. Przeszukują mnie wykrywaczem metalu, po czym prowadzą do celi.

– Będziecie tu siedzieć samemu do poniedziałku – oznajmił komendant. – Pewnie wypuszczą was po rozprawie.

Okna celi, w której odbywał wyrok nasz redakcyjny kolega. Zdj. belsat.eu

W celi znajdują się: dwa piętrowe łóżka, żelazny stół i cztery taborety, też żelazne. Wszystko przymocowane do cementowej podłogi. Okno zasłonięte dwiema warstwami szyb, rozdzielonych żelazną kratą. Światło przechodzi, ale nic przez nie widać. W drzwiach otwór zwany „karmuszką” – „karmnikiem”, który strażnik otwiera, by wsunąć więźniowi jedzenie lub miotłę do sprzątania celi. Nad „karmnikiem” znajduje się judasz. Strażnik odsuwa go od czasu do czasu i sprawdza, co się dzieje w celi. Poza tym w celi jest monitoring. Nad drzwiami umieszczono świecącą dniem i nocą lampę.

Krokami mierzę celę: trzy kroki. Do okna nieco dalej, ale tam nie da się podejść, bo przeszkadzają przymocowane do podłogi taborety. Proszę o coś do czytania. Dali mi dwie książki. Jedna z nich, to kryminał Agathy Christie. Idealna lektura w tym miejscu.

Jeść tego dnia mi nie dali, ale nawet nie byłem głodny. Pewnie to efekt stresu.

Możesz cierpieć, albo siadaj na wiadrze

Tak spędziłem swoje pierwsze godziny w roli więźnia. Przez kolejnych kilka godzin nie mogłem się doprosić, żeby mnie zaprowadzili do toalety.

– Po ósmej wieczorem – padła odpowiedź. – Możesz dalej cierpieć, albo siadaj na wiadrze.

W kącie stoi wiadro z pokrywką. Taka „toaleta” na wyposażeniu celi. Do prawdziwej puszczają tylko dwa razy na dobę – rano i wieczorem, do tego podczas inspekcji i procedury, którą strażnicy nazywają „wywodką”. Więźnia wyprowadza się wtedy na korytarz, stawia twarzą do ściany i rewiduje przy użyciu wykrywacza metalu. Potem strażnicy go odwracają i znowu przeszukują, sprawdzając zawartość kieszeni. Zdejmujesz buty, które również przeszukują wykrywaczem. Na koniec oglądają stopy więźnia.

Dopiero po tym wszystkim można iść do toalety. I z powrotem znowu kontrola. W tym samym czasie inny funkcjonariusz przeszukuje celę. Ty stoisz twarzą do ściany i czekasz, aż skończy. I tak dwa razy dziennie – rano i wieczorem.

Wieczorem wydali mi pościel, która przypomina tę, jaką dają w wagonach sypialnych. Tyle, że bardziej zniszczoną.

Pierwszej nocy miałem problem z zaśnięciem. Przeszkadzało mi jasne światło i grająca przez całą noc muzyka. Widać strażnik się nudził i ją włączył, a ponieważ właśnie rozpoczął się 9 maja, kiedy Białoruś świętuje Dzień Zwycięstwa, to i pieśni były głównie wojenno-patriotyczne. Strasznie głośne. Pomyślałem, że strażnik podkręcił regulator, bo niedosłyszy. Może sam szturmował Berlin w 1945?

Dziesięć dni za dziesięć minut

Tak spędziłem pierwsze trzy noce w areszcie. Rano w poniedziałek zawieźli mnie do sądu. Po drodze zauważyłem, że przez ten czas w mieście zdążyły zakwitnąć wiśnie i ulice wyglądały naprawdę odświętnie. Pod budynkiem sądu czekali już na mnie koledzy i różni inni ludzie, którzy przyszli, żeby mnie wesprzeć. Ci, którzy mnie przywieźli oraz mieli sądzić, nie spodziewali się tego, bo nie wiedzieli, że na posterunku uchyliłem okno.

W sądzie. Zdj. belsat.eu

Na samym początku rozprawy zwróciłem się do sędziego, by dał mi czas na znalezienie adwokata w Mińsku lub Witebsku, gdyż miejscowym prawnikom nie ufam. Nie miałem złudzeń, że adwokat mi w czymkolwiek pomoże, ale potrzebowałem czasu, żeby dojść do siebie, bo nie czułem się dobrze. Sędzia zgodził się i dał mi czas do środy. Powiedział, że za kilka minut poda dokładny termin, ale po chwili wrócił i oświadczył, że mam tylko pięć godzin, bo rozprawa musi się odbyć jeszcze tego samego dnia.

Z pomocą kolegów ze stowarzyszenia dziennikarzy i organizacji zajmującej się prawami człowieka adwokata udało się jednak znaleźć. W międzyczasie pojechałem na chwilę do domu, gdzie tylko zdążyłem się wykąpać, ogolić i nieco ochłonąłem. Z Internetu dowiedziałem się, że ludzi aresztują na terenie całego kraju.

Mierzę ciśnienie: dość wysokie. Chcę iść do lekarza, ale decydujemy z żoną, że na razie się wstrzymam.

W sądzie. Zdj. belsat.eu

Po szesnastu godzinach rozpoczyna się rozprawa. Adwokat mimo, że miał mało czasu, zdążył przyjrzeć się dokumentom i zauważył tam jakieś naruszenia procedur. W chwili, kiedy je odczytywał, sędzia swoją pozą demonstrował, że go to w ogóle nie obchodzi i tylko czekał, aż ten skończy. I zapada wyrok: 1.215 rubli (ponad 450 euro) grzywny za pracę bez akredytacji oraz dziesięć dni aresztu za rzekomą, nielegalną pikietę. Za pikietę białoruscy Słudzy Temidy uznali właśnie spotkanie Cichanouskiego z subskrybentami jego kanału. Rozmawiałem wtedy z Siarhejem Cichanouskim, może jakieś dziesięć minut. No i dostałem – za każdą minutę jedną dobę za kratami.

Z sądu na pogotowie

Jeszcze rozprawa nie zdążyła się rozpocząć, kiedy podjechali milicjanci. Już wiedzieli, jaki będzie wyrok. Dlatego od razu po rozprawie chcą mnie zabrać do samochodu. Żona prosi, by zmierzyli mi ciśnienie. Naprawdę wysokie: 125/190. Jej ciśnienie też okazuje się wysokie. Zaraz przyjeżdża pogotowie.

Po zmierzeniu ciśnienia Zmitra trzeba było zabrać na pogotowie. Zdj. belsat.eu

Pielęgniarka jeszcze raz mi mierzy ciśnienie, które jest już nieco niższe, ale nadal niebezpieczne. W karetce wykonują mi EKG, a siostra oświadcza, że zabiera mnie do szpitala.

Dziennikarz Biełsatu z sali sądowej trafił do szpitala

Milicjanci jadą za nami. Ciekawe, że choć karetka jedzie bez sygnału, milicjanci „koguta” włączyli. To znaczy, że dla nich jestem więźniem! I taki oto konwój podjeżdża pod szpital. Do środka wprowadzają nas milicjanci. Wtedy żona wpada w histerię i krzyczy, żeby nas od razu do kostnicy zawieźli. Może to uszczęśliwi białoruskie państwo!

W szpitalu znowu mi robią EKG. Przez cały czas badań w pobliżu stoją milicjanci. W swoich czarnych maskach wyglądają jak stado wron, czekających na swoją ofiarę. Odjechali dopiero wtedy, gdy lekarka wypisała im dokument, że zabiera mnie na reanimację.

Z sądu dziennikarza musiało zabrać pogotowie. Zdj. belsat.eu

Tam spędzam prawie dwa dni. Jestem wdzięczny lekarzom. Rzeczywiście mi pomogli. Po reanimacji powinienem był jeszcze przez dwa tygodnie leżeć w szpitalu. Znajomy lekarz ostrzegł mnie jednak, że trafię na jeden oddział z chorymi na koronawirus, więc lepiej, żebym w ogóle odmówił dalszej hospitalizacji i te dwa tygodnie przeleżał w domu. Tak zrobiłem.

Mieszadełko w stylu glamour

Jeszcze nie zdążyłem dotrzeć do domu – mieszkam pół kilometra od szpitala – a milicjanci już mi przywieźli decyzję sądu i oświadczyli, że w następny poniedziałek mam się stawić, by odbyć wyrok. Co mi pozostaje? Stawię się. Ale i tu sąd pokrzyżował mi plany. Już następnego dnia wręczają mi nową decyzję, według której w więzieniu powinienem być już w piątek. Widać ktoś się bardzo stęsknił do widoku mnie na pryczy.

Skazany na karę aresztu współpracownik Biełsatu znów stanie przed sądem

W piątek wieczorem, 15 maja, zjawiam się w więzieniu. Cela okazuje się nieco bardziej przestronna: od ściany do ściany aż pięć kroków! Jednak tym razem siedzę już nie sam. Ze mną jest chłopak, Wałodzia, który wszedł do sklepu i ukradł kilka butelek wódki. Wałodzia okazał się stałym bywalcem tego miejsca. Siedział tu już za kradzieże, więc mógł mi opowiedzieć co nieco o więziennym życiu. Nawet zrobił mieszadełko do cukru.

Mieszadełko w stylu glamour. Zdj. belsat.eu

O tym mieszadełku warto opowiedzieć osobno. W celi nie można trzymać metalowych przedmiotów i dlatego herbatę pije się z plastikowego naczynia; plastikowej łyżki nikt więźniom nie daje. Jeśli nie udało się wziąć jej ze sobą (a za pierwszym razem nie wiesz, że się przyda), mieszanie herbaty okazuje się prawdziwym problemem.

Wałodzia poprosił więc strażnika o jakieś czasopisma. Strażnik przyniósł. Wśród nich znajdujemy rosyjski magazyn „Glamour” z 2014 roku. Papier błyszczący, twardy. Wałodzia wyrwał kartkę ze zdjęciem Kim Kardashian i już po chwili mieszadełko gotowe! Będzie ono nam służyło przez cały tydzień. Po wyjściu zachowałem je sobie jako więzienną pamiątkę. W ten sposób mieszaliśmy herbatę zgrabnymi nogami Kardashianki.

W areszcie są oczywiście metalowe naczynia, ale wydają je osadzonym tylko na czas posiłków.

Raz dziennie aresztanci dostają porcję chleba, cukru i herbaty. Zdj. belsat.eu

Cukier i herbatę zwykle sypią na kawałek gazety, ale kiedy osadzonych jest dwóch, można odwrócić kromkę chleba i nasypać na nią.

Przyjaciele pomagają przetrwać

Co było dla mnie najgorsze w tych dniach? Brak informacji, co dzieje się za ścianami aresztu. Nie było kontaktu z bliskimi, ani żadnych informacji ze świata; a to ostatnie, jak się jest dziennikarzem, to chyba najgorsza rzecz, jaka cię może spotkać. Nawet nie miałem zegarka, więc albo o godzinę pytałem strażnika, albo orientowałem się słysząc dzwony pobliskiego kościoła.

Areszt w Głębokiem znajduje się w sąsiedztwie kościoła. Zdj. belsat.eu

Poza tym w celach było dość zimno. Z początkiem maja wyłączyli ogrzewanie, a mury nie zdążyły się jeszcze nagrzać od słońca. Zatem w dzień trzeba było siedzieć w kurtce, a nocą spać w ubraniu. Na dodatek trzeba przykrywać się razem z głową – tak jest i cieplej, i światło nie dociera.

Co mi pozwoliło przetrwać? Wiedziałem, że nie jestem sam. Wspierali mnie przyjaciele i to nie tylko na Białorusi. Często myślałem o więźniach w czasach stalinowskich, których warunki były nieporównywalnie gorsze. To też mi dodawało sił. Poza tym przekonanie, że prawda jest po naszej stronie i że prędzej czy później będziemy żyli w normalnym, europejskim kraju.

Zmicier Łupacz/belsat.eu

Wiadomości