Mateusz Bajek: „Tam, gdzie są obserwatorzy, Łukaszenka przegra”

Jak podkreśla OBWE, od 1994 roku żadne wybory na Białorusi nie były uczciwe, wolne, sprawiedliwe i demokratyczne. Z obserwatorem międzynarodowym Mateuszem Bajkiem rozmawialiśmy o tym, dlaczego i w jaki sposób białoruskie władze okłamują własnych obywateli.

– Zacznijmy od podstawowego pytania, czy Alaksandr Łukaszenka musi fałszować wybory?

– Wydaje mi się, że w obecnej sytuacji Łukaszenka już musi fałszować wybory. Bo nawet w poprzednich latach, gdy ludzie nie byli jeszcze na tyle zjednoczeni wokół opozycji, były takie miejsca na Białorusi, gdzie nie zdobywał tych swoich 50 proc. Zakładam, że w obecnej sytuacji takich miejsc jest o wiele więcej.

Więc żeby nie było drugiej tury, żeby opozycja nie wygrała w pierwszej, to tak, Łukaszenka musi fałszować wybory.

Tysiące mieszkańców Mińska żądały zmian

– We wtorek rozpoczęło się głosowanie przedterminowe w wyborach prezydenckich. To narzędzie popularne w krajach postsowieckich, nieznane w Polsce. Do czego jest ono wykorzystywane?

– Możliwość głosowania przez sześć dni daje politykom, którzy to kontrolują, możliwość dłuższego wpływania na przebieg wyborów. Jest więcej czasu, by na przykład sfałszować wyniki w urnach.

A po drugie, pozwala manipulować wielkością frekwencji wyborczej. Dzięki temu można ukryć, ile osób tak naprawdę zagłosowało. Bo o ile kontrola frekwencji jednego dnia jest możliwa do zorganizowania, da się do tego zmobilizować odpowiednią liczbę obserwatorów, to gdy głosowanie trwa sześć dni, to pełna kontrola jest niemożliwa. Dzięki temu łatwiej jest potem wmówić ludziom, że tak wielu z nich zagłosowało.

W tym roku większość komisji nie wpuściła obserwatorów na głosowanie przedterminowe. Teraz obserwatorzy patrzą komisjom na ręce przez okno. Zdjęcie od naszego czytelnika

– W takim razie w jaki sposób i przez kogo ta frekwencja jest zawyżana?

– Po pierwsze, można zmusić ludzi do głosowania. Jest to metoda stosowana od dawna i w wielu krajach. Nie jest wyłącznie białoruska specjalność.

Można też po prostu fałszować wyniki frekwencji. Niezależnie od tego, ile osób przyjdzie do komisji wyborczych, frekwencja jest wcześniej ustalona na potrzebnym poziomie. W taki sposób, by już przed głównym dniem głosowania ta frekwencja była odpowiednia dla założonych celów. A te mogą być różne. Celem może być wysoka frekwencja sama w sobie. Ale też celem może być frekwencja na tyle wysoka, by można było zmanipulować wynik wyborów. Bo gdy oświadczy się, że w głosowaniu przedterminowym wzięło udział aż 40 proc. mieszkańców, to wyniki głosowania w dniu samych wyborów są już mniej istotne.

Białoruscy aktywiści informują o masowych naruszeniach w głosowaniu przedterminowym

– Jak fałszowanie wyników wyborów na Białorusi wygląda “z technicznego punktu widzenia”. Do urn są dorzucane głosy na Łukaszenkę, a może wyrzuca się te na opozycję. Czy też to wszystko dzieje się tylko “na papierze”?

– Ja osobiście widziałem kilka metod. Ale zacznijmy od różnic. Myśląc w Polsce o fałszerstwach wyborczych zazwyczaj mamy przed oczami Rosję, z której trafia do nas bardzo dużo nagrań z komisji wyborczych. Tam najczęściej widzimy dorzucanie głosów do urny, lub wielokrotnie głosowanie przez te same osoby, nawet kilkanaście razy.

W mojej ocenie na Białorusi wygląda to trochę inaczej. Po pierwsze dochodzi do fałszowania frekwencji, co umożliwia manipulowanie wynikami. Jednak największe fałszerstwa mają miejsce podczas liczenia głosów przez komisje. Obserwatorzy międzynarodowi i miejscowi zgłaszają sytuacje, gdy nie można powiedzieć, jak te głosy zostały policzone. Robi się jakieś zamieszanie przy stole z głosami, nie dopuszcza się nas do tego stołu, a potem, czasami już po kilkunastu minutach głosy są policzone. I wtedy wychodzą piękne wyniki, a władza oczywiście wygrywa. W tak krótkim czasie nie da się policzyć głosów i nie ma żadnej pewności, że wynik oficjalny jest zgodny z tym jak ludzie głosowali.

Głosowanie przedterminowe na Białorusi trwa od wtorku. Zdjęcie: Tonia Kapitanawa/belsat.eu

Może się też zdarzyć sytuacja, gdy obserwatorzy są dopuszczeni do stołu, widzą proces liczenia głosów, i że np. kandydat opozycji dostaje sporo głosów. Ale potem karty do głosowania z głosami na opozycję trafiają na inny stół, gdzie leżą głosy np. na Łukaszenkę. I potem ogłasza się wyniki, zgodnie z którymi na opozycję nie ma prawie żadnych głosów, a Łukaszenka zdobywa prawie wszystkie.

Bywa też tak, że głosy na opozycję przerzuca się nie na kupkę Łukaszenki, by nie wmawiać ludziom, że dostał np. 90 proc. w Mińsku, ale do kategorii “przeciw wszystkim”. Wmawia się wtedy ludziom, że być może nie popierają Łukaszenki, ale opozycja też nie ma poparcia.

Widziałem wszystkie te metody. Widziałem nawet, jak odbierano głosy Alaksandrowi Łukaszence, by przenieść je do kategorii “przeciwko wszystkim”, bo wcześniej dopisano mu zbyt dużo głosów. To akurat było bardzo ciekawe.

Zobacz filmik o tym, jak wygląda obserwacja wyborów na Białorusi

To wszystko dzieje się w lokalach wyborczych. Ale potem są komisje wyższego rzędu, które przyjmują protokoły z głosowania. I jeśli otrzymane liczby im się nie podobają, to mogą zrobić dwie rzeczy – albo nie przyjąć protokołu i poprosić o “korektę” wyniku, albo przyjąć dokument bez dyskusji, ale do systemu komputerowego wprowadzić inne liczby.

By wyborcy nie mogli fotografować kart do głosowania i umieszczać zdjęć na platformie „Głos”, CKW kazała w tym roku przygotować kabiny bez zasłon. Zdjęcie: Tania Kapitanawa/belsat.eu

Może być też taka sytuacja, jakiej byłem świadkiem. W mojej obecności szef komisji okręgowej przeczytał wyniki wyborów ze wszystkich lokali. Udało mi się większość zanotować, ale już w protokole zbiorczym, który powinien być sumą wyników, Alaksandr Łukaszenka znów miał więcej głosów, a kandydaci opozycji stracili poparcie. Czyli przeczytano jedne wyniki, a wpisano drugie. Tak więc wyniki mogą być zmienione na każdym etapie.

Mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że wyniki publikowane przez komisje wyższego rzędu nie mają nic wspólnego z rzeczywistymi. Muszę też dodać, że na Białorusi są komisje, które oddają do komisji wyższego rzędu protokoły z wynikami wyglądającymi na uczciwe. Ja i inni obserwatorzy międzynarodowi wielokrotnie widzieliśmy wyniki wyborów z komisji, w których opozycja miała kilka, a nawet kilkadziesiąt razy wyższe poparcie, niż oficjalnie ogłoszone dla danego okręgu wyborczego (odpowiednika powiatu, bądź gminy). Ale potem wyniki trafiają wyżej i tam są już “obcinane”.

– Jaką w takim razie rolę w fałszowaniu wyborów ma Lidzija Jarmoszyna, która kieruje Centralną Komisją Wyborczą już ćwierć wieku?

– Pani Jarmoszyna stoi na szczycie instytucji, który jest w pełni nieprzejrzysta i dopuszcza systemową możliwość manipulowania wynikami wyborów. I mimo zachęt Zachodu, OBWE, nie wprowadza zmian, dzięki którym te wybory byłyby chociaż trochę bardziej uczciwe. Jest też odpowiedzialna za zakonserwowanie tego systemu na takim etapie, że obrona uczciwości wyborów jest praktycznie niemożliwa, bo nie wprowadzono do niego bezpieczników, które by pilnowały jego uczciwości. Natomiast nie umiałbym stwierdzić czy to ona jest głową całego systemu nieprawidłowości i fałszerstw, czytając w myślach Łukaszence, czy może jest jedynie wykonawcą instrukcji narzuconych w pałacu prezydenckim.

Szefowa CKW o alternatywnym systemie liczenia głosów: „To przestępczy projekt”

– W tym roku Białorusini chcą walczyć o swoje głosy. Wymyślili system alternatywnego liczenia głosów “Głos” (biał. “Hołаs”). Czy ich starania pozwolą obronić wyniki głosowania?

Jak wspomniałem, są komisje, które nie fałszują wyników. Ja spotykałem takie w Mińsku i Rogaczowie na wschodzie kraju, a moi koledzy także w innych regionach. Czyli Białorusini mieli już w przeszłości i mają obecnie możliwość obrony rzeczywistych wyników w komisjach najniższego szczebla. Ale jak wspomniałem wcześniej problemem nie jest wyłącznie uczciwość na dole systemu.

Rzecz w tym, że komisje wyższego rzędu nawet nie udają, że sumują wyniki z lokali, kiedy te są dla nich niewygodne. One zapisują takie liczby, jakie mają zapisać zgodnie z instrukcjami. I trudno jest udowodnić, że jest inaczej, bo wyniki z komisji, w których oddawane są głosy, nie są nigdzie publikowane. To nie jest tak, że można wejść na stronę www Centralnej Komisji Wyborczej, albo podejść do budynku komisji wyższego rzędu i przeczytać sobie dokładne wyniki z poszczególnych komisji, jak w Polsce, czy w Rosji. Nie! To wszystko jest tajemnicą, a my widzimy tylko wyliczone przez komisję wyższego rzędu wyniki łączne z 20, 50, a nawet 100 komisji.

Reasumując: Białorusini są w stanie obronić wyniki w poszczególnych lokalach, ale przy obecnym systemie wydaje się, że nie mogą ich obronić w skali kraju.

Pokaż swój głos na zdjęciu! Niezależny pomysł na podliczenie wyników wyborów

Ale tak naprawdę system “Głos” stworzony przez organizację “Uczciwi ludzie” ma za zadanie pokazać Białorusinom, ile rzeczywiście oddano głosów na poszczególnych kandydatów. Białorusini będą mogli porównać je z wynikami, które władza sfałszuje. Więc jeśli w badaniu weźmie udział wystarczająca liczba osób, będą oni mogli pokazać, czy władze oszukują obywateli, i jak bardzo. I wtedy wszystko zależy już od obywateli – tego, czy będą chcieli wymusić na władzach publikację prawdziwych wyników, czy też zaakceptują to, że są oszukiwani.

– Jeśli wybory są fałszowane wyżej, to jaki sens ma niezaproszanie przez Białoruś obserwatorów międzynarodowych z OBWE, a nawet Rosji i usuwanie lokalnych obserwatorów z lokali wyborczych?

Wydaje mi się, że władze mają świadomość, w jak ciężkiej są sytuacji i jak niskie poparcie mają. W związku z tym, jeśli nawet w co dziesiątej komisji w kraju udowodni się, że Łukaszenka dostał mniej niż 20 proc., to łatwiej będzie przekonać Białorusinów, że wszędzie tak było. Władze wiedzą, że im mniej jest komisji pilnowanych przez obserwatorów, tym opozycja ma mniejsze szanse na podważenie oficjalnych wyników wyborów i skłonienie obywateli do obrony swojego wyboru.

CKW: Niezależni obserwatorzy usuwani zgodnie z prawem

Nawet jeśli w komisji są obserwatorzy z Rosji czy Kazachstanu, to pewne sytuacje nie mogą mieć tam miejsca. Nie dojdzie tam na przykład do siłowego wyrzucenia obserwatorów niezależnych bez powodu. Nie dojdzie tam do poważnego, jawnego oszustwa. Bo nawet obserwatorzy ze Wspólnoty Niepodległych Państw mają pewne poczucie smaku.

To właśnie obecność obserwatorów, w tym międzynarodowych, sprawia, że w komisjach wyniki są bliższe prawdzie i lepsze dla opozycji.

Zrobiłem nawet takie małe badanie. W 2015 roku poprosiłem polskich obserwatorów, by powiedzieli, jakie były wyniki w ich komisjach. Skupiłem się na Taccianie Karatkiewicz i Alaksandrze Łukaszence. Okazało się, że tam gdzie byli obserwatorzy międzynarodowi, Karatkiewicz miała cztery razy więcej głosów, niż w sąsiednich komisjach.

Władze nie chcą, by komisje bały się fałszować wyniki. A straty wizerunkowe z niezaproszenia obserwatorów są dużo mniejsze, niż gdyby na ich oczach działy się poważne fałszerstwa. A że dziać się będą, to akurat oczywiste.

Nawet Rosja nie wyśle obserwatorów na białoruskie wybory

– Białoruskie prawo wyklucza fałszowanie wyborów, a odpowiedzialnością za ich przebieg obarcza komisje. Czy w takim razie władze mogą bezkarnie manipulować wynikami głosowania?

– To ciekawy temat. Wydaje mi się jednak, że członkowie komisji szybciej poniosą odpowiedzialność za to, że nie sfałszowali wyborów, niż za to, że je sfałszowali. Nigdy nie słyszałem, że kogokolwiek ukarano za fałszowanie wyników, ale dopuszczam, że takie pokazowe procesy mogły mieć miejsce, bo zdarza się tak nawet w Azerbejdżanie i Rosji. W ten sposób władze mydlą oczy obywatelom, że walczą o uczciwość głosowania.

– A czy w takim razie sama Białoruś jest bezkarna w swoim procederze?

– No tak, od ponad 20 lat jedyne kary to jakiś ostracyzm na Zachodzie. Ale z czasem musi on mijać, bo Zachód nie może być przez ćwierć wieku obrażony na Białoruś za sfałszowane wybory. Na tym nie polega polityka. Także kary są, i gdyby Białoruś przestrzegała zasad demokracji, to miałaby lepsze relacje z Zachodem. Ale z perspektywy obecnych władz lepiej sfałszować wybory i narazić się na sankcje, niż stracić władzę.

UE wzywa władze w Mińsku do uczciwych wyborów

– Czy jest pan gotów obstawić jakiś wynik wyborów?

– Ale realny, czy oficjalny?

– I taki, i taki.

– Ja bym nawet chętniej obstawił prawdziwy wynik. Oficjalne wyniki zawsze wyglądają tak, że Łukaszenka wygrywa. I bardzo wątpię, by dopuścił do drugiej tury. Doświadczenie pokazuje, że w państwach autorytarnych druga tura bardzo mobilizuje opozycję i sprawia, że władza często ostatecznie wybory przegrywa. Dlatego oficjalne wyniki muszą być zwycięskie dla Łukaszenki.

Łukaszenka na pewno ogłosi, że najmniejsze poparcie miał w Mińsku. Nawet dopuszczam, że może przyznać, że w Mińsku nie otrzymał 50 proc. poparcia. Mińsk będzie też pewnie rekordzistą w liczbie głosów “przeciwko wszystkim”, by wmawiać ludziom, że mimo niezadowolenia części Białorusinów z polityki władz opozycja nie ma poparcia, a ludzie są po prostu przeciwko. Natomiast w reszcie kraju na pewno oficjalnie wygra i to wysoko. Chociaż poparcie w tym roku może mieć niższe, niż w ostatnich wyborach, by pokazać, że jego przeciwników jest więcej, ale to wciąż margines.

Jeśli natomiast chodzi o prawdziwe wyniki, to w dziesiątkach, setkach komisji, gdzie pracują obserwatorzy, Łukaszenka wybory przegra. Czy to będzie miało przełożenie na wynik ogólnokrajowy – wątpię. Jedynie obywatele, którzy powiedzą władzy “dość” będą mogli spróbować ten rezultat obronić.

Co się stanie po 9 sierpnia? Powyborcze scenariusze dla Białorusi

Mateusz Bajek to międzynarodowy obserwator wyborów, uczestnik dwóch misji obserwacyjnych ODIHR/OBWE na Białorusi, członek Fundacji Odpowiedzialna Polityka, autor pracy analitycznej “Jak oszukuje się się białoruskich wyborców”.

Rozmawiał Piotr Jaworski/belsat.eu

Wiadomości