„Łukaszenka potwierdził: najlepiej eksportują przemytnicy”. Wywiad z oficerem KGB, który uciekł do Sztokholmu

Wywiad

„Nie proponujcie ani kawy, ani herbaty” – mówi, nalewając wody do plastikowego kubka. Mówi cicho, szybko i nerwowo. Mój współrozmówca ma 40 lat, z których 10 służył w białoruskim KGB. Agent wydziały antykorupcyjnego, potem bezpieczeństwa gospodarczego, major Andrej Mołczan, u szczytu swojej kariery wykrył grupę przemycającą produkty ropopochodne, w którą były zamieszane pierwsze osoby w państwie.

Wkrótce pozbawiono go dostępu do informacji niejawnej, a potem zwolnili i pozbawili prawa do noszenia munduru. Ale jedną teczkę z dokumentami ze stemplem „tajne” Mołczanowi udało się wywieźć z Białorusi. Oficer KGB poprosił o azyl polityczny w Szwecji. Władze odmówiły, bo według szwedzkich służb bezpieczeństwa SÄPO, Mołczan stwarza zagrożenie jako profesjonalny agent kraju będącego satelitą Rosji. Sąd podjął decyzję o deportacji. Mołczan zgodził się na wywiad na wyłączność dla Biełsatu. Spotkaliśmy się w redakcji Szwedzkiego Radio w Sztokholmie.

Kaciaryna Andrejewa i Andrej Mołczan

„Oddaj dokumenty, a damy Ci spokój”

– Zrozumcie, zostać na Białorusi było niebezpiecznie. Główną przyczyną był mój brak pokory, niechęć do wykonywania poleceń, które były sprzeczne z moimi przekonaniami. A KGB to pistolet, i jeśli jest wycelowany w Twoją stronę, to na pewno wystrzeli, – mówi oficer.

W 2012 roku kupiłem „wycieczkę weekendową” do Szwecji i więcej nie wróciłem. Leciałem tylko z rzeczami osobistymi, tajne dokumenty wysłałem pocztą znajomemu w Rosji, który potem przesłał je do Sztokholmu.

– Zwolniono Pana w 2010 roku. Czym się Pan zajmował do wyjazdu do Szwecji i czy grożono Panu?

– Po zwolnieniu pracowałem w prywatnej firmie logistycznej, z pierwszego wykształcenia jestem inżynierem. Tak, grożono mi… Bo miałem w rękach dokumenty. Główne przesłanie było takie: „Oddaj dokumenty, a damy Ci spokój”. Ale o tym później…

Oświadczenie o służbie Mołczana w KGB

Szczegółowo o groźbach po wydaleniu z KGB Andrej Mołczan opowiedział wcześniej dziennikarzom Szwedzkiego Radia Danielowi Öhmanowi i Danielowi Velasco. Okazało się, że agenci KGB, próbujący odebrać Mołczanowi dokumenty, połamali mu nos i kolana, spalili samochód, a jego dziewczynę zepchnęli ze schodów. I rzeczywiście, ślad po złamaniu nosa pozostał do dziś. Dla potwierdzenia, pokazał też dziennikarzom zdjęcie swojego spalonego auta, ale prosił, by go jeszcze nie publikować.

– Gdy byłem już w Szwecji, do matki i brata przychodzili nieznajomi. Jednego razu mój młodszy brat Alaksandr poszedł na basen, pod prysznicem podszedł do niego człowiek, który bardzo jednoznacznie pytał się o mnie. Teraz ze względów bezpieczeństwa nie utrzymuję kontaktów z rodziną, nie dzwonię. tu w Sztokhomie znajomi znają mnie po prostu jako „Andreja z Petersburga”. O służbie w KGB nikomu nie mówię.

– Czy jest Pan w Sztokholmie obserwowany?

– Widziałem, jak kobieta usiadła koło mnie w kawiarni, gdy przekazywałem szwedzkim dziennikarzom dokumenty, a potem szło za mną aż do klatki mojego bloku. Myślę, że na pewno mnie obserwują.

Wicepremier Siamaszka zamyka schemat

– Wszystko zaczęło sie od tak zwanego „białoruskiego cudu gospodarczego”. Pracując w granicach swoich kompetencji, zauważyłem jedno zbyt przedsiębiorstwo, któremu szło aż za dobrze. Temat przemytu produktów ropopochodnych z Białorusi do Unii Europejskiej wypłynął w latach 2011-2012, ale schemat dostaw był ułożony znacznie wcześniej. Firma, o której mówię, mieści się w Witebskiej Wolnej Strefie Ekonomicznej i nazywa się Chess-bel. Mają tak kilka wielkich zbiorników, w których benzynę mieszają z maleńką ilością dodatku przeciwwybuchowego. Dzięki temu otrzymują nie benzynę, a Ekolon-370 – opatentowany rozpuszczalnik. Wykryłem, że tylko w latach 2006-2007 białoruski skarb państwa stracił około 2 milionów dolarów przez unikanie płacenia cła.

– I celnicy, oczywiście, to zauważyli?

– 19 października 2007 roku celnicy zatrzymali wagon z Ekolonem-370, cała partia została skonfiskowana i Witebska Izba Celna wszczęła sprawę administracyjną o niewłaściwym zgłaszaniu i nielegalnym wywozie towarów. Powinno się to stać początkiem wielkiego śledztwa. Miałem fakty, bazę dowodów i planowałem to kontynuować. A tymczasem Chess-bel zwrócił się do Łukaszenki ze skargą na celników. Z wszystkich listów, które przyszły do Administracy Prezydenta, Łukaszenka wybrał list firmy Chess-bel i kazał wicepremierowi Siamaszce zorientować się w sytuacji. Po liście Siamaszki szefostwo KGB zdecydowało się wstrzymać sprawę.

– Ale sąd nad Chess-bel i tak się odbył?

– Tak, ale 18 stycznia 2008 roku sąd w Witebsku nie uznał winy Chess-bel. Substancje z zatrzymanego wagonu eksperci z Komitetu Pogranicznego sprawdzili w laboratoriach Centrum Kryminalno-eksperckim przy MSW Białorusi i u służby kryminalistycznej pograniczników Federacji Rosyjskiej w Brańsku. Obie ekspertyzy potwierdziły, ze Ekolon-370 jest produktem ropopochodnym. A tu nagle Chess-bel przedstawia zupełnie sprzeczne wyniki analiz wykonanych przez laboratoria Ministerstwa Obrony i Ministerstwa Sprawiedliwości, w których mowa, że nie jest to produkt ropopochodny i nie podlega ocleniu. Sędziemu także wytłumaczono, jaką decyzję ma podjąć. Skonfiskowaną partię zwrócono Chess-bel.

– Więc kto konkretnie w rządzie otacza przemytników protekcją?

– Wiceminister Uładzimir Siamaszka zamyka schemat, to on osobiście poinformował Chess-bel. W 2006 roku Łukaszenka nagrodził Chess-bel dyplomem dla najlepszego eksportera. W ten sposób prezydent powiedział: najlepiej ze wszystkich eksportują przemytnicy. Wszystko się dzieje przy szerokim wsparciu rządu. No i ostatnie słowo zawsze jest prezydenta.

– Czego podczas śledztwa dowiedział się Pan o dyrektorze generalnym Chess-bel Michaile Kraucowie?

– Michaił Kraucou otwiera z kopa drzwi do najważniejszych gabinetów. Ówczesny gubernator obwodu witebskiego specjalnie dla niego zwołał posiedzenie w niedzielę. Kontaktowałem się z otoczeniem Kraucowa. Utrzymują tam bliskie kontakty ze światem przestępczym. Możliwe, że Kraucou to pośrednik pomiędzy kryminalistami i władzą, państwowymi i kryminalnymi pieniędzmi.

List estońskiej służby celnej, który dowodzi, że produkty ropopochodne Chess-bel były wysyłane do firmy Gunvor

– Szwedzcy dziennikarze wyjawili, że ostatecznym użytkownikiem produktów ropopochodnych z Chess-bel był potężny gracz na rynku naftowym Gunvor, związany z Giennadim Timczenką, przyjacielem Putina. A wśród akcjonariuszy Chess-bel znajdziemy firmę Chess z Petersburga, związaną ze zorganizowaną przestępczością. Brzydko mówiąc, bandycki Piter handlował z bandyckim Piterem przez Białoruś. A białoruskie władze nie tylko się na to godziły, ale i były „w kieszeni”?

– Całkiem prawdopodobne. Z Rosji na Zachód płynie potężny potok ropy, na Białorusi rozpada się na wiele „strumyczków”, by znów połączyć się w Europie Zachodniej i trafić do Gunvoru. By nie kupować wprost od mało znanego Chess-bel, Gunvor nabywał ropopochodne od estońskich firm Alexela Teminal i Eurodek, którym Chess-bel dostarczał swoje produkty. Estońska służba celna oficjalnie to potwierdziła, oto dokument. Białoruś była zwykłym pośrednikiem, który otrzymywał pieniądze za manipulacje. Czysty kryminał.

– Z kim Chess-bel dzieliło się swoimi pieniędzmi?

– Myślę, że byli związani bezpośrednio z prezydentem.

– Chce Pan powiedzieć, że pieniądze szły do kieszeni „rodziny”?

– Bezwarunkowo. Na Białorusi nie ma drugiego człowieka, który może przyjąć dziesiątki, setki milionów dolarów i nie trafić do aresztu.

W drugiej części wywiadu Andrej Mołczan opowiedział Biełsatowi o tym, jak w schemacie przemytu działała firma Juryja Czyża, a także o pracy KGB z opozycją, przesłuchaniach aktywistów, przygotowaniach do wyborów, roli Wiktora Łukaszenki w strukturach siłowych i „wojnie” pomiędzy MSW i KGB. Czytajcie już jutro na belsat.eu.

Kaciaryna Andrejewa, belsat.eu

Zobacz też
Komentarze