Łukaszenka nie potrafi zebrać swojego „antymajdanu”

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Białoruskie władze chciały pokazać, że naród je kocha. Do Mińska miało zjechać 200-250 tys. zwolenników Łukaszenki. Nie przyjadą, bo władza nie potrafi zebrać tylu uczestników wiecu, nawet za pieniądze i pod przymusem.

Plan był taki, że w niedzielę do Mińska zjadą się dziesiątki, a może nawet setki tysięcy pracowników budżetówki. Na ogromny wiec poparcia dla Alaksandra Łukaszenki. Nie jest to całkiem świeży pomysł, bo władza już próbowała organizować masówki poparcia. Jeszcze w sierpniu widzieliśmy zwożony do Mińska aktyw – głównie urzędników i pracowników dużych zakładów przemysłowych. Tamte wiece odbyły się z mizernym skutkiem. Właściwie wyglądały dość żałośnie z nieskrywanym brakiem entuzjazmu, z sączącymi się do sieci informacjami o zmuszaniu robotników do udziału. Wydawało się, że władza zaprzestanie tej metody. Bo nie jest w stanie podołać jej organizacyjnie.

Zemściła się niszczona przez Łukaszenkę latami aktywność społeczna Białorusinów – także ta pod kontrolą władzy. Zemścił się fasadowy system partyjny, gdzie nie ma (jak np. w Rosji) typowej partii władzy, z rozrośniętymi na cały kraj komórkami. Łukaszenka dysponuje wyłącznie aparatem urzędniczym i menedżerskim. Za jego pomocą, zastraszając i przekupująć, próbuje mobilizować poparcie dla swojej władzy.

Strach przed ultimatum Cichanouskiej? Łukaszenka zwołał wielką naradę

Tym razem podejmuje ryzyko kolejny raz. Ryzykuje, że manifestacje prorządowe zakończą się podobną kompromitacją, jak wcześniej. Jest jednak do tego zmuszony. Łukaszenka po prostu bardzo boi się niedzieli, a jeszcze bardziej poniedziałku, czyli czasu ultimatum Swiatłany Cichanouskiej i prawdopodobnych nowych protestów i strajków.

Antymajdany

Pomysł organizowania kontrmanifestacji, czy raczej demonstracji poparcia dla władzy nie jest nowy. Sięgały po niego inne autorytarne władze na Wschodzie. W Rosji Władimir Putin już w czasie swojej pierwszej kadencji myślał o budowaniu na bazie partii Jedna Rosji czegoś w rodzaju masowej organizacji prokremlowskiej. Na początku XXI wieku było to jednak trudne – rosyjski system partyjny dopiero konsolidował się wokół Kremla i był jeszcze w miarę pluralistyczny. Władisław Surkow, kremlowski specjalista od technologii politycznych tworzył prokremlowskie młodzieżówki. Nowy impuls przyszedł dopiero po pierwszych, dużych manifestacjach antykremlowskich – na Placu Błotnym w 2011 i 2012 r. To wtedy na Kremlu pojawiła się idea budowania Frontu Ludowego – masowej organizacji poparcia dla Putina.

Do pomysłu utworzenia Frontu Kreml wraca od czasu do czasu. Ten pomysł nigdy nie został doprowadzony do końca, głównie dlatego, że Kreml chciał za jego pomocą budować przeciwwagę dla zbyt wyemancypowanych struktur partyjnych Jednej Rosji. Najbliżej do zbudowania masowej organizacji było w 2014 i 2015 r. Wtedy na fali euforii po aneksji ukraińskiego Krymu Putin sięgnął po ten instrument i do Moskwy (i innych miast) zjeżdżały na masowe, nacjonalistyczne manifestacje tysiące pracowników dużych zakładów, Kozacy, działacze partyjni itd. Mobilizacja aktywu robotniczego, urzędników, nauczycieli itd. jest w Rosji o tyle prostsza, ze Jedna Rosja ma rozbudowane struktury, partyjne komórki w zakładach przemysłowych i instytucjach.

Miński „megamityng” poparcia dla Łukaszenki odwołany?

Po mobilizację zwolenników sięgał również Wiktor Janukowycz w czasie ukraińskiej rewolucji Godności. Janukowycz także miał pewne doświadczenie w tego typu operacjach. W końcu miał Partię Regionów – dużą (w owym czasie największą) partię na Ukrainie z rozbudowanymi strukturami, zwłaszcza na wschodzie kraju, oraz potężnym budżetem (jak się potem okazało nielegalnym).

Partyjne struktury wykorzystywały nie tylko aktywistów z Donbasu, ale i pieniądze. Za 100-200 hrywien dziennie (takie były ówczesne stawki) można było wynająć uczestników dowolnej manifestacji na cały dzień. Do dziś na ukraińskim rynku działają wyspecjalizowane firmy, które mają bazy danych „manifestantów”. Z tej metody korzystają wszystkie partie na Ukrainie, tylko stawki wzrosły z uwagi na inflację.

Dzięki temu Janukowyczowi udało się organizować okresowo całkiem liczne manifestacje, tzw. „antymajdany”. Wynajęci ludzie i aktywiści partyjni ze wschodu nie pomogli mu jednak w utrzymaniu władzy. Nie pomogło również nieformalne zaplecze struktur siłowych – tzw. tituszki, czyli bandyci wynajmowani do napadania na uczestników rewolucji.

“Tituszek” nie żal. Czy OMON sięgnie po pomoc półświatka?

Część uczestników „antymajdanów” wzięła natomiast udział w wydarzeniach tzw. rosyjskiej wiosny, czyli separatystycznego i inspirowanego przez Moskwę buntu na wschodzie i południu Ukrainy. Te same twarze, które widziano w parku przy Radzie Najwyższej w Kijowie (jedno z miejsc manifestacji antymajdanu) spotykano potem w Doniecku, Charkowie, Odessie. Najprawdopodobniej organizatorzy separatyzmu przejęli bazy danych Partii Regionów i skwapliwie je wykorzystali.

Wina koronowirusa

Grać w „antymajdan” trzeba jednak umieć i mieć instrumenty, by go zorganizować. Łukaszenka planował masowy wiec jako odpowiedź na protesty opozycji i ultimatum Cichanouskie. Chciał przełamać trwający od początku sierpnia impas. Przejść do ofensywy. Zademonstrowanie, że naród jest po jego stronie, a na protesty wychodzą tylko wichrzyciele, jest spójne z przekazem rządowej propagandy. To mogłoby posłużyć do dalszej eskalacji przemocy wobec protestujących oraz pozorowanego dialogu z częścią tzw. konstruktywnej opozycji. Tyle, że do zrealizowania tego planu potrzeba albo autentycznego, zaangażowanego wsparcia ze strony mas Białorusinów, albo wyjątkowych możliwości organizacyjnych struktur państwowych.

Nina Bahinskaja odpowiada Łukaszence: jego nieszczęściem jest nieustanne kłamstwo

Łukaszence idzie to z problemami. W rzeczywistości nie ma ani jednego z owych atutów. Niedzielna impreza najpierw była po cichu organizowana, a pracownicy budżetówki otrzymywali propozycje nie do odrzucenia, by przyjechać do Mińska. Do udziału w mityngu zachęcano wysokimi premiami i dniami wolnymi od pracy. Opornych straszono odebraniem premii, a nawet zwolnieniem. Wiele wskazuje jednak na to, że tzw. „zasoby administracyjne” nie zagwarantowały sukcesu akcji.

Dziś okazało się, że zakłady pracy zaczęły dostawać powiadomienia, że wielkiego wiecu nie będzie. Formalnie z powodu ograniczeń pandemicznych. I np. w trosce o staruszków. Koronawirus, którego Łukaszenka długo nie dostrzegał, tym razem posłużył jako wygodny pretekst. Innym argumentem władzy jest stwierdzenie, że tłumy sparaliżują Mińsk. A już najbardziej kuriozalna jest troska o milicjantów. Gdyby musieli ochraniać wiec poparcia, nie mogliby ścigać protestujących w innych częściach miasta. W ten sposób za pomocą pokrętnych wytłumaczeń Łukaszenka skapitulował. I przyznał, że rację mają ci, którzy dostrzegają słabość struktury zarządzania autorytarnym państwem.

Pandemia na Wschodzie: wirus prawdziwy i polityczny

Michał Kacewicz/belsat.eu

Inne teksty autora w dziale „Opinie”

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów