Łukaszenka nie chce sam tonąć i wskazuje wspólników zbrodni

Jakub
Biernat
Dziennikarz, fascynat Europy Wschodniej

Białoruskie władze wyraźnie się przyczaiły. Stało się tak po potężnej porażce, którą poniosły, nie umiejąc stłumić protestów społecznych. Drugim potężnym ciosem, jaki same sobie zresztą wymierzyły, było zezwolenie udzielone funkcjonariuszom struktur siłowych na zupełną bezkarność w podejściu do zatrzymanych w aresztach i komisariatach.

Kraj zalały relacje i filmiki, na których wypuszczeni, często zatrzymani zupełnie przypadkowo ludzie opowiadają o torturach, biciu, poniżaniu i pokazują swoje zmasakrowane ciała. Relacje te były jedną z głównych przyczyn rozpoczęcia strajku w białoruskich zakładach państwowych. Robotnicy podczas spotkań z dyrekcją wyrażali oburzenie, że pod pałki trafili właśnie ich koledzy.

„Pośladki miały kosmiczny czarno-fioletowy kolor”. Relacja zatrzymanego w Mińsku

Białoruskie władze tymczasowo wstrzymały represje i wypuściły większość zatrzymanych, mając widocznie nadzieję na przetrzymanie i rozmycie protestów.

I co robi na to Łukaszenka? Nie mija tydzień od tragicznych wydarzeń, a on nagradza medalami ponad 600 funkcjonariuszy milicji, OMONu i wojsk wewnętrznych udostępniając 26-stronicową listę nazwisk i stopni w internecie.

Łukaszenka nagrodził setki milicjantów pacyfikujących protesty

Wydawałoby się, że jest to krok pozbawiony jakiejkolwiek logiki, bo machina łukaszenkowskiego terroru oparta była właśnie na zapewnieniu kompletnej anonimowości uczestnikom aparatu przemocy. Omonowcy zawsze występują w maskach, bez żadnych znaków identyfikacyjnych i poruszając się nawet samochodami bez rejestracji.

A jednak w tej sytuacji stało się zupełnie na odwrót. Porównania dzisiejszej Białorusi z III Rzeszą nie są oczywiście uprawnione, niemniej jednak nie da się nie zauważyć paraleli z pewnym wydarzeniem, jakie miało miejsce w 1943 roku, gdy dla coraz większej liczby osób w nazistowskiej elicie stało się jasne, że wojna jest nie do wygrania, a w perspektywie skończy się katastrofą dla Niemiec.

Heinrich Himmler w październiku 1943 r. dwukrotnie, przed dokładnie dobranymi najwyższymi przedstawicielami nazistowskiej elity, wygłosił w Poznaniu przemówienie, w którym zupełnie szczerze podzielił się informacjami o Holokauście. Miało to na celu wyraźne uświadomienie obecnym, w czym biorą udział i czego są wspólnikami. Himmler chciał ostrzec: „nie mówcie potem, że nie wiedzieliście, wszyscy jesteśmy wspólnikami tej zbrodni”. Tak, by przypadkiem nie przyszło im do głowy uciekać z tonącego okrętu III Rzeszy.

Zachowanie Łukaszenki przypomina manewr nazistowskiego przywódcy. Białoruski prezydent chyba zdaje sobie sprawę, że staje się w coraz większym stopniu politycznym trupem. A jego władza de facto trzyma się na Putinie. Jeżeli Putin dogada się z Zachodem, co do losu Białorusi lub po prostu na stronę protestujących przejdą jego podwładni – kozłem ofiarnym zostanie on sam.

Wystarczy wspomnieć wariant rumuński, gdy Nicolae Ceausescu, zapewniany przez podwładnych o miłości narodu, nagle z dnia na dzień został zdradzony przez swoich generałów, którzy wytoczyli mu szybki proces i postawili pod ścianą. A na Białorusi kara śmierci nadal istnieje.

Nagrodzenie z imienia i nazwiska kilkuset mundurowych, to tak naprawdę przypomnienie im, że też mogą zasiąść na ławie skarżonych. I przed rozprawą może ich uratować jedynie zachowanie przy władzy Łukaszenki.

Zresztą Łukaszenka, który widać bardzo nie chce zostać samotnym kozłem ofiarnym, 4 sierpnia podczas swojego orędzia wygłoszonego przed najwyższymi urzędnikami parlamentarzystami, państwowymi i członkami białoruskiej elity powiedział enigmatycznie brzmiące słowa o Wiktorze Szejmanie. Wspomniał, wskazując, go osobiście palcem, jak ten w połowie lat 90. jako szef Rady Bezpieczeństwa jeździł po kraju „z pistoletem i likwidował szumowiny”. To cytat… Rzecz w tym, że właśnie wtedy bez śladu znikali opozycjoniści, dziennikarze likwidowani przez szwadrony śmierci.

Łukaszenka ma więc „trupy w szafie” oraz zrobił rzecz niedopuszczalną nawet z punktu widzenia ludzi obojętnych politycznie, czyli „milczącej większości”. Podniósł rękę nie tylko na swoich oponentów, ale także na ludzi całkiem niewinnych. I teraz robi wszystko, by nie pójść pod wodę. A jeśli tak się stanie, to na pewno nie chce być sam. Za sobą chce pociągnąć innych.

Jakub Biernat/belsat.eu

Inne teksty autora w dziale Opinie

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów