Łukaszenka jedzie do Putina

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Białoruski prezydent jedzie na Kreml z nadzieją, że otrzyma pomoc. Wsparcie będzie jednak okupione hołdem lennym i poważnymi ustępstwami wobec Rosji.

Kiedy Alaksandr Łukaszenka i Władimir Putin spotkali się ostatni raz nie było przyjemnie, ani dyplomatycznie. To było 24 czerwca, na przełożonych z powodu pandemii obchodach Dnia Zwycięstwa w Moskwie. W czasie defilady najpierw Władimir Putin dość ostentacyjnie nie podał ręki Koli, nastoletniemu synowi Łukaszenki. Potem Łukaszenka równie demonstracyjnie unikał Putina, kryjąc się za plecami przywódców z Azji Środkowej. Równocześnie właśnie wtedy białoruski prezydent publicznie powiedział, że „Moskwa jest naszą stolicą”.

Taka symboliczna, schizofreniczna huśtawka nastrojów w relacjach Łukaszenki i Putina trwa od lat. Wybory na Białorusi, a potem protesty, których od miesiąca nie może zdławić Łukaszenka wprowadziły jednak w stosunki Białorusi i Rosji zupełnie nową dynamikę. Pozycja Łukaszenki stała się, jak można było przewidzieć już długo przed gorącym sierpniem – skrajnie słaba. Jednocześnie jest on, w Mińsku, potrzebny Putinowi i to jest jego główny atut.

Osłabianie Łukaszenki

Po wyborach 9 sierpnia Kreml wprawdzie uznał zwycięstwo Łukaszenki, ale przez długi czas reakcje rosyjskie były co najmniej wstrzemięźliwe. Kreml swoim zwyczajem wypowiadał się rzadko. Rolę kanału komunikacyjnego mówiącego o opiniach rosyjskich władze przejęły całkowicie kontrolowane przez niego media. A te do woli pokazywały protesty z pierwszych dni. Nie bez satysfakcji kreśląc kiepskie dla Łukaszenki scenariusze i nawet naśmiewając się np. z noszonego przez prezydenta karabinka i uzbrojonego Koli.

Po ponad tygodniu protestów pojawiła się pierwsza jaskółka zmiany retoryki. Putin w rozmowie telefonicznej z Łukaszenką, 16 sierpnia, powiedział o możliwości wsparcia w myśl umów Państwa Związkowego. Natychmiast pojawiły się interpretacje, że chodzi o pomoc wojskową. Równocześnie w mediach internetowych pojawiały się fałszywki – zdjęcia rzekomo zmierzających w stronę Białorusi kolumn rosyjskiego wojska. Akurat bezpośrednia interwencja wojskowa jest ostatnią rzeczą, której chciałby Putin. Co nie znaczy, że słowa o wsparciu były rzucone na wiatr.

Media: Rosja modernizuje bazę morską na Mierzei Wiślanej

Moskwa czekała cierpliwie do końca sierpnia. W tym czasie nerwowość białoruskiego reżimu rosła, a zarówno protesty, jak i działania władz wobec nich zmieniły charakter. Widać było, że obie strony zwyczajnie zaczęły się męczyć. I ani opozycji nie udało się utrzymać masowego charakteru protestów i powszechnych strajków, ani władzy skutecznie tłumić manifestacji i wyeliminować ich zupełnie. Kreml wyraźnie czekał również na reakcje Zachodu. I dopiero kiedy uzyskał pewność, że Łukaszenka jest całkowicie osamotniony i słaby, Zachód grozi sankcjami, ale nie jest w stanie zrobić wiele więcej na tym etapie – wtedy pojawiła się propozycja dialogu. Łukaszenka dobrze odczytał intencje Kremla. Powiedział: kiedy ja upadnę, Rosja będzie następna.

Podkreślał rosyjskie obawy strasząc mackami Zachodu – w tym Polski, aż do groteskowej przesady. Np. kiedy wprawił rosyjskiego premiera Michaiła Miszustina w osłupienie opowiadając o przechwyconej rozmowie Warszawy i Berlina, która miała świadczyć o mistyfikacji Zachodu w sprawie otrucia Aleksieja Nawalnego. Pomijając typową dla białoruskiego przywódcy toporną przesadę, to akurat celnie określił strach Rosji przed rozwojem sytuacji, w której na Białorusi do zmiany władzy doprowadzi „ulica” i „zagranica”. Strach przed kolorową rewolucją u bram Rosji jest najgłębszym, atawistycznym wręcz lękiem kremlowskich dygnitarzy. Łukaszenka, który doskonale rozumie ten lęk i sam się nim kieruje, potrafi te emocje wykorzystać. I właśnie ów strach jest największym atutem, z którym jedzie do Rosji.

Nowe warunki

Dla Moskwy Białoruś jest kluczowa w kilku obszarach. Po pierwsze – bezpieczeństwo. Na Białorusi znajdują się arcyważne dla rosyjskiego systemu bezpieczeństwa instalacje, takie jak węzeł łączności marynarki w Wilejce i system wczesnego ostrzegania przed atakiem rakietowym w Hancewiczach. Białoruska armia jest zintegrowana w ramach OUBZ (Organizacja Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym), czyli paktu postrzeganego jako rosyjski substytut i przeciwwaga dla NATO. W tym sensie białoruska armia pełni rolę zachodniej flanki Rosji (co potwierdzają regularne, wspólne ćwiczenia rosyjskiej oraz białoruskiej armii, jak to rozpoczynające się dziś w rejonie Brześcia). Ogromne znaczenie ma lojalność kadry oficerskiej, która kończyła rosyjskie uczelnie i jest mocno zintegrowana z rosyjskimi siłami zbrojnymi (również na poziomie towarzyskim i prywatnym). To samo dotyczy służb specjalnych i bezpieczeństwa.

Zagadać protesty: Łukaszenka rozpoczyna dyskusję o zmianie konstytucji

Po drugie – gospodarka. Łukaszenka jadąc do Rosji przedstawi Putinowi długą listę potrzeb. Moskwa jest zaś najważniejszym partnerem gospodarczym Białorusi (40 proc. importu), odbiorcą białoruskich towarów i wierzycielem ponad 70 proc. białoruskich długów. Niedawno białoruski prezydent zapewniał, że Rosja zrefinansuje konieczność spłaty 1 mld. USD kredytu. W warunkach kurczących się białoruskich rezerw walutowych ma to fundamentalne znaczenie np. dla utrzymania stabilności rubla. Bez rosyjskiego wsparcia zdemolowana kryzysem pandemicznym i politycznym białoruska gospodarka nie przetrwa i czeka ją zapaść. A to byłoby najgorszą rzeczą, jaka mogłaby się teraz Łukaszence przydarzyć: konieczność dewaluacji rubla, wstrzymywania produkcji w przemyśle, zamrażanie wypłat i depozytów w samym środku kryzysu politycznego. Białoruski prezydent chce przywieźć z Rosji obietnice ożywienia kontaktów gospodarczych i kredytów.

I po trzecie – Białoruś ma znaczenie symboliczne i polityczne. Integracja w ramach Państwa Związkowego jest fundamentem politycznego testamentu Putina. Chce zbudować mini-ZSRR, kadłubkowe choćby imperium. Coś, co obiecał sobie i Rosjanom już dawno. To kluczowy kremlowski projekt na najbliższe lata. Oczywiście zakres integracji to już kwestia drugorzędna. Nie musi być wcale wyobrażanym „wchłonięciem” Białorusi przez Rosję i zredukowaniem jej do poziomu niemalże kolejnego, rosyjskiego obwodu.

Nie, Białoruś pod rządami Łukaszenki może pójść na kilka bardzo konkretnych ustępstw wobec Rosji, przy zachowaniu mniej lub bardziej prawdziwych atrybutów niezależności. W sferze gospodarczej i bezpieczeństwa dając Moskwie np. nowe bazy wojskowe, większą integrację armii, przy zachowaniu ich autonomii, oraz jakieś nowe aktywa w gospodarce. W sferze czysto symbolicznej – kolejne umowy integracyjne, które dadzą Putinowi możliwość chwalenia się postępami. Dla rosyjskiego przywódcy najważniejsze jest zachowanie pełnej kontroli nad wydarzeniami na Białorusi. W jej imię Putin może dać Łukaszence wsparcie gospodarcze i groźne pohukiwania pod adresem Zachodu wtrącającego się w sprawy Białorusi.

W Rosji wybory regionalne. Ostatnie przed przyszłorocznymi parlamentarnymi

Może i dać mu nawet „czarnych ludzików”, czyli swoich ludzi ze służb bezpieczeństwa, którzy zakamuflowani w mundurach bez oznaczeń pomogą białoruskim omonowcom na ulicach. Cenę jaką zapłaci Łukaszenka Putin nakreślił już dawno. To integracja z Rosją. Być może teraz rosyjski prezydent dopisze do tej ceny kolejne „zera”, czyli np. warunek rozpoczęcia na Białorusi przemian politycznych. Takich, które zagwarantują Rosji większy wpływ na władzę za pomocą nowych, kontrolowanych z Kremla aktorów sceny politycznej.

Rozmontowanie jednowładztwa Łukaszenki w ramach długiego procesu będzie rozwiązaniem kompromisowym i spuszczeniem wentylem bezpieczeństwa emocji protestu. Trzydzieści jeden lat temu na placówce KGB w Dreźnie, w byłym NRD, Władimir Putin widział na własne oczy upadek komunizmu. Wtedy, podobnie jak dzisiaj obwiniał „ulicę” (czyli nadmiar wolności i bunt) i zagranicę (czyli Zachód), ale nie tylko. Winił również swoją ojczyznę, imperium – ZSRR. Kiedy widział tłumy protestujących wschodnich Niemców atakujących drezdeńską placówkę, dzwonił do centrali w Moskwie z prośbą o pomoc. Wtedy Moskwa milczała. Putin wiele razy żalił się, że to milczenie doprowadziło imperium do upadku. Pewnie dziś pomyśli to samo, kiedy białoruski prezydent będzie go błagał o pomoc. Putin nie może w takiej sytuacji milczeć.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Inne teksty autora w Dziale „Opinie”

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów