Łukaszenka chce zachować niepodległość, ale zwalcza tych, którzy jej bronią

Alaksandr
Kłaskouski
Odwiedzając w Boże Narodzenie cerkiew, Łukaszenka wzywał obywateli do obrony niepodległości. Zdj. president.gov.by

Podczas bożonarodzeniowej wizyty w cerkwi Łukaszenka oświadczył, że kolejny rok będzie „niełatwy” i Białorusini muszą zrobić wiele, by „zachować nasz kraj i naszą niepodległość”. Nie wytłumaczył jednak, kto podnosi rękę na kraj, choć to rozumie się samo przez się.

Alaksandr Łukaszenka nie straszy już narodu „strasznym potworem NATO”. To już nieaktualny temat. A Ukraina z jej Majdanem? Ona sama boi się, żeby z terytorium Białorusi nie uderzyła na nią białoruska sojuszniczka — Rosja.

Odpowiedź jest prosta. Jak na ironię losu, sojusznik ten stał się teraz głównym bólem głowy Mińska. Ze wschodu przyleciało bowiem widmo „pogłębionej integracji”.

„Najbliższy sojusznik” gorszy od wrogów

Znamienne. Gdy kraje bałtyckie i Polacy ze wszystkich sił domagają się natowskiego wsparcia, białoruskie władze rękami i nogami bronią się przed rosyjską bazą wojskową na swoim terytorium. Wyciągnęli bowiem wnioski z krymskiej lekcji. Tam baza rosyjskiej Floty Czarnomorskiej stała się przyczółkiem dla aneksji.

Co więcej, w grudniu podczas wywiadu dla radia Echo Moskwy Łukaszenka otwartym tekstem stwierdził, że jeżeli Moskwa spróbuje naruszyć białoruską suwerenność, to „kraje NATO tego nie zignorują, bo uznają to za zagrożenie dla siebie”.

Łukaszenka: Zachód i NATO nie darują, jeżeli Rosja naruszy suwerenność Białorusi

Wszystko stanęło na głowie. Białoruski lider ostrzega „najbliższego sojusznika”, by czasem nie zachciało mu się tu wkraczać. A do tego na pomoc wzywa zachodnich rywali, których demonizował w czasie wcześniejszego ideologicznego konfliktu.

„Jak chcesz żyć, to i szpagat zrobisz”

Niedawno Łukaszenka w antyzachodniej retoryce doganiał kremlowskich jastrzębi. Łatwo było wygadywać na „przeklętych imperialistów”, mając w zanadrzu rosyjski parasol atomowy i szczodre subsydia. A teraz Moskwa przestała już dawać tanią ropę i gaz. Chwyciła za to za gardło, żądając pogłębienia integracji, w tym wprowadzenia wspólnej waluty i stworzenia wspólnych organów ponadnarodowych. A to już pachnie powolną aneksją. I dlatego białoruska dyplomacja coraz mocniej zaczęła kłaść nacisk na wielowektorowość w polityce zagranicznej.

W Mińsku zaczęli niecierpliwie oczekiwać przyjazdu sekretarza stanu USA Mike’a Pompeo i nawet ostrożnie wspierać Amerykę w konflikcie z Iranem. Choć przedtem Białoruś usiłowała się przedtem zbliżyć z Iranem na bazie antyamerykanizmu.

Białoruski prezydent na razie nie zmienił się w szczerego prozachodniego demokratę. Jednak surowe realia zmuszają go do wykonania geopolitycznego szpagatu. Zupełnie tak jak głosi cytat z kultowej sowieckiej komedii: „Jak chcesz żyć, to i szpagat zrobisz”.

„Żadnej integracji”: akcja przeciwko integracji z Rosją w Mińsku. Zdj. Viktor Drachev / TASS / Forum

Patriotyzm? Tylko na komendę!

W grudniu na ulicach Mińska kilkakrotnie pojawiali się uczestnicy akcji protestów przeciwko integracji z Rosją. Nie rozpędzano ich, choć akcje były nielegalne, a białoruskie władze tradycyjnie zwalczały uliczną aktywność obywateli.

Ta wolność z początku zadziwiała. Komentatorzy stwierdzili, że te wystąpienia są wygodne dla białoruskiego lidera, jako argument w rozmowach z Władimiem Putinem.

Potem jednak wszystko wróciło na swoje miejsce: inicjatorom i tym, którzy się nawinęli, zaczęto wlepiać kary administracyjne – areszty i grzywny. Rozprawy ruszyły jak na taśmociągu po katolickim Bożym Narodzeniu. Jak podliczyli obrońcy praw człowieka, w ciągu dwóch najbliższych dni odbędzie się co najmniej 45 rozpraw.

45 rozpraw w dwa dni. Za obronę białoruskiej niepodległości

Jedyną winą oskarżonych jest to, że wyszli na ulicę w obronie niepodległości, której przecież z patosem broni białoruski prezydent. Problem w tym, że oni wyszli na ulicę bez zapytania się o zgodę. A tego białoruska władza bardzo nie lubi.

Reżim boi się aktywnej części swojego narodu

Jeśli już bez ironii, to jest właśnie dramat dzisiejszej Białorusi. Reżim doprowadził grę w „braterską integrację” do tego stopnia, że zapachniało aneksją. A Łukaszenka musiałby przyznać, że ci, których on nazywa V kolumną, mieli 120 proc. racji, twierdząc, że nie może być równoprawnej integracji z imperium.

Ale i teraz, gdy przyszedł moment prawdy, szczery i głęboki patriotyzm tych ludzi jest niewygodny dla białoruskiego prezydenta. Nie jest bowiem wiernopoddańczy. Podczas tych grudniowych akcji dźwięczały ostre słowa nie tylko pod adresem Kremla, ale też władz, które wepchnęły Białoruś w moskiewską pułapkę.

I tak według logiki władzy lepiej jest zdusić tę aktywność w zarodku, tak by nie stała się ona jeszcze intensywniejsza przed wyborami prezydenckimi. W tym samym wywiadzie dla Echa Moskwy Łukaszenka nazwał protesty przeciwko pogłębionej integracji „opłaconymi”.

Nawet dziś, gdy władzom potrzebne jest mocne wsparcie dla przeciwstawienia się kremlowskiemu naciskowi, autorytarny szef państwa bardziej boi się obywatelskiej aktywności świadomej części własnego narodu. I to rodzi jeszcze większe ryzyko dla białoruskiej niepodległości.

Alaksandr Klaskouski, publicysta, komentator polityczny dla Belsat.eu

Inne teksty autora:

Zobacz też

Więcej materiałów