Łukaszenka chce spacyfikować protesty przed ich spodziewaną kulminacją

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Dla białoruskiej władzy wywołanie i brutalna rozprawa z protestami teraz to sposób na opanowanie społecznych emocji. Duch buntu będzie jednak krążyć po Białorusi, a prezydentowi pozostaną dwa niepewne atuty: przemoc i Rosja.

Ponad 250 osób zatrzymanych, ataki na dziennikarzy Biełsatu i innych niezależnych mediów, wojsko i siły specjalne na ulicach Mińska – to bilans wczorajszego wieczoru. A to dopiero początek. Wczoraj rano Centralna Komisja Wyborcza odmówiła zarejestrowania do startu w wyborach prezydeckich opozycyjnych kandydatów – Wiktara Babaryki i Walerego Capkały. Było oczywiste, że to wywoła protesty.

Białoruskie władze właśnie na to liczyły. Wybrały bowiem stratetegię „okrawania salami”: kawałek po kawałku będą dawkować emocje. Tak, aby skanalizować nastroje protestu w etapach i rozciągnąć je w czasie. Alaksandr Łukaszenka bardzo obawia się eksplozji protestów tuż po wyborach 9 sierpnia. Właściwie cały proces wyborczy jest tak ustawiony i fałszowany już na etapie przygotowań, by nie dopuścić do kulminacji w sierpniu. Ta taktyka ma jednak sporo luk i kalkulacje władzy mogą okazać się chybione.

Taktyka salami

Białoruskie władze odrobiły lekcje z analizy buntów i rewolucji w innych krajach. Czy to na Ukrainie, w Armenii, Gruzji, Kirgistanie, czy wreszcie w Egipcie i Tunezji – wszędzie tam do wybuchu rewolucji skłoniło nagromadzenie frustracji, zmęczenia rządzącym od lat reżimem i popełnianymi przed niego błędami. Wszędzie tam społeczeństwa dojrzewały do prostej konstatacji, że władza stoi im na przeszkodzie do realizacji indywidualnych, czy zbiorowych ambicji oraz marzeń. Ale wszędzie tam potrzebny był impuls. Czy to sfałszowane wybory, czy prowokacja ze strony władzy, czy, jak ostatnio na Ukrainie – niespełniona obietnica integracji z Europą.

Akcje protestu na Białorusi: ponad 250 zatrzymanych

Nawet jeśli Łukaszenka mylnie interpretuje genezę protestów na Białorusi i tkwiąc w swojej „bańce” informacyjnej uważa, że ludzie są podburzani zza granicy, to jego rozbudowane służby muszą mu raportować, że nastroje buntu są autentycznie wysokie. Na jego biurku muszą lądować analizy, że na ulice wychodzą grupy społeczne dotąd nie angażujące się w politykę.

W gabinetach prezydenta i KGB uknuto rozwiązanie: balonu z nagromadzonymi emocjami nie można przekłuć w jednej chwili. Powietrze trzeba z niego spuszczać stopniowo. Dlatego m.in. termin wyborów przypadł na środek sezonu urlopowego. Z tego też powodu najpierw zatrzymano blogera Siarhieja Cichanouskiego, który wiosną stał się nagle najpopularniejszym konkurentem Łukaszenki. Potem, po trwającej pewien czas kampanii ataków na Wiktara Babarykę i sugerowania w rządowych mediach, że jest on kandydatem Władimira Putina, w końcu aresztowano i jego.

Tylko przemoc

Mimo aresztowania Babaryka nie był zdjęty z listy osób pretednujących do kandydowania na prezydenta. Na to trzeba było poczekać do wczoraj. Obaj pretendenci wywodzący się z rządzącej elity, Babaryka i Capkała, dopiero wczoraj dowiedzieli się, że nie będą kandydować w wyborach.

Na liście pozostała za to żona Cichanouskiego, Swiatłana. Stosując się do taktyki powolnego spuszczania powietrza, władze na razie pozwoliły jej kandydować. Po stronie opozycji są przecież odezwy, by brać udział w wyborach i głosować po prostu przeciw Łukaszence, na pozostałych kandydatów. Od tego, jak szybko uda się spacyfikować protesty zależy zapewne, czy Cichanouska w ogóle dotrwa do wyborów, czy też, podobnie jak wobec jej męża, znajdą się jakieś „niezbite dowody” przestępczej działalności.

Wojsko na uliach Mińska. Pacyfikacją kieruje szef MSW

Władze liczą na to, że stosując mieszankę prowokacji i wzbudzania protestów już teraz, oraz brutalne pacyfikacje, osłabią antyłukaszenkowską falę. Podobną taktykę zastosowały w ubiegłym roku rosyjskie władze wobec protestów przed wyborami samorządowymi. Wtedy zablokowały głównych kandydatów opozycji na ponad dwa miesiące przed wyborami zaplanowanymi na wrzesień. Pierwsze duże manifestacje w Moskwie ruszyły w lipcu. Siły bezpieczeństwa jednego dnia brutalnie pacyfikowały, drugiego nieco odpuszczały. Zatrzymywano liderów. Protesty rozciągnęły się w czasie i wypaliły. Łukaszenka nie docenia jednak skali społecznej frustracji i pułapki w jakiej się znalazł.

Skala niezadowolenia i protesty pokazują, że traci społeczną bazę na prowincji, a młode pokolenie, które nie pamięta już Białorusi bez Łukaszenki, ma go po prostu dość. Opanowanie protestów przed wyborami niewiele zmieni w położeniu Łukaszenki. A nawet je pogorszy. Brutalna pacyfikacja przedwyborczych i powyborczych protestów spowoduje, że białoruski prezydent nie będzie miał żadnych szans na wznowienie dialogu z Zachodem. Pozostanie mu tylko Rosja. Wewnętrznie zaś będzie miał przeciw sobie dużą część społeczeństwa, którą kontrolować będzie mógł już tylko za pomocą przemocy.

Pozostaną mu dwaj sojusznicy: sektor siłowy i Rosja. Obaj bardzo niepewni i uzależniający swoje poparcie od tego, jak silny będzie prezydent i jakie korzyści będzie mógł im zagwarantować. A będzie przecież coraz słabszy i będzie mógł dać coraz mniej.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Inne teksty autora w dziale Opinie

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów