Lekcje z Górskiego Karabachu dla Białorusi i Ukrainy

Michał
Kacewicz
dziennikarz

W czasie wojny w Górskim Karabachu Rosja weszła w rolę arbitra i negocjatora między zwaśnionymi stronami. Z tego konfliktu wnioski wyciągnąć powinna Ukraina, ale i Białoruś.

Trwająca ponad miesiąc, intensywna wojna Azerbejdżanu z Armenią w Górskim Karabachu przyniosła poważne zmiany polityczne na Zakaukaziu. Nie wiadomo wprawdzie jak dalej rozwinie się np. wewnętrzna sytuacja w Armenii, czy dojdzie do upadku władzy Nikola Paszyniania. Jednak już teraz widać, że oprócz niewątpliwego sukcesu militarnego Azerbejdżanu i uzyskania przez Baku kontroli nad znaczną częścią Górskiego Karabachu, na wojnie zyskała Rosja. Moskwa stała się jedynym arbitrem w konflikcie Azerbejdżanu i Armenii. Wprowadziła swoje „siły pokojowe” do Górskiego Karabachu i będzie miała wpływ na obie strony konfliktu, oraz na podział spornego terytorium. Pośrednio Rosja zyskała tym samym wpływ na sytuację w całym regionie Zakaukazia i klucz do regulowania sporu, a także wpływ na sytuację wewnętrzną w Baku i Erywaniu.

Instrumenty, jakie zastosowała Rosja nie są nowe, ani odkrywcze. Już na początku konfliktu azerbejdżańsko -ormiańskiego w latach 80., słabnące władze ZSRR prowadziły politykę antagonizowania obu narodów. Jednocześnie próbowały pełnić rolę negocjatora i arbitra, kiedy konflikt przerodził się w gorącą wojnę. Moskwa mniej lub bardziej otwarcie wspierała obie strony, zależnie od sytuacji na froncie: bronią, informacjami czy presją dyplomatyczną. Ten sposób wykorzystania konfliktu militarnego, politycznego i społecznego Moskwa będzie próbowała zastosować, po pewnych modyfikacjach, również w innych miejscach. Na Ukrainie, czy nawet Białorusi. Także tam Rosja ma instrumenty do podgrzewania konfliktu po to, by potem grać rolę rozjemcy.

Gdzie dwóch się bije…

Kiedy 27 września siły zbrojne Azerbejdżanu przeprowadziły pierwsze ataki na pozycje armeńskie w Górskim Karabachu wyglądało to jak początek kolejnej eskalacji, która szybko zakończy się po intensywnej wymianie ognia. Tak było choćby w czasie tzw. „wojny czterodniowej” w kwietniu 2016 r. – najpoważniejszych walk od początku lat 90. Tym razem jednak było inaczej.

Wzmocniona znacząco w ostatnich latach nowoczesnym sprzętem z Rosji, Turcji , Izraela, a także z Białorusi, armia Azerbejdżanu kontynuowała ofensywę. Mimo wojny informacyjnej i pokazywanych przez propagandę obu stron ogromnych strat przeciwnika, faktyczna dysproporcja potencjału militarnego była w oczywisty sposób na korzyść Azerbejdżanu. W Armenii zaczęła się panika, a straty na linii frontu powodowały, że Ormianie tracili kolejne punkty oporu. To zaś wywołało ferment w Erywaniu i protesty przeciw rządom Nikoli Paszyniana. Premier był najpierw oskarżany o nieumiejętne dowodzenie na wojnie, a potem o kapitulację przed Azerbejdżanem.

Rosja żandarmem Południowego Kaukazu

Na początku listopada zaczęły pojawiać się pierwsze sygnały, że trwają rozmowy o wstrzymaniu ognia. Pełno było spekulacji, że w negocjacje zaangażowana jest zarówno Rosja, jak i Turcja, a nawet Iran. W nocy z 9 na 10 listopada doszło do porozumienia o wstrzymaniu ognia. Kilkanaście godzin wcześniej doszło do zaskakującego wydarzenia: na terytorium Armenii strącono rosyjski śmigłowiec Mi-24. Prawdopodobnie konwojował on kolumnę rosyjskich wojsk zmierzającą w kierunku Karabachu. Strącenia mieli dokonać Azerbejdżanie, prawdopodobnie z terytorium enklawy Nachiczewania.

Niezależnie od tego, czy była to pomyłka (Baku przeprosiło Moskwę za incydent), wydało się, że jeszcze przed podpisaniem formalnego zawieszenia ognia Rosjanie przystąpili do operacji „pokojowej”. W ciągu kolejnych godzin na lotnisku w Erywaniu wylądowały rosyjskie transportowce An-124 i Ił-76. Przerzucały jednostki 15 brygady zmechanizowanej z Uljanowska do stolicy Armenii, skąd kolumny rosyjskiego wojska drogą lądową ruszyły do Górskiego Karabachu.

Kaukaz Południowy czy znów Zakaukazie?

Zgodnie z porozumieniem 1960 żołnierzy z ok. 90 transporterami BTR-82A, oraz ok. 400 samochodami i ciężarówkami ma rozlokować się w kluczowych punktach Górskiego Karabachu. W kilku etapach. Rosjanie zabezpieczą m.in. linie rozgraniczenia między wojskami Azerbejdżanu i Armenii. faktycznie przypieczętowując terytorialne straty Armenii i okrojenie Górskiego Karabachu do rozmiarów mniej więcej takich, jak ormiańska enklawa w czasach ZSRR. Rosjanie mają zabezpieczyć kluczowe drogi – m.in. ze Stepanakertu do Armenii, przez terytorium, które zajęli Azerbejdżanie tzw. korytarz laczinski oraz z Nachiczewania do Azerbejdżanu przez terytorium Armenii. Tą ostatnią zajmą się również rosyjskie wojska graniczne FSB.

Wzmocnienie pozycji Moskwy będzie zatem znaczące. Dla Ormian będą jednak symbolizować upokarzającą klęskę. Rosyjski kontyngent ma pozostać w Karabachu pięć lat z opcją przedłużenia mandatu na kolejną pięciolatkę. Moskwa uprzedziła w ten sposób Ankarę, której rola w uregulowaniu konfliktu została zredukowana. Jest wprawdzie mowa o jakimś udziale tureckich obserwatorów, ale Kreml już wyraźnie zastrzegł, że nie będzie tureckich sił pokojowych w Karabachu. Rozejm w obecnym kształcie był wyłącznie rosyjską inicjatywą i jest osiągnięty wyjątkowo tanio. Był dobrze przygotowany, oraz szybko i sprawnie wprowadzony w życie. Tak, że zaskoczył Turcję, czy Iran. Rosja nie zaangażowała się w wojnę, a wysłanie kontyngentu wojskowego trudno nazwać wysokim kosztem.

Lekcja z Karabachu

O tzw. wariancie „naddniestrzańskim” w Kijowie mówiło się już na początku konfliktu w Donbasie. Zgodnie z nim Rosja miałaby dążyć to stworzenia w Donbasie sytuacji analogicznej do tej z separatystycznego Naddniestrza. Tam, od 1992 r. stacjonują rosyjskie siły „pokojowe”. Przebywają tam na podstawie arbitralnej decyzji Moskwy. Utrzymywanie naddniestrzańskiego separatyzmu jest czynnikiem blokującym prozachodnie aspiracje Mołdawii i od trzech dekad jest jedną z głównych osi sporu politycznego w tym kraju. W części ukraińskiego środowiska eksperckiego i polityków silne były obawy, że Rosja do tego samego dążyć będzie w Donbasie. Do utrzymania separatystycznych republik, a w pewnym momencie do wprowadzenia do Doniecka i Ługańska rosyjskiego kontyngentu „sił pokojowych”. Tak się jednak nie stało.

Moskwa i Kijów ugrzęzły w negocjacjach w formacie porozumień mińskich. W sprawie Donbasu istotny okazał się czynnik, którego zabrakło w Mołdawii na początku lat 90. i niedawno w Górskim Karabachu: w proces negocjacji zaangażowane były państwa Zachodu. Choć różnie można to zaangażowanie oceniać, to jednak udział Niemiec i Francji w negocjacjach oraz USA i szerzej, Zachodu, wspierających Ukrainę okazał się kluczowy. Rosja nie mogła arbitralnie narzucać swoich rozwiązań. Co nie oznacza, że nie będzie próbować. Obecnie z powodu pandemii, ale i wewnątrzukraińskich problemów, proces rozmów w sprawie Donbasu ugrzązł. Mimo, że doprowadzenie do pokoju jest sztandarowym projektem dla Wołodymyra Zełenskiego, w działaniach ukraińskich władz brakuje konsekwencji.

Atlantic Council: wygrana Putina w Górskim Karabachu powinna budzić niepokój na Ukrainie

Wydawało się, że wprowadzone 27 lipca zawieszenie broni jest wygodnym dla Zełenskiego stanem zamrożonej wojny. Już na początku września, po kolejnej serii ostrzałów ze strony prorosyjskich separatystów było ono faktycznie zerwane. To pokazuje (nie pierwszy raz), że w konflikcie na Donbasie nie ma stanu zamrożenia – w każdej chwili może on zamienić się w stan gorącej, bardzo intensywnej wojny. Tak, jak po wielu latach pozornej ciszy stało się w Górskim Karabachu. Dlatego, jeśli w pierwszej fazie wojny w Donbasie Ukraińcy mogli się obawiać „wariantu naddniestrzańskiego”, to dziś bardziej powinni martwić się „wariantem karabachskim”. Czyli ciągiem dalszym historii separatystycznych państewek i próbą rozegrania eskalacji przez Moskwę.

W przypadku Donbasu klucze do potencjalnej eskalacji znajdują się wprost w ręku Putina. Inaczej niż na Zakaukaziu, gdzie Moskwa ma wprawdzie silną agenturę i sojuszników w armiach oraz świecie polityki Azerbejdżanu i Armenii, ale nie ma instrumentów pozwalających wprost uruchomić konflikt. W Donbasie jednak Rosja jest faktycznie stroną konfliktu, może więc nim dowolnie sterować. I np. doprowadzić do niby-niekontrolowanej eskalacji tylko i wyłącznie w celu zaproponowania nowego „pakietu pokojowego”.

Szef rosyjskiego MSZ wkrótce odwiedzi wkrótce Białoruś i spotka się z Łukaszenką

Nie inaczej jest w przypadku Białorusi. Choć na Białorusi nie ma separatyzmu, ani konfliktu zbrojnego, to od ponad trzech miesięcy kraj pogrążony jest w ostrym konflikcie politycznym. Również w białoruskim konflikcie Rosja wspiera wprawdzie Alaksandra Łukaszenkę i pomaga mu, ale jednocześnie próbuje uzyskać pozycję arbitra wewnętrznych, białoruskich spraw. Kreml może to robić wykorzystując instytucjonalne mechanizmy, które powstały w ramach Państwa Związkowego. Jednak bardziej polega na sieci nieformalnych powiązań z białoruską nomenklaturą i biznesem.

Podobnie, jak w przypadku Górskiego Karabachu, Moskwa czeka na moment, w którym dojdzie do poważnego przesilenia, lub zmęczenia jednej ze stron. Podobnie jak w przypadku wojny na Zakaukaziu Rosjanie mogą swój „pax Putinica” narzucić zaskakująco szybko. Warunkiem kluczowym dla takich działań jest słabe, bądź żadne zaangażowanie strony zachodniej. Trzeba również pamiętać, że pokój w rosyjskim wydaniu nigdy nie jest pokojem za darmo. Jego ceną jest poddanie się rosyjskim wpływom.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Inne teksty autora w Dziale „Opinie”

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów