Kto w Kijowie zarabiał na handlu bronią z Rosją?


Rozkręcająca się afera korupcyjna w armii i zbrojeniówce szkodzi Poroszence. Jeśli nie zostanie zamieciona pod dywan, pomoże oczyścić sferę obronną z korupcji.

Korupcja i walka z nią były już jedną z głównych przyczyn pomarańczowej rewolucji w 2004 r. i rewolucji godności w latach 2013-14. A dziś są głównym tematem kampanii wyborczej na Ukrainie. Tyle, że zjawisko korupcji niewiele się zmniejszyło, a do afer, którymi Ukraińcy bombardowani są każdego dnia, dołączył potężny skandal w resorcie obrony i przemyśle zbrojeniowym.

Okazało się, że nawet trwająca wojna na Donbasie nie przeszkodziła grupie urzędników i ich znajomych w okradaniu armii i zbrojeniówki. Co gorsze, właśnie dzięki wojnie zarabiali. Afera jest ciosem w wizerunek Petra Poroszenki. Zamieszani w nią są jego ludzie. Prezydent buduje swoją kampanię na haśle: „Armia. Język. Wiara”. Tymczasem w sieci pojawił się kolejny filmik pt. „Armia! Kumple! Kasa!”, bezlitośnie punktujący otoczenie Poroszenki, jako korupcjongenny układ.

Czołgi z przemytu

Pierwszy film pojawił się tydzień temu. Tuż przed posiedzeniem Rady Najwyższej (ukraińskiego parlamentu) internet obiegł film o korupcji w resorcie obrony. Materiał przygotowała ekipa znanego dziennikarza śledczego Denysa Bihusa. Pokazywał, jak Ihor Hładkowskyj, syn Ołeha Hładkowskiego, zastępcy sekretarza prezydenckiej Rady Narodowego Bezpieczeństwa i Obrony sprzedawał ukraińskiej armii i przemysłowi obronnemu części zamienne do sprzętu.

W korupcyjny sposób, przez Rosję, pozyskiwane miały być m.in. celowniki do dumy ukraińskiej armii, zmodernizowanych czołgów T-64. Źródło: youtube.com

Części pochodziły z przemytu – m.in. z Rosji, z którą Ukraina toczy wojnę. I były sprzedawane po horrendalnie zawyżonych cenach. W korupcyjny system zamieszani byli najbliżsi współpracownicy prezydenta. Mało tego, w tym samym czasie Poroszenko chwalił się, że ukraiński przemysł obronny całkowicie uniezależnił się od części z Rosji.

– W 2014 roku ukraińska armia była na skraju upadku, zdecydowana większość parku technicznego zwyczajnie nie działała. Żeby pospiesznie naprawić i wysłać na front BWP, T-64, BTR-y itd. potrzebne były zapasy części zamiennych – tłumaczy ukraiński ekspert wojskowy Jurij Butusow i wyjaśnia – Bardzo często państwa w takiej sytuacji jak Ukraina, pozyskują potrzebne części u wroga, korzystając z kanałów służb specjalnych, ale nie dziwnych firm.

Już na początku wojny okazywało się, że wielu części brakowało. Przekładnie, filtry, bloki silników, czy systemy sterowania uzbrojeniem pokładowym były bardzo poszukiwane. Ukroboronprom (główna ukraińska korporacja zrzeszająca firmy z branży zbrojeniowej) nie wszystko miał na magazynach.

Wiele części zamiennych do starego, posowieckiego sprzętu było przecież produkowanych w Rosji. I tu pojawiali się ludzie z korupcyjnego układu. Jak się okazywało, potrafili załatwić części zamienne. Były przywożone po kryjomu TIR-ami z Rosji. Części załatwiała firma OptimumSpecDetal niejakiego Witalija Żukowa, przyjaciela Ihora Hładkowskiego.

Prezydent Petro Poroszenko sporo inwestuje w promocję ukraińskiego przemysłu obronnego. Źródło: president.gov.ua

I może w tym, że ukraińska zbrojeniówka radziła sobie jak mogła nie byłoby nic zlego, gdyby nie fakt, że za części płacono astronomiczne sumy. Wielokrotnie przewyższające ceny rynkowe.

Do tego okazywało się, że przedsiębiorstwa Ukroboroneksportu ukrywały fakt, żę niektóre części posiadają i nie muszą ich kupować od przemytników. Kancelaria prezydenta Petra Poroszenki w pośpiechu gasiła pożar. Prezydent zwolnił Ołeha Hładkowskiego, a Ukroboronprom obiecał, że zbada sprawę.

Koledzy i kasa

Ołeh Hładkowski do rewolucji godności był biznesmenem z bliskiego otoczenia Petra Poroszenki. Został np. dyrektorem należących do imperium Poroszenki zakładów produkujących autobusy. Z przemysłem obronnym nie miał nigdy nic wspólnego. Ale po rewolucji, w ramach Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony nadzorował z ramienia prezydenta przemysł zbrojeniowy. Po dwóch pierwszych, krytycznych latach wojny, ukraińska zbrojeniówka zaczęła stawać na nogi.

Petro Poroszenko chwalił się, że przemysł obronny całkowicie uniezależnił się od dostaw z Rosji. Tymczasem ze śledztwa Bihusa wynika, że w 2016 r. remontując dla Kazachstanu samoloty transportowe An-26 zakłady Antonowa korzystały z dostaw precyzyjnych wysokościomierzy z Rosji. Tyle, że ludzie syna Hładkowskiego sprowadzali warte 85 tys. dolarów urządzenia z Rosji do Zjednoczonych Emiratów Arabskich i dopiero potem na Ukrainę. Żeby ukryć ich rosyjskie pochodzenie. A potem sprzedali zakładom Antonowa w Kijowie za ponad pół miliona dolarów.

– Niestety na Ukrainie nie ma jasnych procedur kontroli związanych z zaopatrzeniem armii i przemysłu obronnego, a ten obszar zawsze był pełen korupcji – mówi Jurij Butusow i dodaje – Teraz, kiedy trwa wojna, jeszcze łatwiej zamiatać sprawy pod dywan, gdyż wszystko jest tajne i dotyczy bezpieczeństwa państwa.

Na szczęście trwa kampania wyborcza. Afera już stała się bronią w walce z Petrem Poroszenką. Julia Tymoszenko zajadle atakuje prezydenta, domagając się śledztwa. Prezydent na to na pewno nie pójdzie, ale stara się nie chować głowy w piasek. Na razie, poza dymisją Hładkowskiego, mogą się szykować dalsze czystki w zbrojeniówce i kilka głośnych, pokazowych akcji.

Wczoraj agenci NABU (Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy) zatrzymali dyrektorów Ukroboroneksportu podejrzanych o korupcję. Prezydent obiecuje, że zamówienia obronne będą ucywilizowane i transparentne. Ale, czy tak będzie naprawdę, trzeba będzie poczekać do wyborów.

Na aferze korupcyjnej w Kijowie skorzysta komik Wołodymyr Zełenśkyj

Michał Kacewicz/belsat.eu

Zobacz też
Komentarze