Koza, niedźwiedź i milicjantka. Kolędnicy przywracają w Grodnie tradycję

Grupa pasjonatów przywraca w Grodnie białoruską tradycję kolędowania. W tym roku do zwyczajowych bohaterów dołączyła „funkcjonariuszka milicji”.

– Co roku próbujemy zmienić coś w scenariuszu, bo zapraszają nas zazwyczaj ci sami ludzie. Nasi znajomi, którzy znają już kolędowanie, które dla nich nie jest już może tak ciekawe. Dlatego trzeba coś zmienić, wymyślić jakąś nową intrygę, pokazać coś nowego. W tym roku wprowadziliśmy nową postać – milicjantkę. Podczas ostatniej próby ktoś przesłał filmik, jak robi się współczesne kolędowanie o tematyce społecznej. I tam jednym z bohaterów był właśnie milicjant – opowiada kolędniczka Maryna Charewicz, która od sześciu lat pomaga przywracać świąteczną tradycję.

Kolędnicy w Grodnie

Jak opowiada dziewczyna, która w tym roku zagrała śledczą i zbierała odciski palców, reakcje na nową postać były różne. W pierwszym domu ludzie naprawdę się przestraszyli, uznali kobietę w mundurze za prawdziwą milicjantkę.

Niedźwiednik i „tańczący niedźwiedź”
Dzieci witają kolędników

– Miałam takie wrażenie, że w pierwszym domu trochę zszokowaliśmy ludzi. Wiecie: „Dobry wieczór obywatelu. Kto jest gospodarzem mieszkania?” Ten tekst i mundurowa czapka robią wrażenie. Ale zrodziła się też wtedy teoria, że gdzieś w podświadomości Białorusinów kryje się lęk przed tym, że w każdym momencie możemy zostać ukarani za to, że robimy coś nie tak. To było takie kolędowanie w białoruskim stylu. Ale nie wiemy, czy było to dobre, bo przypominaliśmy o smutnej rzeczywistości Białorusinów – uważa świąteczna funkcjonariuszka Maryna Charewicz.

Kolędnicy pojawili się w Grodnie 30 lat temu

Kolędnicza koza – od wieków główna postać kolędowania

Tradycja kolędowania w mieście trwa bez przerwy już od trzydziestu lat. Ci, którzy ją rozpoczęli, nie mogą dokładnie sobie przypomnieć, czy to był 1986 czy 1987 rok. Kalady pierwszy raz zorganizował klub Pachodnia z Mikołą Tarandą na czele. Nie było wtedy jeszcze niedźwiedzia i kozy. Wszystko wyglądało dość skromnie. Młodzież wytrzasnęła skądś kolędnicze pieśni i je po prostu śpiewała. Potem ktoś znalazł scenariusz i od tego wszystko się zaczęło. W ciągu 30 lat uczestnicy i organizatorzy się zmieniali. Przez jakiś czas chodził chór Baćkauszczyna [Ojczyzna – przyp. tłum.]. Przez kilka lat Kaladami zajmował się Ihar Kuźminicz, ale tradycji nie przerwano.

– Dobrze się zabezpieczamy. Co roku przychodzą nowi ludzie, a starzy odchodzą. I tak pomału skład się odmładza, już od 30 lat. Pytano się nas dziś, jak się nazywamy, a my się w ogóle nie nazywamy. Póki co to taka mała grupka ludzi, która cały czas ten zwyczaj podtrzymuje i jakimś cudem co roku dołączają się nowi ludzie. Ludzie najróżniejszych profesji. Jest z nami na przykład pracownik Velcom-u [białoruskiej telefonii komórkowej – przyp. tłum.], szkoły, sprzedawca ze sklepu z pamiątkami, są dziennikarze, księgowa itd. – opowiada kolędniczka.

Zamiast chińskich tradycji – swoje

Kolędowanie jest jednym z najstarszych białoruskich zwyczajów, który powoli odchodzi w przeszłość, tracąc swój początkowy sens. W czasach przedchrześcijańskich kolędnicy byli uosobieniem istot z dwóch światów, albo, jak uważają niektórzy naukowcy, zwierząt totemicznych. Kolędników nie można było skrzywdzić czy nie wpuścić do chaty – spowodowałoby to zły rok i słabe plony. Wdzięczność i poczęstunek dla kolędników były obowiązkowe.

Niedźwiednik z kolędniczą gwiazdą

– Tracimy naszą tradycję. I jest to taka niezwykła synteza, dlatego, że wcześniej kolędowano tylko we wsiach, a my przynosimy Kalady do miasta. I widać, że ludzie nie umieją reagować. Gdy wchodzimy do kawiarni, w jednej nam odmówiono, w drugiej niezbyt chętnie coś dali. I niektórzy nawet pytali się: a co, trzeba coś dać? Wiele osób siedziało w telefonach – dzieli się wrażeniami jedna z uczestniczek kolędowania.

W każdym razie worek kolędników nie pozostał pusty, co wróży bogaty i udany rok.

– My wszyscy wiemy niestety, że następny rok jest rokiem psa. Przyjmujemy jakąś chińską kulturę, daleką od nas. Dajemy sobie nawzajem pieski czy kalendarzyki z pieskami. A nikt nie pamięta o tym, że mieliśmy kozę i niedźwiedzia. Że koza właśnie – główny bohater każdego kolędowania, jest symbolem dobrobytu, płodności, bogactwa w nowym roku. Dlatego szkoda, że nie szanujemy swojego – mówi Maryna Charewicz.

Następne kolędowanie w Grodnie odbędzie się w prawosławne Boże Narodzenie 7 stycznia.

Paulina Walisz, PJ, zdjęcia Wasil Małczanau, belsat.eu

Wiadomości