Koniec białorusko-polskiej legendy? 30 lat festiwalu „Basowiszcza”

Foto

Dziś wieczorem w Gródku na Białostocczyźnie rozpoczyna się 30. i jak zapowiedzieli organizatorzy – ostatni Festiwal Muzyki Młodej Białorusi. To zjawisko absolutnie unikalne: pierwszy białoruski „open air”, który do tego nigdy nie odbywał się na Białorusi. Wymyślili go i organizowali studenci z Polski.

– Jeszcze w marcu 1987 roku na zjeździe białoruskich studentów w Polsce postanowiono zarejestrować Białoruskie Zjednoczenie Studentów (Biełaruskaje Abjadnańnie Studentau, w skrócie – BAS). Tam omówiliśmy też konieczność stworzenia festiwalu dla młodzieży – wspomina jeden z organizatorów pierwszych festiwali Bogdan Simonienko.

„Basowiszcza”-2006. Zdjęcie z archiwum Witala Zybluka.

Na Białostocczyźnie nie było wówczas niczego białoruskiego – z wyjątkiem amatorskich zespołów ludowych. A młodzież już miała kasety z nagraniami Alesia Kamockiego i Siarżuka Sokaława-Wojusza. Wiedziała o istnieniu zespołów Bonda, Mroja i Miascowy Czas. Wszystko to od siebie przegrywano i dzielono się nawzajem. Ale chciało się czegoś więcej..

„Basowiszcza”-2006. Zdjęcie z archiwum Witala Zybluka.

– To teraz do muzyków można pisać sms-y i maile. Umawiać się i zapraszać nie widząc się nawzajem – zauważa Bogdan. – A wcześniej, żeby zorganizować koncert, trzeba było wsiąść do pociągu, jechać do Mińska, Nowopołocka, tam i siam… Spotkać się z muzykami, napić się wódki i wszystko załatwić.

Pierwszym zespołem rockowym, który pojawił się na „Basowiszczu” był Ulis. W następnym roku przybyła Mroja. Festiwale organizowano wtedy wspólnie z Gminnym Centrum Kultury w Gródku, dlatego piosenka autorska i rock na Basowiszczu były tylko w piątek i sobotę. W niedzielę na scenie występowali wykonawcy w strojach ludowych, którzy prezentowali lokalny folklor.

– Ludzie przyjeżdżali tam całymi rodzinami. Rozkładali jakiś koc, na nim piwo, wódkę i zakąskę i był to taki piknik z muzyką – opowiada o swoim pierwszym festiwalu kultowy muzyk z Mińska Lawon Wolski. – Wtedy można było jeździć do Polski bez wiz, ale na jakieś tam vouchery. Dlatego bywało tam całe świadome narodowo Grodno i ludzie z innych regionów kraju lgnący do białoruszczyzny. Było bardzo zimno, ale to nie przeszkadzało skakać i śpiewać. Czyli robić to, co należy na takiej rockowej imprezie.

Mroja i Miascowy Czas: „Nasz Karabiel”

W ciągu całej historii „Basowiszcza” Wolski wychodził na leśną scenę w gródeckim Boryku co najmniej z pięcioma własnymi projektami. Dwa z nich miały tam swoją premierę.

– Chyba w 1995 r. muzycy nowo powstałej formacji N.R.M. pojechali tam beze mnie. Ja byłem wtedy we Francji i nie mogłem dojechać – wspomina Lawon. – Postanowili jechać beze mnie. Pozostali jeszcze przy nazwie Mroja, ale grali już nowe piosenki – każdy inną. Potem zadzwonili do mnie organizatorzy. Powiedzieli, że zapraszają nas na następny rok już jako N.R.M., ale żebym koniecznie przyjechał.

Najważniejsza zasada Basowiszcza to białoruskojęzyczny repertuar. Z tego powodu przez długi czas do Gródka nie można było zaprosić zespołu Neuro Dubel. Nawet mimo tego, że wieczorami w miasteczku namiotowym i tak śpiewano jego rosyjskojęzyczne piosenki – jak np. „Riezinowyj Dom”.

Ale na początku ubiegłego dziesięciolecia nie być obecnym na „Basowiszczu” i istnieć na niezależnym białoruskim topie było po prostu niemożliwe…

„Basowiszcza”-2006. Zdjęcie z archiwum Witala Zybluka.

– Żeby pojechać na festiwal, Alaksandr Kulinkowicz został zmuszony do przetłumaczenia kilku piosenek na białoruski – wspomina showman i muzyk Alaksandr Pamidorau, również częsty gość tej imprezy. – Tłumaczył je Witaut Martynienka. Oczywiście Sania zapominał tych przetłumaczonych słów, ale bardzo się starał… Ale wrócił stamtąd wręcz uskrzydlony i zaczął sam pisać po białorusku. Nawet sam poprawił przekład Belarus Uber Alles Martynienki i teraz już nikt nie pamięta rosyjskiej wersji tej piosenki.

Jeśli więc „Basowiszcza” robiło takie rzeczy z gigantami białoruskiego rocka, to co tu mówić o innych… Zwycięstwo w festiwalowym konkursie natychmiast wprowadzało zespoły na szczyt. Trafiały na wszelkie inne możliwe koncerty i proponowano im występy solowe. Ale co najważniejsze, zostawały headlinerami kolejnego „Basowiszcza”. Dlatego chętnych do udziału w konkursie było coraz więcej. I coraz więcej zespołów śpiewających po białorusku.

„Basowiszcza”-2006. Zdjęcie z archiwum Witala Zybluka.

– Indiga było przecież grupą całkowicie rosyjskojęzyvzną, ale żeby pojechać na „Basowiszcza” przygotowali program po białorusku. Taka sama historia była z Partyzonem – opowiada dziennikarz i muzyk Wital Zybluk. – Dzięki festiwalowi zdobyły popularność Tav.mauzer, PostScriptum, Gluki, które potem przekształciły się w Akute. Chodziło o to, że „Basy” umożliwiały nagranie albumu, a na Białorusi było to wtedy bardzo trudne. Po pierwsze było bardzo drogo, a po drugie, nie było gdzie. A tu – nagrywałeś album i od razu zostawałeś gwiazdą. Bo nagrałeś album!

„Basowiszcza”-2005. Zdj. Marcin Połeć.
„Basowiszcza”-2005. Zdj. Marcin Połeć.

Wital Zybluk razem z Witalem Supranowiczem zorganizowali pierwsze białoruskieg eliminacje do konkursowej części „Basowiszcza”. Przyszło do nich 60 zgłoszeń, a koncert trzeba było rozłożyć na dwa dni – po sześć-siedem godzin dziennie.

„Basowiszcza”-2005. Zdj. Marcin Połeć.
„Basowiszcza”-2006. Zdj. Marcin Połeć.

– Miałem wtedy 16 lat. Na Białorusi nie było wówczas takich festiwali. Byłem pod wielkim wrażeniem: i jakości dźwięku i liczby ludzi – mówi Zybluk o swoich początkach z Basowiszczem, na które jeździ od r. 2000. – Wtedy miasteczko namiotowe było za sceną, co dodawało pewnego kolorytu. Leżysz w namiocie i patrzysz na wszystko, co się dzieje. Słuchasz, widzisz muzyków, którzy szykują się do wejścia na scenę.

Przekleństwo, zbieg okoliczności, a może samo sedno białoruskiego show-biznesu? Zwycięstwo na „Basowiszczu” było jak pocałunek śmierci. Parason, Indiga, Partyzone, Tav.mauzer, PostScriptum, IQ48, Sciana… Do dziś chyba tylko Znich i :B:N istnieją w składach, w których nie zmienili się tylko frontmani. Ale kwitło wówczas także życie poza sceną.

– Robiliśmy wszystko razem: mieszkaliśmy w tej samej szkole, chodziliśmy do tego samego Killer Pubu, truliśmy się tym samym bigosem, którym wszystkich karmiono w stołówce – śmieje się Pamidorau. – Muzyczny narybek mógł dotknąć beretu Ihara Waraszkiewicza z Kramy, trącić się butelką z Wolskim. Za sceną były wkopane w ziemię ławy i tam kręcili się wszyscy. Garderob nie było, więc nawet kiedy padał deszcz, wszyscy tam tkwili – i zaproszone gwiazdy i uczestnicy konkursu. I wszyscy nawzajem się ze sobą kontaktowali, dzielili się doświadczeniami i wspierali się nawzajem!

„Basowiszcza”-2012 Zdj. Marcin Połeć.

Pamidorau jeździ na „Basowiszcza” od 1997 roku. Kilka festiwali odbyło się bez niego – z powodu nieporozumień z organizatorami. Ale łącznie zaliczył około 10 edycji festiwalu. Czasem całkiem spontanicznie:

– Raz była taka historia, że pojechałem tylko towarzysko (to był rok 2007 albo 2008). I o trzeciej w nocy, kiedy siedzimy z muzykami Neuro Dubla u pani Miry i próbujemy wypić litrową butelkę samogonu, przyjeżdżają organizatorzy i proszą mnie, żebym poprowadził 2. dzień festiwalu…

Przez pewien czas „Basowiszcza” było zjawiskiem nie tylko muzycznym. Najbardziej aktywni fani wozili przez granicę wódkę i sprzedawali ją miejscowym po 15 zł za butelkę. Wtedy było to bardzo dobre przebicie. Ale zarobione w ten sposób pieniądze i tak zostawały w Polsce. Każdy autokar, który woził Białorusinów na festiwal, woził ich też na zakupy do Białegostoku. U muzyków zjawiały się wtedy firmowe instrumenty, struny do gitar i pałeczki do perkusji. A u ich dzieci – prawdziwe pampersy.

Jednak już w ten weekend era „Basowiszcza” może dobiec końca. 30. edycja festiwalu ma być ostanią – zapowiedzieli organizatorzy. I trudno im się nawet dziwić, czasy się zmieniły. Zainteresowanie imprezą jest znacznie mniejsze niż kiedyś, mimo ewolucji jej formatu.

Rocka coraz mniej. Jak zmienia się BASowiszcza WIDEO PL

 

Ale nostalgia przekonuje, że to jednak nieprawda.

– To jakaś akcja PR z tym, że to ostatnie „Basowiszcza” – nie ukrywa nadziei Lawon Wolski. – Czy można zawiesić je na parę lat i zacząć znów? Nie wiem. Lepiej, żeby festiwal był niż, żeby go nie było. Szkoda by było, jeśli ten miałby być ostatni. Ale jeśli tak się stanie, to smutny wskaźnik, że wszystko, co białoruskie z czasem się kurczy i zwija. Nawet „Basowiszcza”, które wydawało się wieczne!

Od lat partnerem medialnym festiwalu „Basowiszcza” w Gródku jest Biełsat. Również w tym roku nasza telewizja objęła go swoim patronatem.

Illa Malinouski, cez/belsat.eu

Zobacz też
Komentarze