Kolobike – nasz test mińskiego roweru miejskiego

Foto

Miesiąc temu w stolicy Białorusi uruchomiono serwis Kolobike. Dziś w mieście jest ponad 2200 żółtych rowerów, które można wziąć i zostawić, gdzie się chce. Ważne jet tylko to, żeby pojazd nie przeszkadzał innym uczestnikom ruchu drogowego. Sprawdziliśmy, jak to działa, ile kosztuje i czy taki rower może zamienić komunikację miejską.

Żółte rowery Kolobike można bez trudu odszukać w centrum Mińska.

„Stacje z rowerami to przeszłość”

Dyrektor firmy Kolobike Wadzim Osipczyk przyznaje, że pomysł na rower miejski zrodził się po wyjazdach do sąsiednich krajów. Ale w przeciwieństwie do Warszawy lub Wilna, gdzie rowery są mocowane do stojaków na specjalnych stacjach, w Mińsku można je brać i zostawiać w dowolnym punkcie miasta.

– Stacje rowerowe to przeszłość. My, jak Afryka, pominęliśmy etap telefonów stacjonarnych i od razu przeszliśmy do łączności komórkowej. Tzn. pominęliśmy stadium stacji rowerowych – mówi nam Osipczyk.

Jak to działa i ile kosztuje?

Zasada jest prosta: znajdujecie rower, rejestrujecie się w aplikacji i… jedziecie. Takie serwisy są popularne w całej Europie, bo czasem są tańsze od komunikacji miejskiej. Przed ruszeniem w drogę ściągamy więc aplikację Kolobike, rejestrujemy się podając numer telefonu i (jeśli jest) kod promocyjny: zazwyczaj można wykorzystać dwa bezpłatne 30-minutowe przejazdy.

Lepiej od razu dodać też numer karty płatniczej, bo żeby korzystać z serwisu należy uzupełniać nią konto. Minimalna suma to 5 rubli (nieco ponad 9 zł). Obecnie naliczanie opłat jest półgodzinne – 30 min. kosztuje 1,30 rubla(ok. 2,5 zł). Nie do końca sprawdza się to jednak na krótkich odległościach, kiedy trzeba np. przejechać tylko od przystanku do przystanku lub z biura do przystanku.

– Mamy pomysł, żeby wprowadzić naliczanie co 15 min. Wtedy byłaby to alternatywa dla komunikacji miejskiej – zdradza wicedyrektor Kolobike Jahor Iwanou.

W kolejnych aktualizacjach aplikacji znajdą się też karnety, które będą działać jak bilety okresowe – im dłuższy jest okres korzystania, tym taniej wychodzi przejazd.

Jak wypożyczyć?

Ruszyliśmy w samym centrum – na ul. Kazłowa, tuż przy Pałacu Sztuki nieopodal Placu Zwycięstwa. Tam mieści się jeden z postojów dla rowerów, a wszystkie rowery Kolobike można łatwo znaleźć przez plan w aplikacji. Poprzez nią skanujemy QR-kod na rowerze lub wprowadzamy kod ręcznie. Zamek automatycznie się odblokowuje, kilkakrotnie przy tym piszcząc. Można jechać.

Rower ma wygodne siodełko, trzy biegi oraz know-how – uchwyt na smartfon. W innych europejskich serwisach nie widzieliśmy czegoś takiego. Łatwo mocując smartfon do kierownicy, jedzie się według mapy Google. Trzeba co prawda szczegółowo wybrać trasę.

Mińsk wciąż niezbyt przyjazny

Już po 300 metrach do głowy przychodzi myśl, że Mińsk nadal nie jest miastem dobrze przystosowanym do rowerów. Drogi dla rowerów są wytyczane, a nawet zjawił się pierwszy pas rowerowy tylko, że ścieżki przebiegają głównie przez parki i skwery, co bardzo utrudnia przemieszczanie się z punktu A do B.

Dla rowerów nie przystosowano też większości przejść dla pieszych, trzeba więc zsiadać z siodełka. Ale to i tak drobiazgi w porównaniu z głównym wrogiem rowerzysty – przejściami podziemnymi ze wszechobecnymi schodami. Oczywiście można rower znieść i wnieść, ale wobec takiej perspektywy raczej szuka się innej trasy.

Sam rower „jedzie dobrze” – udało się nim rozpędzić do 27 km/h i chyba dałoby się jeszcze. Ale na stosunkowo krótkim odcinku (nie dojeżdżając do Parku Gorkiego) pojawił się inny problem. Szczęki hamulca nie rozluźniały się do końca, tak jakby jechało się wciąż lekko hamując. Jednak w serwisie poinformowano nas, że rowery są stale kontrolowane: te na które użytkownicy się skarżą, są blokowane i wysyłane do naprawy.

Dojeżdżając do ul. Marksa, natknęliśmy się na strome wzniesienie ze schodami. Można byłoby na nie wjechać, ale z trudem. Przed pomnikiem czołgu T-34 przy Domu Oficerów po prostu zablokowaliśmy więc rower. Wystarczy zacisnąć na nim zamek, który zapiszczy wtedy dwa razy.

Ubezpieczenie i odpowiedzialność

To akurat dwie delikatne kwestie: możliwość ubezpieczenia użytkowników „jest badana”, a co do ich odpowiedzialności, to problem polega na tym, że rowery po prostu są kradzione. Były przypadki, że spiłowywano im zamki i wywożono za miasto. Chociaż przedstawiciele firmy przyznają, że pierwszy głośny przypadek „wyrzucenia” Kolobike na śmietnik był ich akcją reklamową, to z pozostałymi aktami wandalizmu nie mają oni nic wspólnego.

– W Szabanach (dzielnica Mińska o nie najlepszej reputacji – belsat.eu) niemal całkiem zdemontowano i spiłowano wszystko co było na rowerze. Wszystko, co dało się urwać i połamać, urwano i połamano. Dlatego trudno nazwać to akcją PR – mowi Jahor Iwanou.

Użytkownicy – 0,5 proc. mieszkańców

Podczas naszego testu zauważyliśmy ok. 15 innych rowerzystów. Dziś trudno przemierzyć już kwartał miasta, nie natrafiając choćby na jednego. Ilu po Mińsku jeździ użytkowników serwisu Kolobike? To oczywiście tajemnica handlowa, ale szefowie firmy twierdzą, że w weekendy na ich rowery wsiada 0,5 proc. mieszkańców Mińska. To ok. 10 tysięcy.

A dosłownie tydzień temu w ofercie firmy zjawiły się hulajnogi. Cena skorzystania z nich to 1 rubel na start i 15 kopiejek (ponad 2 zł) za minutę jazdy. Niebawem zaś Kolobike wyruszy na podbój innych miast. Pierwsze w kolejce ma być Grodno i Brześć.

Białoruś obejmie sieć rowerów publicznych. W 100 proc. krajowej produkcji

wr, cez/belsat.eu

Zobacz też
Komentarze