„Kobiet chyba nie będą zabijać?” Mińsk wstrzymuje oddech przed wyborami

Zdj. Tania Kapitonawa/belsat.eu

Na pierwszy rzut oka białoruska stolica w przeddzień głosowania raczej zaskakuje brakiem „majdanowej” atmosfery. Na ulicach nie widać milicyjnych bud. Co najwyżej od czasu do czasu przechadza się znudzona parka omonowców. Niby dzień jak co dzień, ale…

Do akcji ulicznych jednak dochodzi. To jednak raczej one mają zaskakujący przebieg: są spontaniczne i rozproszone. Uczestnicy zlatują się jak rój, by szybko rozpierzchnąć.

Wczoraj odbyła się spontaniczna akcja w geście solidarności z dźwiękowcami mińskiego Domu Młodzieży, który podczas oficjalnego święta puścili nieprawomyślną piosenkę „Pieriemien” (pol. „Chcemy zmian”), przy aplauzie zgromadzonego tłumu zwolenników opozycji. Uład i Kirył, którzy jak sami stwierdzili już na miejscu „przestępstwa”, że w jego wyniku stracili pracę, trafili także do aresztu na 10 dni – za chuligaństwo.

Mińsk solidarny z aresztowanymi dźwiękowcami

Wieczorem na główny prospekt miasta zjechali się kierowcy, którzy włączyli „Pieriemien” na cały regulator i cała wielka ulica rozbrzmiewała klaksonami. Protest skończył się bez represji – po kilkunastu minutach.

Mniej szczęścia mieli rowerzyści, którzy również postanowili urządzić „masę krytyczną”, by wesprzeć niepokornych DJ-ów. Tu milicja była jednak tradycyjnie brutalna. Kolumnę zablokowano, a omonowcy i funkcjonariusze wojsk wewnętrznych przystąpili do bicia i brutalnych aresztowań.

OMON i wojsko brutalnie rozpędziły protest rowerzystów

Jest też inny, bardziej praktyczny wymiar solidarności pokazującej, że społeczeństwo powoli przestaje być zatomizowanym zbiorem jednostek. Białorusini w ciągu jednego dnia zebrali dla represjonowanych dźwiękowców 30 tys. dolarów. Popłynęły też obietnice od topowych białoruskich headhunterów, żeby się nie martwili bezrobociem, bo pomogą im znaleźć pracę życia.

Wieczorne rozmowy Białorusinów trwają m.in. w Korpusie — jednym z popularnych i alternatywnych klubów w centrum Mińska. Tu koncentracja białych wstążek będących symbolem zjednoczonego sztabu opozycji gwałtownie rośnie. Rozmowy krążą wokół tego „co będzie, jak w czasie protestu odetną internet i komórki”.

– Trzeba będzie zdzwonić się z budki telefonicznej – żartuje Ihar, młody prawnik. Widziałem jedną na dworcu. – Tak, ustawi się kolejka na 50 osób, przyjdzie OMON i zatrzyma wszystkich za nielegalne zgromadzenie – odpowiada Ira, pracownica prężnie rozwijającej się na Białorusi branży IT.

Dalej rozmowa toczy się wokół VPN – technologii ukrywania swojego IP, dzięki czemu można czytać strony zablokowane na Białorusi. Pracownicy IT stwierdzają, że nawet z wyłączoną siecią komórkową przy pomocy specjalnej aplikacji można połączyć telefony komórkowe w znajdujące się w niewielkiej odległości w jedną sieć i przekazywać informacje.

Słowem, protest w drugiej dekadzie XXI wieku nabiera technologicznego posmaku.

– Jednak nie można zapomnieć, że jesteśmy na Białorusi. Pracownicy Parku Wysokich Technologii, białoruskiej „doliny krzemowej”, na czele, którego stał niegdyś Waler Capkała, jeden z niedopuszczonych do wyborów niedoszłych kandydatów, opowiadają o rozmowach profilaktycznych.

Niedopuszczony kandydat na prezydenta: Łukaszenka stracił kontakt ze społeczeństwem

Dyrekcja parku poinformowała ich lojalnie, że każdy odpowiada za siebie. „I jeżeli was złapią na proteście, to nie liczcie, że będziecie mogli sobie wziąć urlop na czas odsiadki”. A skoro w najbardziej „postępowej” białoruskiej instytucji trwa taka profilaktyka, to można sobie wyobrazić, jak wyglądają one w urzędach szkołach i państwowych zakładach pracy.

O tym, że to, co może się zdarzyć w niedzielę i poniedziałek to nie zabawa, przypomina mi para 40-latków – Iryna i Paweł. Oni brali udział w „Płoszczy” w 2006 roku. Demonstracji na głównym placu (stąd nazwa) miasta, brutalnie spacyfikowanej powyborczej demonstracji. Setki ludzi trafiły do aresztów. Złapani studenci byli relegowani z uniwersytetów, ludzi wyrzucano z pracy.

Iryna i Paweł są całym sercem za zmianami. Jednak, jak mówią, nie chcą iść na ewentualną kolejną „Płoszczę. Boją się, że zostaną aresztowani i ich dzieci zostaną bez opieki i stracą źródło utrzymania. A to bardzo cenna rzecz w pogrążonej w nieustającym kryzysie Białorusi.

Orędzie prezydenta Białorusi: straszenie latami ‘90, opozycją i „rzezią w centrum Mińska”

Jednak są też głosy przeciwne. Chwilę potem rozmawiam z grupką tych, którzy nigdy na opozycyjne protesty nie chodzili, ale tym razem pójdą. Nikt z nich nie ma wątpliwości, że wybory zostaną sfałszowane. Jedyne pytanie, jakie zadają sobie rozmówcy, co dalej. Czy protest obejmie cały kraj, czy też tak, jak chce Łukaszenka, wszystko się znowu rozmyje, a główni aktorzy dramatu, czyli trio kobiet oraz kilkaset osób trafi za kraty.

– Ale kobiet chyba nie będą zabijać? – zastanawia się Swieta, trzydziestoparolatka pracująca w jednej z największych rosyjskich firm internetowych.

I wcale nie jest to żart w jej ustach. W końcu 10 lat temu milicyjny specnaz niemal zabił głównego kontrkandydata Łukaszenki Uładzimira Niaklajewa. Polityk został silnie uderzony pałką w głowę, stracił przytomność i pokrwawiony trafił karetką do szpitala. A ocknął się w areszcie KGB, dokąd go porwano z szpitalnej sali, zawiniętego jedynie w kołdrę..

Białoruś zamarła w oczekiwaniu.

Strach Łukaszenki, czyli Białoruś 9 sierpnia i później

aa/belsat.eu, Mińsk

Wiadomości