Kiedy OMON słabnie, jest bardziej agresywny i uderza na ślepo

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Strategią jest terror, a taktyka zmienia się z blokowania miast na punktowe polowania. Wynika to nie tylko z siły protestów, ale również ze słabości i braków w organizacji i wyszkoleniu białoruskich sił bezpieczeństwa.

Przed wyborami na Białorusi pojawiało się wiele prognoz mówiących o tym, jak władza Alaksandra Łukaszenki zareaguje na spodziewane protesty. Część z tych spekulacji celowo rozsiewała, bądź podgrzewała białoruska propaganda. Np. o możliwym, radykalnie siłowym scenariuszu, czyli użyciu jednostek specjalnych i armii z ostrą amunicją. Tego typu groźby pojawiają się zresztą cały czas.

I taka też okazała się taktyka łukaszenkowskich sił bezpieczeństwa w czasie protestu. Terror. Wzięło się to nie tylko z mylnego założenia, że stosując i eskalując przemoc uda się szybko zdławić falę protestów. Ale i z braku odpowiednich sił i środków oraz coraz większej nerwowości i desperacji po stronie władzy. Tym samym milicja i inne służby przestały być siłami bezpieczeństwa, a stały się strukturą stosującą terror. Strategia białoruskiego MSW dość szybko załamała się i uwidoczniła duże braki w wyszkoleniu, organizacji i zarządzaniu operacjami na ulicy.

Widmo „majdanu”

Pierwsza, duża manifestacja w dniu wyborów i te w kolejnych trzech dniach ujawniły z jakimi emocjami i kiepskim przygotowaniem wyszła białoruska milicja. Wydaje się to dziwne, bo zarówno OMON, czyli główna siła przeznaczona do pacyfikacji masowych zgromadzeń, jak i wojska wewnętrzne (w przypadku Mińska najczęściej angażowana była 3 Samodzielna Brygada Wojsk Wewnętrznych) mają bogate doświadczenie w tego typu działaniach. Należy jednak brać pod uwagę rotację kadr. Ci OMON-owcy i milicjanci, którzy (z perspektywy władzy) skutecznie pacyfikowali protesty w 2010r., czy nawet te w 2017 r., najczęściej już nie służą w jednostkach.

Mińsk: demonstranci zaczęli blokować ulice

Głównym doświadczeniem pokoleniowym obecnej, białoruskiej kadry milicyjnej jest ukraińska rewolucja na kijowskim Majdanie. Te wydarzenia były przez ostatnie sześć lat wnikliwie analizowane w Akademii MSW. Do tego typu protestu przygotowywała się białoruska milicja. Również mentalnie – funkcjonariusze byli wręcz straszeni, że mogą podzielić losy ukraińskiego Berkutu, a w centrum Mińska wyrosną barykady. Widmo „majdanu” wywarło najważniejszą presję na wyobrażenie społecznego protestu. Jak się okazało, były to błędne kalkulacje. Bo białoruskie protesty bardziej przypominają te z Hong-Kongu, niż z Kijowa.

OMON-u już od pierwszych godzin starał się nie dopuścić do takiego scenariusza. Stąd użycie niewspółmiernie dużej siły i przemocy wobec pokojowych demonstrantów. I maniakalne wręcz blokowanie centralnych części Mińska (i innych miast). Oraz ostre reakcje na wszelkie, nawet bardzo przypadkowe, nieprzygotowane i nieudane próby blokowanie ulic przez demonstrantów i budowania czegoś na kształt barykad. W czasie pierwszych demonstracji główne wysiłki milicji poszły w kierunku demonstracji siły i przypadkowo stosowanej przemocy: bicia nawet pasywnych, leżących bądź skutych już kajdankami demonstrantów, strzelania na oślep itp.

– Środki specjalne, taki jak amunicja hukowa, czy gumowa albo granaty hukowe i gaz łzawiący są używane w konkretnym celu: dla ochrony samych policjantów przed nacierającym tłumem, bądź w celu jego rozproszenia. Tymczasem na białoruskich demonstracjach środki te były używane chaotycznie i bez wyraźnego celu, poza projekcją siły i przypadkowym zadawaniem bólu manifestantom – tłumaczy zachowujący anonimowość były policjant polskich jednostek prewencji.

Milicjanci używający np. granatników GM-94, rzucający granaty hukowe, czy strzelający z broni gładkolufowej rzeczywiście nie robili tego metodycznie i tak, jak działają policyjne formacje na całym świecie. Tylko np. bez żadnego uzasadnienia rzucając granaty w spokojny tłum. Bądź strzelając na wprost, na wysokości głowy, albo po prostu w tłum ludzi.

Mediazona Biełaruś: prawie 1400 osób rannych podczas protestów w Mińsku

– W czasie demonstracji formacje policyjne mają dowódców, którzy dają wyraźne rozkazy oddania salwy rozpraszającej tłum, często poprzedzone komunikatami z głośników, tymczasem OMON strzelał jakby padła komenda: „strzelać bez rozkazu”, którą stosuje się w sytuacji krytycznej, kiedy funkcjonariusze muszą się bronić samodzielnie – mówi polski policjant i dodaje – Nie na tym to polega, gdyż siły prewencji muszą stanowić jeden, zwarty organizm.

OMON ma również problemy z koordynacją działań na poziomie wyższym niż kilka plutonów (kilkudziesięciu milicjantów). Widoczny jest brak zgrania i koordynacji działań między poszczególnymi służbami. Szczególnie w rozpoznaniu. W czasie demonstracji formacje policyjne korzystają z wmieszanych w tłum tzw. „tajniaków” zajmują się oni wskazywaniem najaktywniejszych demonstrantów, liderów itd. W przypadku białoruskich protestów cele mogą być i inne – np. polowanie na dziennikarzy. Na Białorusi jest tak, że każda formacja z założenie ma własnych „tajniaków”. OMON-owi pomagają więc OMON-wcy w cywilu. Inne formacje, np. wojska wewnętrzne mają duży deficyt takich tajniaków. Mimo wspólnych odpraw generałów wojsk wewnętrznych i komendantów OMON-u i milicji, w „polu” te formacje nie potrafią współpracować ze sobą. Mają inne systemy komunikacji i rozpoznania. Brak koordynacji widać również po chaosie w przemieszczaniu się formacji poszczególnych służb.

Za mało OMON-u

Kiedy w sierpniu okazało się, że pierwsze, bardzo brutalne akcje milicji nie dały rezultatu, władze zaczęły zmieniać taktykę. Protesty dalej trwały, tyle że zmieniły charakter – na ulice wychodziły kobiety, były masowe i pokojowe marsze. Kierownictwo MSW zdało sobie sprawę, że metody stosowania terroru muszą ewoluować. Także dlatego, że OMONu, WW i milicji nie stać na blokowanie ulic i wywieranie presji przewagą liczebną. Po prostu tej przewagi nie mają. Liczący 2-3 tys. funkcjonariuszy OMON ze stołecznym garnizonem liczącym najwyżej ponad tysiąc, przy okresowym zasilaniu wsparciem z innych miast , na pewno nie jest w stanie zbudować presji liczebnej nad kilkudziesięciotysięczną manifestacją.

Przywódcy Rady Europy potępiają przemoc na Białorusi

Są jeszcze oceniane na kilkanaście tysięcy żołnierzy wojska wewnętrzne. Ale nie wszystkie one nadają się do walk ulicznych, bo mają charakter stricte wojskowy i są lekką piechotą, a nie policją. Oczywiście kiedy trzeba, to MSZ rzuca wszystkie ręce na pokład. I wtedy na ulice wysyłani są: młodociani słuchacze akademii milicyjnych w rynsztunku ochronnym, dzielnicowi, drogówka, kryminalni i jednostki specjalne MSW i KGB zajmujące się działaniami antyterrorystycznymi itd. Tak było w pierwszych dniach po 9 sierpnia. I wtedy właśnie widoczny był chaos w koordynacji tak licznych i nieprzygotowanych do walk ulicznych służb. Łukaszenka nie może również użyć do pacyfikacji armii.

– Białoruska armia to w czystej, niezmienionej postaci poradzieckie siły zbrojne, które nie są szkolone w działaniach innych, niż bojowe. Dlatego decyzja o ich wprowadzeniu do bezpośredniej konfrontacji ze społeczeństwem, a nie tylko zabezpieczenia tyłów, czy stwarzania presji liczebnej, będzie równoznaczna z przelewem krwi na dużą skalę, bo armia nie potrafi rozpraszać i aresztować, armia strzela by zabić – tłumaczy Jurij Butusow, ukraiński ekspert ds. bezpieczeństwa i redaktor portalu censor.net.

Armia była już używana do wywierania presji psychologicznej. Kiedy przez miasta (np. Grodno) przejeżdżały kolumny transporterów opancerzonych na manewry „Słowiańskie Braterstwo”, albo w ramach tzw. przerzutu wojsk na zachód kraju.

Butusow wskazuje też, że dużym problemem reżimu Wiktora Janukowycza w czasie rewolucji na Majdanie był właśnie brak kadr. Berkut, podobnie jak OMON, był formacją małą liczebnie. Jednak sześć lat temu na Ukrainie konfrontacja toczyła się głównie na ograniczonym przestrzennie placu w centrum Kijowa. Białoruski protest ma inny charakter – jest rozproszony, manifestacje pojawiają się nagle nawet na peryferyjnych osiedlach.

Wilcze stada

Dlatego pod koniec sierpnia MSW zmieniło taktykę. Zaczęły się punktowe polowania. Czasem na przypadkowych przechodniów. Wyglądało (i nadal wygląda) to tak, że ulicą jedzie powoli bus bez numerów rejestracyjnych, z przyciemnionymi szybami. I nagle wyskakuje z niego kilku zamaskowanych drabów atakując, powalając i wciągając do busa przechodniów uznanych za demonstrantów.

To również taktyka terrorystyczna. Realizowana w ciągu dnia. Ma zastraszyć społeczeństwo. Razem z publikowanymi filmami i świadectwami pobić i tortur w aresztach ma zniechęcić do wspierania protestów.

Neobolszewizm i polityka „czarnego terroru”

Atakami zajmuje się głównie OMON. Dla spotęgowanie grozy i atmosfery niepewności przebrany od końca sierpnia w nowe, oliwkowe mundury bez oznaczeń. Faktycznie były one wprowadzone na stan OMON-u dwa lata temu, tyle że dotąd bardzo rzadko używane. Początkowo budziły więc falę domysłów, czy nie są to przebrani, rosyjscy sojusznicy Łukaszenki.

– Policjanci prewencji są uczeni, jak zatrzymać dynamicznie, by wyrządzić jak najmniej obrażeń, jak odepchnąć zdecydowanie, ale nie łamiąc przy tym kości. Ale oczywiście posiadają też umiejętności wywołania dużych obrażeń i zadania maksymalnego bólu – tłumaczy policjant. – Rzecz jasna w ferworze walki bywa różnie i czasem zdarza się użyć za dużej siły, ale w relacjach z Białorusi widzę, że OMON bije tak, by były obrażenia, przygniatają niepotrzebnie w kilku jednego człowieka, uderzają pałkami w głowę, przewracają tak, by człowiek upadł na twarz, a to są działania niedopuszczalne.

To samo można powiedzieć o nadmiernie używanym gazie pieprzowym, którym milicjanci pryskają czasem przez okna jadących przy chodniku samochodów w oczy przechodniów. Specjaliści oceniają, że to są działania tyle okrutne, co nieprofesjonalne, gdyż zwykle strumień gazu wpada do samochodu.

– Są to efekty nerwów i braków w wyszkoleniu – uważa Butusow – W czasie walk na Majdanie uznawany za profesjonalny Berkut gubił się, działał na oślep i zwyczajnie popełniał proste błędy.

Również w przypadku OMON-u i innych formacji widać zmęczenie i „siadającą” kondycję. Dlatego taktyka „wilczego stada” polegająca na ulicznych łapankach realizowanych przez kilkuosobowe grupy jest mniej forsująca dla stosunkowo nielicznego garnizonu OMON-u, niż udział całej formacji, ubranej w ciężki rynsztunek i zmuszonej do szybkiego przemieszczania się pieszo po mieście.

Tymczasem białoruskie protesty w nadchodzących tygodniach znowu mogą się nasilić. Stąd pewnie coraz większa nerwowość po stronie władz i groźby użycia ostrej amunicji ze strony MSW. To na razie tylko groźby. Jednak niestety, biorąc pod uwagę słabość tradycyjnych, dotąd stosowanych metod pacyfikacji, łukaszenkowskie służby mogą pójść na eskalację przemocy.

UE powinna zamknąć „sklep z zabawkami” dla białoruskiej milicji

Michał Kacewicz/belsat.eu

Inne teksty autora w dziale „Opinie”

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów