Kaukaz Południowy czy znów Zakaukazie?

Górski Karabach. Zdj. Maciej Falkowski

Podpisane 9 listopada i ogłoszone tego samego dnia przez rosyjskiego prezydenta armeńsko-azerbejdżańskie porozumienie w sprawie przerwania trwającej od końca września drugiej wojny karabaskiej nie rozwiązuje raz na zawsze tego trwającego od końca lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku konfliktu. Na tyle jednak zmienia sytuację na całym Kaukazie Południowym, że z całą pewnością przejdzie do historii jako punkt zwrotny w postsowieckiej historii tego regionu.

Karabach? A gdzie to w ogóle jest?

Streszczenie historii tego skomplikowanego konfliktu w kilku zdaniach to zadanie karkołomne. Gdybyśmy zapytali o to Ormian, zaczęliby narrację od III wieku p.n.e., czyli czasów na wpół mitycznej Wielkiej Armenii rządzonej przez Tigrana Wielkiego, której jedną z prowincji był Arcach (ormiańska nazwa Karabachu). Usłyszelibyśmy o dziesiątkach ormiańskich klasztorów i wielowiekowej walce o zachowanie ormiańskości regionu. Z kolei Azerowie koncentrowaliby się na istnieniu na tym obszarze chanatów formalnie wchodzących w skład Persji, w praktyce zaś rządzonych przez lokalne dynastie azerbejdżańskie. Z pewnością powiedzieliby także o mieście Szusza, dawnej stolicy Karabachu, uznawanej za kolebkę kultury azerbejdżańskiej.

Rosyjskie wojska wkraczają do Górskiego Karabachu WIDEO

 

Aby zrozumieć współczesny konflikt, trzeba sięgnąć co najmniej do połowy XIX wieku, kiedy w wyniku wojny z Persją region został włączony do Imperium Rosyjskiego. Rosjanie faworyzowali wówczas chrześcijańską ludność ormiańską, która masowo napływała na rosyjski Kaukaz z Turcji i Persji. Skończyło się to wraz z upadkiem caratu. Przewrót bolszewicki, porewolucyjny chaos na Kaukazie i krótkie istnienie niepodległych Armenii i Azerbejdżanu doprowadziło do krótkotrwałego konfliktu między tymi państwami o zamieszkały w zdecydowanej większości przez Ormian Karabach. W 1920 roku przyszli jednak bolszewicy i oba kraje podbili, kończąc pierwszą odsłonę konfliktu.

Podpis Stalina

Dalsze losy Karabachu przypieczętował Stalin, który osobiście zadecydował o przynależności enklawy do Azerbejdżańskiej SRR, podobnie jak sąsiedniego, również spornego, Nachiczewania. Co więcej, Karabach stał się pozbawioną granicy z Armeńską SRR enklawą na terytorium Azerbejdżanu, z kolei oddzielony od Azerbejdżańskiej SRR terytorium Armenii Nachiczewan uzyskał krótką granicę z Turcją. Stało się to możliwe dzięki przekazaniu Turcji przez Sowietów tzw. powiatu surmalińskiego, na którego terytorium leży jeden z najważniejszych ormiańskich symboli – masyw Araratu. Cele tej skomplikowanej układanki były dwa: trzymać w szachu obie republiki oraz obłaskawić kemalistowską Turcję, która w percepcji bolszewików miała być ich sojusznikiem na Bliskim Wschodzie.

Górski Karabach. Zdj. Maciej Falkowski

Ówczesne decyzje legły u podstaw kolejnej odsłony konfliktu, która rozpoczęła się w latach osiemdziesiątych, kiedy nikt na Kaukazie nie myślał nawet o rozpadzie ZSRR. Grupka ormiańskich działaczy (nie wykluczone, że z inspiracji lub przy aprobacie części przeciwnych polityce Gorbaczowa sowieckich służb) rozpoczęła kampanię mającą na celu przyłączenie Nagornokarabaskiego Obwodu Autonomicznego do Armeńskiej SRR. W 1988 roku rozpoczęły się masowe demonstracje w Erywaniu i Stepanakercie, a walka o Karabach stała się głównym hasłem ormiańskiego ruchu narodowego i zaczynem walki o niepodległość Armenii. W tym samym miesiącu, w bardzo niejasnych okolicznościach, doszło do antyormiańskiego pogromu w Sumgaicie (duże miasto pod Baku), co Ormianom instynktownie skojarzyło się z ludobójstwem 1915 roku. Spirala wzajemnej przemocy rozkręcała się z każdym dniem. Po obu stronach zaczęli ginąć ludzie. Z Armenii uciekali Azerowie, z Azerbejdżanu – Ormianie.

Wojna po upadku imperium

Kiedy jeszcze istniał ZSRR, Moskwa wsparła stronę azerbejdżańską, obawiając się precedensu zmiany granic wewnętrznych. Kiedy jednak sowieckie imperium upadło, a Azerbejdżan zaczął zerkać w stronę Turcji i Zachodu, udzieliła wydatnej pomocy Ormianom. W trakcie intensywnych walk z lat 1992-1994 Ormianie nie tylko opanowali większość Karabachu, ale także siedem otaczających enklawę rejonów Azerbejdżanu właściwego. W ich optyce miały być kartą przetargową w negocjacjach dotyczących przyszłego statusu Karabachu. W międzyczasie zrezygnowano z haseł przyłączenia Karabachu do Armenii, zamieniając je na niepodległość, co zakończyło się proklamacją Republiki Górskiego Karabachu, której oficjalnie nie uznawał nawet Erywań, choć udzielał jej wszelkiego wsparcia.

Targany wewnętrznymi niepokojami, pozbawiony armii z prawdziwego zdarzenia Azerbejdżan nie był w stanie przeciwstawić się Ormianom. Nad chaosem zapanował dopiero ojciec obecnego prezydenta Ilhama AlijewaHejdar, który w 1993 roku pojawił się z politycznego niebytu, aby ratować kraj (wcześniej, został odsunięty od władzy przez Gorbaczowa; wiele jest faktów świadczących o tym, że jego ludzie przyczynili się do eskalacji konfliktu, co miało utorować mu powrót do władzy).

Według zasady „dziel i rządź”

Pierwsza wojna karabaska zakończyła się w 1994 roku podpisaniem rozejmu w Biszkeku pod egidą OBWE. Na jego mocy przerwano walki, choć do regionu nie wprowadzono sił rozjemczych. Utworzona rok wcześniej tzw. Mińska Grupa OBWE, w której skład weszły Rosja, Francja i USA, miała pośredniczyć w negocjacjach pokojowych między stronami. I pośredniczyła, wiedząc z góry, że skazane są na niepowodzenie, ponieważ oparte były na trzech zasadach, z których dwie całkowicie się wykluczały – integralność terytorialna oraz prawo narodów do samostanowienia (trzecią było niestosowanie siły).

Górski Karabach. Zdj. Maciej Falkowski

Armenia chciała rozwiązania pakietowego (najpierw status, potem wycofanie wojsk z okupowanych terytoriów azerbejdżańskich) i pod żadnym pozorem nie zgadzała się na pozostanie Karabachu nawet pod symboliczną jurysdykcją Azerbejdżanu. Z kolei Baku chciało uregulowania etapowego (najpierw częściowe wycofanie ormiańskich wojsk, potem status) i wykluczało możliwość niepodległości bądź przyłączenia Karabachu do Armenii. Dłuższe okresy pokoju przerywane były krótkotrwałymi eskalacjami (np. w 2016 i czerwcu 2020), które jednak nie zmieniały linii frontu.

Na konflikcie najwięcej wygrywała Rosja, używając nierozwiązanego konfliktu do stosowania taktyki dziel i rządź wobec Erywania i Baku, zaś najwięcej traciła strona, która pozornie była górą – odcięta od świata (zamknięte granice z Azerbejdżanem i Turcją) i zależna od Rosji Armenia. Konflikt był także pożywką dla władz obu krajów do mobilizacji społecznej w okresach kryzysów wewnętrznych, główną siłą napędową nacjonalizmów oraz państwowotwórczym mitem założycielskim dla obu krajów, w szczególności Azerbejdżanu.

Zakończeniem tego okresu, a jednocześnie przecięciem dotychczasowego formatu niczym węzła gordyjskiego było wznowienie działań wojennych w dniu 27 września br. przez Azerbejdżan.

Druga karabaska: ciąg przypadków czy realizacja planu?

Zakończona w poniedziałek wojna była ciągiem następujących po sobie niewiarygodnych wydarzeń. Nieoczekiwany wybuch. Natychmiastowa mobilizacja w Armenii i ogłoszenie stanu wojennego w obu krajach. Szybka klęska, właściwie pogrom, armii ormiańskiej, uchodzącej dotąd za najsilniejszą na Kaukazie. Stoicki, wręcz pokerowy spokój Rosji, który niektórzy odbierali jako słabość. Azerbejdżański blitzkrieg na południu i wejście klinem między siły ormiańskie i granicę z Iranem, przy stosunkowo spokojnych reakcjach tego rywalizującego z Turcją kraju (w sytuacji silnego zaangażowania Ankary w Karabachu). Wreszcie zajęcie Szuszy położonej daleko od linii frontu, na trudno dostępnym płaskowyżu, właściwie z marszu i bez istotnego wsparcia artylerii i ciężkiego sprzętu przez wojska azerbejdżańskie (wielu ekspertów wojskowych jeszcze dzień wcześniej twierdziła, że to taktycznie niemożliwe).

Górski Karabach. Zdj. Maciej Falkowski

I kiedy droga dla wojsk azerbejdżańskich do podboju całego Karabachu stanęła otworem (kontrola Szuszy oznacza możliwość ostrzeliwania stolicy Karabachu – Stepanakertu oraz kluczowej drogi łączącej enklawę z Armenią) – ogłoszenie w tym samym dniu przez Putina przerwania walk i wejścia do Karabachu rosyjskich sił pokojowych. Jeszcze większą niespodzianką było – poprzedzone kilkoma tygodniami oskarżania Turcji przez Moskwę o zaognianie konfliktu, a nawet wysyłanie do Karabachu syryjskich najemników – zapowiedziane przez Putina utworzenie rosyjsko-tureckiego centrum pokojowego (w Azerbejdżanie lub Karabachu). Podpisane w Moskwie porozumienie spotkało się także z niemal natychmiastową aprobatą turecką oraz… irańską.

Erdogan: Turcja ma prawo uczestniczyć w negocjacjach ws. Górskiego Karabachu

Tak duża liczba nieprzewidywanych zwrotów akcji nie może nie budzić podejrzeń, że obecna wojna mogła zostać starannie wyreżyserowana co najmniej w trójkącie Moskwa-Baku-Ankara. Ponieważ jednak zapewne nigdy się tego nie dowiemy, lepiej zostawić spekulacje na boku (a za kilkanaście lat niech zajmą się nimi historycy).

Dość że na mocy porozumień armia Armenii ma się z terytoriów okupowanych oraz Karabachu stopniowo wycofywać, a do regionu wejdą rosyjskie siły pokojowe, które będą również stacjonowały na granicy Armenii i Azerbejdżanu, zapewniając bezpieczeństwo przejść granicznych, które mają zostać wkrótce otwarte. Do Karabachu mają także wrócić ormiańscy uchodźcy (w trakcie walk niemal cała ludność uciekła do Armenii), a strony dokonać wymiany jeńców i ciał zabitych. Porozumienie nie mówi natomiast nic o statusie Karabachu. Nie sposób w tej sytuacji nie zgodzić się z dzisiejszym tweetem prezydent Gruzji Salome Zurabiszwili, która gratulując stronom osiągnięcia porozumienia i dziękując pośrednikom (sic!), stwierdziła że na Kaukazie rozpoczęła się właśnie nowa era.

Ilham Zdobywca…

Wojna jest bezsprzecznie ogromnym sukcesem Azerbejdżanu. Wygrana, choć zapewne okupiona krwią tysięcy żołnierzy (w przeciwieństwie do strony ormiańskiej, Azerbejdżan od początku wojny nie publikował własnych strat), jest także osobistym sukcesem prezydenta Ilhama Alijewa, który w słynnym przemówieniu z 27 września z lekką niepewnością wygrażał Ormianom pięścią. Można nawet zaryzykować twierdzenie, że tym zwycięstwem (przede wszystkim zajęciem Szuszy) przyćmił gwiazdę swojego ojca, a już z całą pewnością na stałe zapewnił sobie miejsce w azerbejdżańskich podręcznikach historii.

Azerbejdżan o Górskim Karabachu: „niewykluczona” autonomia kulturalna dla Ormian

To nie tak, że Alijew nie zapłacił określonej ceny za zwycięstwo. Odtąd Azerbejdżan będzie musiał godzić się z obecnością na swoim terytorium niewidzianej tam od kilkunastu lat armii rosyjskiej (ostatni obiekt – stację radiolokacyjną w Gabali na północy Azerbejdżanu Rosjanie opuścili w 2012 roku). Pod faktyczną kontrolą Rosji będzie także granica azerbejdżańsko-armeńska, a Baku będzie zmuszone przepuszczać rosyjskie transporty wojskowe do bazy w Giumri.

Górski Karabach. Zdj. Maciej Falkowski

Znacząca, i przy tym uznana przez Rosję, rola Turcji w regionie daje mu jednak możliwość manewru. Co więcej, Azerbejdżan uzyskać ma w końcu łączność z Nachiczewaniem przez terytorium Armenii. Ponadto gdyby w efekcie porozumienia otwarta została granica Armenii z Turcją (zamknięta od 1992 roku), wpływy tureckie w regionie jeszcze by się zwiększyły. I wreszcie najważniejsze – wygrana w obecnej wojnie z całą pewnością zapewnia mu komfort spokojnego rządzenia krajem przez wiele najbliższych lat, bez obawy że niepokoje społeczne mogą mu zagrozić. Kto bowiem będzie chciał obalać wyzwoliciela?

…i Nikol Sprzedawczyk?

Równie bezsprzeczna co sromotna jest klęska Armenii. W półtora miesiąca Ormianie znaleźli się w punkcie wyjścia (a nawet w sytuacji gorszej, ponieważ terytorium obwodu autonomicznego było większe niż obszar, który będą kontrolować Ormianie po wycofaniu się z terytoriów okupowanych). Na śmietnik zostało też wyrzucone ogromne poświecenie całego narodu z ostatnich trzydziestu lat.

To przez Karabach Armenia jest w tak tragicznej sytuacji gospodarczej. Z powodu Karabachu jest izolowana w regionie, a wszystkie istotne projekty infrastrukturalne między Morzem Kaspijskim a Czarnym ją omijają. To konflikt karabaski odsunął od władzy erywańską inteligencję i wyniósł do niej pochodzących z Karabachu watażków (byli prezydenci Robert Koczarian i Serż Sargsjan) oraz znienawidzonych oligarchów, którzy zbudowali swoją pozycję dzięki odizolowaniu Armenii od świata zewnętrznego.

Górski Karabach. Zdj. Maciej Falkowski

Wreszcie, to w dużej mierze w konflikcie o Karabach należy szukać przyczyn emigracji około miliona mieszkańców Armenii (cały kraj liczy obecnie ok. 3 mln), nie wspominając już o śmierci tysięcy żołnierzy i cywilów. Jak bumerang wraca także trauma egzystencjonalnego zagrożenia ze strony turecko-azerbejdżańskiej oraz wiszącego nad narodem ormiańskim fatum, które udało się na chwilę, dzięki zwycięstwu w pierwszej wojnie karabaskiej, przezwyciężyć. W tej wojnie padł również mit o niezwyciężonej armii ormiańskiej i nieumiejących walczyć Azerach, który pokutował przez trzydzieści ostatnich lat. Niewielkim pocieszeniem dla Ormian może być jedynie fakt, że Baku było wspierane przez stronę turecką.

Górski Karabach. Zdj. Maciej Falkowski

W optyce ormiańskiej klęska w drugiej wojnie karabaskiej i podpisanie porozumienia z 10 listopada w pierwszym odruchu nie mogą być ocenione inaczej niż zdrada przez Nikola Paszyniana (polityka który przyszedł do władzy na fali budzącej ogromne nadzieje społeczne rewolucji z 2018 roku) interesów narodu ormiańskiego.

Armeński premier podpisał „bolesne” porozumienie o zakończeniu wojny w Górskim Karabachu

Potencjał do negatywnego rozwoju wydarzeń w Armenii jest więc ogromny, co pokazały już wtorkowe demonstracje w Erywaniu, podczas których ciężko pobito przewodniczącego parlamentu Ararata Mirzojana i zdemolowano gabinet Paszyniana. Należy również pamiętać o bogatej tradycji przemocy politycznej w Armenii w ciągu ostatnich 150 lat oraz nacjonalistycznych, czy wręcz szowinistycznych, poglądach części społeczeństwa.

Wróżenie z fusów

Przewidywanie scenariuszy wewnątrzpolitycznych w Armenii jest dziś jak wróżenie z fusów. Można bowiem sobie wyobrazić zarówno apatię społeczną i akceptację sytuacji po dyżurnych demonstracjach, rewolucję pod przywództwem trybunów ludowych, a nawet przejęcie władzy przez armię zmuszoną spacyfikować rozgrzane do czerwoności nastroje społeczne. Przy odrobinie dobrej woli można jednak również wysnuć z obecnej sytuacji nadzieję na przyszłość.

Armenia po pierwszej wojnie karabaskiej porównywana była do kota, który pojmał tak wielką rybę, że nie jest w stanie wyciągnąć jej z wody, zsuwając się powoli w otchłań. Rybą jest oczywiście Karabach. Czy uwolnienie się od niej nie pozwoliłoby Armenii rozwinąć skrzydeł i wykorzystać duży potencjał intelektualny, rozbudowane kontakty zagraniczne i cechujący ormiańskie społeczeństwo pragmatyzm na rzecz rozwoju kraju?

Górski Karabach. Zdj. Maciej Falkowski

Chciałoby się wierzyć, że tak, wymagałoby to jednak bardzo dużej dojrzałości od ormiańskich przywódców i umiejętności takiego właśnie przedstawienia sytuacji społeczeństwu. Alternatywą pozostaje wewnętrzny chaos grożący kryzysem państwowości oraz kolejna głęboka trauma narodowa. Dopiero historia jednak pokaże, czy Paszynian zyska od potomnych tytuł Sprzedawczyka czy Odnowiciela. Z całą jednak pewnością przez wiele lat, nawet po odejściu ze sceny politycznej, nie będzie mógł spać spokojnie w obawie o swoje życie.

Zakaukazie reaktywacja?

Niezależnie od sukcesów Azerbejdżanu największym wygranym drugiej wojny karabaskiej wydaje się Rosja, której udało się tak rozegrać sytuację, że nie tylko obroniła, ale wręcz wzmocniła własne instrumenty utrzymania wpływów w regionie. Podkopała co prawda swoją pozycję wśród Ormian, którzy na próżno liczyli na pomoc starszego brata i boleśnie przekonali się, że są tylko instrumentem w ręku moskiewskich towarzyszy. Rosyjska zdrada ormiańskich interesów to jednak nie pierwszyzna. Dokładnie to samo stało się sto lat wcześniej, Ormianie będą więc musieli przełknąć i tę żabę. Tym bardziej, że rosyjscy „mirotworcy” będą od teraz jedynym gwarantem nie tylko bezpieczeństwa, ale wręcz istnienia społeczności ormiańskiej w Karabachu.

Górski Karabach. Zdj. Maciej Falkowski

Pewnym kłopotem dla Moskwy może być także wzmocnienie tureckich wpływów na Kaukazie, najwyraźniej jednak mieści się to w szerszych kalkulacjach rosyjskich, obejmujących Bliski Wschód, Afrykę Północną i Kaukaz oraz relacje z Zachodem. A w tym wymiarze Turcja pozostaje dla Rosji cennym, choć czasem kłopotliwym, sojusznikiem, odgrywającym najwyraźniej w optyce moskiewskiej rolę trochę przeczulonego na własnym punkcie i czasami niesfornego, ale wyraźnie słabszego młodszego brata. Trudnością będzie także konieczność rozstrzygania sporów (czasami zapewne na poziomie zupełnie lokalnym) między Ormianami i Azerami (podobnie jak to było w pierwszych latach konfliktu, gdy do Karabachu wprowadzono sowieckie wojska wewnętrzne) oraz większe uwikłanie i większa odpowiedzialność za kłótnie o przyszły status Karabachu, które będą z całą pewnością kontynuowane, z sięganiem po przemoc włącznie.

Pytanie o Gruzję

Dyplomatyczny i polityczny sukces rosyjski jest jednak ewidentny, jak bardzo byśmy tego sobie nie życzyli. Obok demonstracyjnego pokazania, do czyjej strefy wpływów należy ta część świata, niewątpliwym sukcesem rosyjskim jest wprowadzenie wojsk do Karabachu (o co Rosjanie od dawna bezskutecznie zabiegali) oraz na granicę armeńsko-azerbejdżańską. Czy powinniśmy więc powrócić do używanego w XIX i XX wieku (do rozpadu ZSRR) terminu Zakaukazie, zastąpionego później wymyślonym na Zachodzie Kaukazem Południowym? Być może tak. Czas pokaże.

Wszystko będzie teraz zależało od Gruzji oraz rosyjskiej polityki wobec tego kraju. Na odzyskanie Abchazji i Osetii Południowej Tbilisi liczyć co prawda nie może (Rosja uznała ich niepodległość), podobnie jednak na pomoc Zachodu. Nie można więc wykluczyć, że Gruzini pogodzą się z losem i wrócą pod rosyjskie skrzydła. Najczarniejszym scenariuszem byłoby nakierowanie przez Rosję po stracie Karabachu ostrza ormiańskiego nacjonalizmu na leżącą w Gruzji, lecz zamieszkałą przez Ormian Dżawachetię w celu przywołania Tbilisi do porządku. Miejmy jednak nadzieję, że to tylko politologiczna fantazja.

Wielki nieobecny

Na koniec i, odpowiednio do roli, jaką w ostatnich wydarzeniach na Kaukazie odegrał, warto wspomnieć o Zachodzie. W zupełności wystarczy skwitować to jednym zdaniem. Zachód nie odegrał tam żadnej roli. Niestety…

Rosja żandarmem Południowego Kaukazu

Maciej Falkowski dla belsat.eu

Maciej Falkowski – politolog, ekspert ds. Kaukazu, wieloletni analityk Ośrodka Studiów Wschodnich; w latach 2010-2013 pracownik Ambasady RP w Erywaniu, a w 2017-2019 prezes Fundacji Solidarności Międzynarodowej.

Wiadomości