„Jest mi wstyd”. Byli dziennikarze państwowych mediów przepraszają Białorusinów

Po nowej fali represji byłe gwiazdy białoruskiej telewizji publicznie przepraszają widzów. Kolejni dziennikarze oświadczają, że jest im wstyd za to, że przez lata pracowali na rzecz władz Alaksandra Łukaszenki.

“Jest mi wstyd”

Na swoim Instagramie głos zabrała m.in. Natalla Kopacewa, dziennikarka Białoruskiej Telewizji (BT) nagrodzona w 2010 roku za najlepszy reportaż. Stwierdziła, że nie chce już żyć w strachu przed tym, że za protest trafi do aresztu. Jest przekonana, że podobnie myślą tysiące osób.

– Chcę i jestem zobowiązana każdego z was przeprosić i teraz jest na to najlepszy moment. Przyjaciele i krewni już od dawna wiedzą, za co jest mi wstyd. Przede wszystkim za to, że 15 i nawet 10 lat temu byłam młoda i głupia, a cierpieli przez to inni – napisała Kopacewa.

Natalla opowiedziała, że o dziennikarstwie marzyła od dziecka. W wieku 16 lat dostała się do młodzieżowego programu BT, a potem do Agencji Wiadomości Telewizyjnych. Wtedy po raz pierwszy została wysłana relacjonować protesty opozycji.

– Mam 33 lata, a tam nic się nie zmienia. Do nagrywania protestów ulicznych wysyłają absolwentów. Niewolników, jak nazywają ich dojrzali… propagandyści, bo jak ich nazwać. Oni sami tam nie jeżdżą i nie jeździli. Boją się, bo ich twarze są zbyt dobrze ludziom znane – dodała Kopacewa.

Natalla wytłumaczyła użytkownikom Instagrama, jak władze Białorusi zapewniają sobie wierność dziennikarzy. Według niej, młodzi pracownicy przechodzą “pranie mózgu”. Za swoją pracę dostają podziękowania, premie i darmowe mieszkania. Dzięki temu po 15-20 latach nie mogą wyobrazić sobie, że istnieje inne życie.

– I teraz ci ludzie będą walczyć nie za swoje władze, ale o własną “strefę komfortu” – dodała była dziennikarka. – Dla mnie oni wszyscy są jak jednej sztancy. A my wyrwaliśmy się z niej. Ja i moi koledzy zrozumieliśmy, jak straszny był ten dom wariatów. Piszę i wiem, że jakiekolwiek słowa dobiorę, wszystko zostanie zweryfikowane. Nie tłumaczę się. Proszę o wybaczenie.

Kopacewa ostrzegła też Białorusinów, że w nocy po wyborach 9 sierpnia należy się spodziewać masowych prowokacji “zajęcia budynków, potłuczonego szkła i podpalonych śmieci”.

– Mam nadzieję, że nie sięgną po kule. Uratować nas może tylko jedno. Solidarność. Dziesiątki, setki tysięcy, których nie można upchnąć do więźniarki – podkreśliła była dziennikarka,.

W swoim instagramowym wpisie umieściła hasło “Ja/My 97%”. Bo według nieoficjalnych sondaży taka część społeczeństwa nie chce już Alaksandra Łukaszenki.

“Kłamiecie na ekranie”

Wczoraj głos zabrał też Arciemis Achpasz, były prowadzący programy w państwowych stacjach ONT, BT i STB.

– Wszystko, co pokazuje państwowa telewizja to kłamstwo i propaganda – oświadczył

W swoim apelu do Białorusinów powiedział, by nie byli obojętni.

– Białoruś to kraj, w którym dorósł mój syn. I mam nadzieję, że dorosną w niej też inne moje dzieci. Przyszłość mojego kraju nie jest mi obojętna – zadeklarował dziennikarz.

Zwrócił się też bezpośrednio do funkcjonariuszy milicji, którzy od początku maja zatrzymali setki uczestników pokojowych demonstracji. Wielu z nich było przy tym bitych i zmuszanych do podpisania fałszywych zeznań.

– Willa, mieszkanko, premia, medal. Naprawdę jesteście za to gotowi sprzedać swój naród? Jesteście gotowi sprzedać swój honor i męstwo?

W sobotę, gdy na Białorusi zatrzymano przynajmniej 30 osób, dziennikarz zwrócił się w internecie do swoich byłych kolegów z pracy.

– Za każdym razem gdy na ekranie Białoruskiej Telewizji kłamiecie o tych wydarzeniach, to co czujecie po przyjściu do domu? Czy w swoim służbowym mieszkaniu zapominacie o wszystkim? Wszystko was zadowala? Dla mnie niczym nie różnicie się od tych milicjantów, którzy “pakują ludzi” w więźniarki – napisał Achpasz.

Uczciwy prowadzący zniknął z ekranu

Była rzeczniczka prasowa stacji ONT Tacciana Kurbat wezwała na Instagramie, by nie wierzyć białoruskiej telewizji. Przypomniała, jak podczas programu wyborczego w 2010 roku z ekranu zniknął prowadzący Siarhiej Darafiejew.

– Jestem pewna, że pamiętacie program “Wybar”, gdy Siarhieja Darafiejewa zwolniono z pracy prawie na żywo. Dlatego, że odszedł od uzgodnionego scenariusza nie mogąc ukryć swojego oburzenia i przekonań. Przez to odpowiedzialna za liczenie głosów wybiegła ze studia – opowiada Tacciana. – Miałam 23 lata. Ze wstydu nie rozumiała, co się dzieje. Po tej strasznej nocy, gdy prysnęły iluzje, wszyscy szybko doszli do siebie. Zabroniono mi mówić innym mediom, że zniknięcie Darofiejewa było związane z polityką. “Inaczej trafisz tam, gdzie twój Darafiejew” – powiedział mi kierownik. Było mi wstyd i ciężko. Czułam się obrzydliwie.

W 2010 roku po ogłoszeniu wyniku wyborów prezydenckich, które Alaksandr Łukaszenka oficjalnie wygrał, na Plac Niepodległości wyszły tysiące osób. Protestowały przeciwko sfałszowaniu głosowania. Demonstranci zostali bardzo brutalnie spacyfikowani, setki osób zostały zatrzymane, polityków opozycji aresztowano, studentów i wykładowców wyrzucono potem z uczelni. Wydarzenia te przeszły do historii jako “Płoszcza 2010”.

W tym roku wybory prezydenckie na Białorusi odbędą się 9 sierpnia. Już teraz obrońcy praw człowieka uznali kampanię wyborczą za niedemokratyczną. W aresztach jest 6 opozycyjnych kandydatów na prezydenta, a od początku maja milicja zatrzymała setki osób. Rządzący od 26 lat Łukaszenka zapowiedział, że władzy nie odda, a demonstrantom groził użyciem broni.

Wybory na Białorusi już teraz uznane za niedemokratyczne

pj/belsat.eu

Wiadomości