Jak reżim Łukaszenki stara się zniszczyć niezależne media

Alaksandr
Kłaskouski

Sąd Gospodarczy w Mińsku odebrał wczoraj status środka masowego przekazu największemu białoruskiemu portalowi – TUT.by. Przychylono się w ten sposób do pozwu Ministerstwa Informacji, które wcześniej wydało portalowi kilka upomnień na podstawie błahych powodów.

„Sprzymierzeńcy agresorów”

Ustawa medialna na Białorusi jest surowa: po dwóch upomnieniach resort może zwrócić się do sądu z wnioskiem o wstrzymanie wydawania danego medium. A tutejsza Temida dokładnie ocenia polityczne potrzeby. Obecnie, kiedy kraj jest wstrząsany wystąpieniami obywateli przeciwko reżimowi, władze traktują niepaństwową prasę jako wroga.

Akurat wczoraj, podczas „okrągłego stołu” w Izbie Reprezentantów (wyższej izbie białoruskiego parlamentu – belsat.eu) minister informacji Ihar Łucki oznajmił:

– Ci, którzy z dumą bili się w pierś twierdząc, że uprawiają czyste, niezależne dziennikarstwo, dziś nagle przekształcili się we wzorcowo-propagandowe narzędzia do destrukcji państwa. Nazwijmy rzeczy po imieniu: stali się bezpośrednimi uczestnikami wojny informacyjnej, otwarcie występując po stronie agresorów.

No proszę: ni mniej ni więcej tylko sprzymierzeńcy agresorów. Jasne, że z takimi rozmowa jest krótka.

Najpopularniejszy portal na Białorusi pozbawiony statusu medium

W sumie władze mogłyby pójść jeszcze krótszą drogą – zablokować TUT.by, tak samo jak zrobiły to po wyborach 9 sierpnia z dziesiątkami internetowych wydań społeczno-politycznych, jak np. naviny.by, gazeta.by, svaboda.org. Ale TUT.BY to megawydanie, czytane i oglądane przez miliony Białorusinów. W tym apolitycznych, korzystających z poczty, interesujących się pogodą, modą itd. I państwowi bojownicy z nieprawomyślnością widocznie nie zdecydowali się denerwować tak radykalnym posunięciem, tak wielki krąg odbiorców. Takiego giganta trzeba dusić stopniowo – tak dusiciel owija się dookoła swojej ofiary.

Jeden z wypróbowanych środków reżimu to zastraszanie. Za kraty wtrącono korespondentkę tut.by Kaciarynę Barysewicz. Jej kłopoty są związane z historią, która poruszyła Białorusinów – śmiercią obrońcy symboli narodowych Ramana Bandarenki. Młody mężczyzna zmarł w szpitalu, przywieziony na reanimację z milicji.

Władze starają się przedstawiać go jako ofiarę pijackiej bójki. Barysewicz napisała materiał, w którym powołując się na lekarza (też trafił potem do aresztu) wskazano, że wbrew oficjalnej wersji, w krwi Bandarenki nie było alkoholu. Za to dziennikarkę i lekarza oskarżono o złamanie tajemnicy lekarskiej. Ale proszę zauważyć: z dochodzeniem, które wyjaśniłoby, kto zabił Bandarenkę, nikt się nie śpieszy.

Białoruscy obrońcy praw człowieka uznali dziennikarki Biełsatu i Tut.by za więźniów politycznych

Przy tym ważny przedstawiciel Prokuratury Generalnej wyjaśniający obywatelom, że nie ma co żałować Barysiewicz, bo „w chwili popełniania sprzecznych z prawem czynności nie posiadała statusu dziennikarza środka masowego przekazu”. Tak się wynajduje podstawy.

Urzędnicy zapominają jednak, że prawo do rozpowszechniania pełnych, wiarygodnych i aktualnych informacji o działalności organów państwowych, organizacji społecznych itd. jest zagwarantowane każdemu obywatelowi przez konstytucję.

Zemsta za streamy

Zresztą sam Alaksandr Łukaszenka występując przed wysokimi szarżami prokuratury rzucił kwestię, że w obecnej sytuacji, kiedy „odbywa się praktycznie bezczelna interwencja”, czasem nie ma co „oglądać się na prawo”. Tym samym będącego w stałej gotowości do represji aparatowi państwowemu dano „charte blanche”.

Białoruskie władze również wcześniej trzymały prasę krótko, ale jakieś tam formalności, zasady gry – nawet drakońskie – obowiązywały. Legitymacje, akredytacja… To zwykle działało, funkcjonariusze nawet jeśli łapali, to szybko wypuszczali.

Teraz wszystko jest inaczej. Reporterów, operatorów pracujących na ulicznych protestach zaczęto „zwijać” i wysyłać na odsiadkę do aresztów. Za to, że rzekomo uczestniczyli w masowych zgromadzeniach, a nawet je… koordynowali. A przeciwko korespondentkom Biełsatu Kaciarynie Andrejewej i Darii Czulcowej w ogóle zmontowano sprawę karną za „organizowanie działań, rażąco naruszających ład publiczny”. Grożą za to trzy lata pozbawienia wolności, a obie dziewczyny już aresztowano.

Pięciu z sześciu dziennikarzy oskarżonych o wszczynanie zamieszek, to współpracownicy Biełsatu

A przecież one tylko robiły stream, gdy funkcjonariusze rozpędzali demonstrantów w okolicy „Placu Zmian”, gdzie zginął Bandarenka. Dziennikarzy z obiektywami mundurowi i tajniacy nie lubią najbardziej – po co dodatkowo pokazywać twarz? Nawet jeśli jest w masce, bo podobno przy współczesnych metodach deanonimizacji i to podobno nie ratuje.

Interes rządzącej kliki jako interes narodowy

W ten właśnie sposób, przy rozmowach o mitycznej interwencji, białoruskie władze same rozpętały zakrojoną na szeroką skalę wojnę przeciwko niezależnej prasie. MSZ pod pretekstem wprowadzania nowych zasad masowo pozbawił akredytacji dziennikarzy zagranicznych mediów. Drukarnie i poczta odmówiły druku i kolportażu kilku wydań, które chyba uznano za „wywrotowe”.

Wśród nich jest legendarna gazeta Narodnaja Wola. Jakiś czas próbowano drukować ją w Rosji i rozpowszechniać nakład siłami wolontariuszy, ale w końcu także w sąsiednim kraju odcięto jej tlen. Dwa reżimy walczą z „kolorowymi rewolucjami” unisono.

Tajniacy w redakcji gazety Narodnaja Wola. Cały nakład skonfiskowany

Resorty siłowe zabrały się za administratorów kanałów w Telegramie i czatów społeczności lokalnych. Ci ludzie też trafiają za kraty, też prokuruje się przeciw nim sprawy karne.

A argumentacja Ministerstwa Informacji dotycząca przyczyn blokowania niewygodnych portali jest po prostu zdumiewająca. Na przykład Naviny.by znalazły się na czarnej liście za publikacje, które „w negatywny sposób charakteryzują sytuację na Białorusi po zakończeniu kampanii wyborczej i dyskredytują działalność organów władzy państwowej”.

Tak jakby istniała ustawa zobowiązująca prasę do pisania jedynie panegiryków. A już tym bardziej – jakie tu mogą być zachwyty, kiedy białoruska władza odjechała całkowicie, a ludzie mówią, że takich represji nie było od czasów niemieckiej okupacji.

Tym niemniej Naviny.by oskarża się o napisanie artykułów o tytułach w rodzaju „Ludzie żyją w strachu. Znane firmy IT zamknęły biura w Mińsku”. „Czuliśmy się jak Chatyniu – oddział karny zabarykadował drzwi. Jak OMON blokował Czerwony Kościół”.

Protest hierarchów po milicyjnej blokadzie kościoła: To niedopuszczalne i bezprawne!

Urzędnicy nie zaprzeczają nawet faktom, bo nie ma jak – dziennikarze podali wszystko jak było. Ale dochodzą do wniosku, że wymienione wyżej materiały „sprzyjają wyrządzeniu szkody interesom narodowym Republiki Białoruś”.

To znaczy, że interesy reżimu, rządzącej kliki ratującej swoje fotele utożsamia się z interesami narodowymi.

Państwowa propaganda i tak jest w odwrocie

Tak, białoruskim dziennikarzom i blogerom jest bardzo trudno, ale w ostatecznym rozrachunku walka władz z wolnością słowa, a zwłaszcza w Sieci, jest skazana na porażkę. Redakcje zablokowanych portali przechodzą na strony lustrzane, a poza tym „osiodłały” Telegram. Ten komunikator jest nieprawdopodobnie żywotny i staje się coraz popularniejszy wśród upolitycznionych Białorusinów.

Nieruchawa, anachroniczna machina propagandy państwowej nie jest w stanie konkurować z niezależnym dziennikarstwem na tych nowych platformach. Widać, że Łukaszenka na zasadzie inercji liczy na potęgę oficjalnych kanałów telewizyjnych, które w bezbożny sposób próbują rozprawiać się z przeciwnikami reżimu, przedstawiając ich jako wyrzutków społecznych, a jednocześnie demonizują.

Ale „ludzi telewizyjnych” na Białorusi jest coraz mniej. A w ogóle, według działającego w Warszawie niezależnego białoruskiego centrum analitycznego BAW, w czerwcu tego roku państwowym mediom wierzyło tylko 4 proc. respondentów.

24 godziny z białoruską propagandą

Zaś niezależne media, chociaż ponoszą straty, to się trzymają. Co więcej, liczba ich odbiorców – mimo represji i blokad – rośnie. To ludziom o koszarowych umysłach wydaje się, że bez dokumentu nie znaczy się nic i jeśli odbierze się dziennikarzom legitymacje prasowe, to przestaną oni wykonywać swoją pracę.

Niedoczekanie wasze.

Alaksandr Kłaskouski dla vot-tak.tv/belsat.eu

Inne teksty autora – w dziale Opinie

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów