Głód, żelazne prycze, karaluchy i ujadające psy. Dziennikarka Waleryja Ułasik wspomina 10 dni w areszcie

Białoruska niezależna dziennikarka relacjonowała na żywo powyborcze protesty, a następnie została oskarżona w sprawie karnej. Waleryja opowiedziała, co czuła przed zatrzymaniem oraz o koszmarze pobytu za kratami.

Tekst pochodzi z e-książki „Jestem dziennikarzem. Dlaczego mnie bijecie?” opublikowanej przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich przy wsparciu Białoruskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, Narodowego Związku Dziennikarzy Ukrainy i Europejskiej Federacji Dziennikarzy.

Podczas kampanii wyborczej na Białorusi współpracowała z portalem Nastojaszcze Wremia. Na początku nie planowano, by pojawiała się na antenie, miała pozostać za kulisami. Jednak ekipa filmowa, która przybyła z Pragi, została zatrzymana w hotelu Mińsk na dwa dni przed dniem wyborów.

Dziennikarzy deportowano z Białorusi. Dlatego w trakcie masowych protestów Waleryja Ułasik relacjonowała protesty na żywo. Waleryja była w samym centrum wydarzeń, kiedy to organy ścigania użyły przeciwko demonstrantom i dziennikarzom środków nadzwyczajnych: granatów hukowych, gazu pieprzowego i gumowych kul.

Waleryja Ułasik prowadzi relację pod jednym mińskich komisariatów, dokąd przywożono zatrzymanych Zdj. Iryna Arachouskaja/ Belsat.eu

– To było przerażające i zupełnie nie do pojęcia. Człowiek zaczyna się zastanawiać, co wydarzyło się w mieście, że słychać aż tyle wybuchów. Błyski, dym, gaz. Po prostu nie chce się wierzyć, że to się dzieje naprawdę.

Wtedy dziennikarka miała szczęście: nie została ranna i nie wpadła w ręce milicji. W następnym miesiącu zabrano ją prosto z jej domu…

– Mama i ja rozumiałyśmy bez słów: przyszli.

Waleryja została zatrzymana 8 września. Tego dnia, wczesnym rankiem, do mieszkania, w którym mieszka z matką, Haliną Ułasik, redaktorka TUT.by, jednego z najpopularniejszych portali informacyjnych na Białorusi, przyszli funkcjonariusze organów ścigania.

Milicja przeszukała mieszkanie redaktorki TUT.by. Jej córka jest zatrzymana

– Była siódma rano. Obudziłam się, bo ktoś bardzo uporczywie dzwonił do drzwi. Wiedziałam, że to nie sąsiad ani listonosz. Weszłam do pokoju mojej mamy, nie musiałam nic mówić, rozumiałyśmy, co się dzieje: przyszli. Siedziałyśmy w bezruchu przez jakieś trzydzieści minut, a oni wciąż dzwonili. Napisałam do moich przyjaciół, że najpewniej niedługo mnie zatrzymają. Zaczęłam czyścić swój telefon – nie mam nic do ukrycia, ale nie chciałam, żeby grzebali w moich wiadomościach, to nieprzyjemne. Nagle przestali dzwonić.

Koleżanka Haliny, która mieszka w sąsiednim budynku, zdołała przekazać kobietom, że z okna zobaczyła, jak trzy osoby w kominiarkach wyszły z budynku, wsiadły do samochodu i odjechały.

– Zaczęłam się zastanawiać, co robić. Może trzeba wyjechać albo chociaż wywieźć sprzęt? Nie zdążyłam. Znowu przyszli i tym razem zaczęli w drzwi walić.

Waleryja i Halina otworzyły. Mundurowi oznajmili, że mieszkanie ma zostać przeszukane, a Waleria jest oskarżona o naruszenie art. 23.34 kodeksu wykroczeń (udział w nielegalnym zgromadzeniu – przyp. Belsat.eu). Mama zapytała, dlaczego przeszukują mieszkanie, skoro to wykroczenie, a nie przestępstwo. Jak to możliwe? Odpowiedzieli, że jest też postępowanie karne.

Jeden z funkcjonariuszy pokazał dokument, w którym wymieniony był art. 23.34 kodeksu wykroczeń (udział w niedozwolonej imprezie masowej – przyp. red.), a poniżej art. 293 ust. 1 kodeksu karnego (organizacja masowych zamieszek – Belsat.eu.).

Wspomina, że gdy czytała ten dokument na głos, jej mama z każdą sekundą robiła się coraz bardziej blada. Organy ścigania poinformowały Waleryję, że zostaje zatrzymana.

– Mam mokre włosy. Poczekajcie, muszę je wysuszyć, inaczej się rozchoruję. I pozwólcie mi przynajmniej umyć zęby. Jest mało prawdopodobne, że dzisiaj wrócę do domu. Nie macie nic przeciwko, prawda? – powiedziałam. Napisałam do szefa, że dziś nie przyjdę do pracy i najpewniej jutro też. Dałam znać, komu tylko mogłam. Wyłączyłam telefony. Ukryłam laptopa, choć i tak go znaleźli. Specjalnie suszyłam włosy i ubierałam bardzo długo.

Nie mogła być w mieszkaniu podczas rewizji. Wyprowadzono ją na zewnątrz. Zabrano na komisariat milicji dzielnicy Maskouski Rajon, gdzie dostała do podpisania akt oskarżenia. Zabrano jej sznurowadła, zrobiono zdjęcia i pobrano odciski palców. Podczas jazdy na komisariat ciągle dogadywali:

– „No, gdzie są ci twoi koledzy dziennikarze? Gdzie są twoi przyjaciele? Nie ma tu nikogo, chyba nie jesteś potrzebna nikomu”. Oczywiście puszczałam to wszystko mimo uszu. Wiedziałam, że tak działają, że próbują wyprowadzić mnie z równowagi. Potem trzymali mnie w celi szerokiej na dwa kroki, długiej na dziesięć. Wąski betonowy boks z ławką przy ścianie. A ja miałam na sobie tylko podkoszulek, było mi zimno…

Tego samego dnia rozpoczął się proces, odbywał się zdalnie. Waleryja wciąż była na posterunku milicji, w rozprawie wzięła udział przez Skype’a. Powodem oskarżenia były dwa zdjęcia dziennikarki, które zamieściła na swoich profilach na portalach społecznościowych. Na pierwszej fotografii stoi w pobliżu Uniwersytetu Medycznego, gdzie odbyła się akcja solidarności z lekarzami, na drugim trzyma w rękach kwiaty, jest w okolicy metra Puszkińska, w miejscu zamordowania demonstranta Alaksandra Tarajkouskiego. Okazało się, że to wystarczy, by pociągnąć ją do odpowiedzialności za naruszenie prawa dotyczącego zgromadzeń. W końcu jednak sędzia ogłosiła przerwę. Nie zdążyli rozpatrzyć sprawy Waleryi przed końcem dnia roboczego.

Czy my jesteśmy w obozie koncentracyjnym?

Jeszcze w obecności sądu po Waleryję przyszło dwóch milicjantów w cywilnych strojach. Powiedzieli, że zabierają ją na przesłuchanie do Komitetu Śledczego. Wyprowadzili dziewczynę na dziedziniec posterunku i zamknęli w samochodzie. Siedziała tam już mniej więcej pół godziny, ale wciąż nigdzie jej nie zabierano. Najwyraźniej nie dostali sygnału z góry – twierdzi Waleryja. W końcu przyszło dwóch zamaskowanych mężczyzn i powiedzieli:

– Wypuszczamy panią do czasu procesu. Tylko proszę pójść do budynku i zabrać swoje rzeczy. I ubrać bluzę, bo się pani przeziębi i nie stawi się pani przed sądem. Przekazano mnie strażnikowi, który zabrał mnie z powrotem do środka.

Jak się jednak okazało milicjanci oszukali dziennikarkę – zamiast wyjść na wolność, została ponownie zamknięta w betonowym boksie.

– Zaczęłam pukać w stalowe drzwi, żądałam adwokata. Dlaczego nie wolno mi wyjść? Zimno mi, źle się czuję, nie jadłam i nie piłam cały dzień, nie byłam w łazience, chcę spać. Cały czas krzyczałam. W końcu oficer dyżurny otworzył drzwi i zapytał: „Czego chcesz?”. Powiedziałam, że chcę się widzieć z prawnikiem. „Słuchaj, próbuję dodzwonić się do człowieka, który tutaj podejmuje decyzje – odpowiedział. Twój prawnik nie decyduje o niczym. Może nie będziesz mi przeszkadzać? Sam bym chciał, żeby cię tu już nie było”.

Około północy Waleryję zaprowadzono do milicyjnego łazika i zabrano do aresztu przy ul. Akreścina. Razem z nią przewieziono też dziewczynę, która została aresztowana za kradzież butelki wódki.

– W tym momencie udało im się mnie zdenerwować. Najpierw mówią, że zaraz wypuszczą, a potem trzymają w zimnej celi przez cztery godziny i zabierają na Akreścina. Byłam zła i zszokowana.

Wypuszczeni z aresztu pokazywali ślady pobicia. Zdj. Vot-tak.tv / Belsat.eu

Gdy młody milicjant, który towarzyszył Waleryi w drodze do aresztu, dowiedział się, że aresztowano ją „za politykę”, starał się okazać współczucie. Jednak, jak mówi dziennikarka, ten gest nie zrobił na niej najmniejszego wrażenia: on i tak jest częścią tego systemu.

– Za kierownicą siedziało dwóch niezrównoważonych mężczyzn. Krzyczeli na siebie, używając wulgaryzmów, opowiadali obrzydliwe żarty i tak samo obrzydliwie się śmiali. Na moje oko skończyli najwyżej pięć klas. Mój konwojent co jakiś czas przewracał oczami, mówiąc, że pozatrudniali debili – wspomina Waleryja.

Dziennikarz Biełsatu: „W areszcie było bicie i bochenek chleba na 13 osób”

– Na Akreścina odebrał nas jakiś mężczyzna. Krzyczał do mnie i tamtej dziewczyny, że mamy oddać kolczyki. Ani ja, ani ona nie byłyśmy w stanie tego zrobić. Nie mogłam zdjąć kolczyka, bo niedawno przebiłam uszy. Powiedziałam, że nie mogę tego zrobić. A on na to, że mam dwie opcje: albo przyniesie kombinerki i wyrwiemy go z ucha, albo wychodzę na zewnątrz, siadam w kałuży i będę tam siedzieć bez obiadu i kolacji, dopóki nie wyciągnę moich pieprzonych kolczyków. Powiedział, że nie wpuści mnie do celi. Zapytałam: czy pan postradał zmysły? Grozi pan ludziom, którzy po prostu nie mogą zdjąć kolczyków? Czy my jesteśmy w obozie koncentracyjnym? Zaczął krzyczeć, że nie będzie się ze mną sprzeczał: „albo pomóż sobie i swojej koleżance, albo będzie tak, jak powiedziałem!”. Myślałam, że szlag mnie trafi, ale w końcu rozpięłam kolczyk. Tamtej dziewczynie się nie udało. Ręce jej drżały, bała się. W końcu odpięła kolczyk, ale rozcięła ucho i zaczęła krwawić.

Obie trafiły do jednej celi. Nieco później przyprowadzono do nich 63-letnią kobietę, która została zatrzymana tego wieczora podczas protestu. Kobiety zebrały się pod halą targową na Rynku Kamarouskim, by wyrazić solidarność z zatrzymaną Maryją Kalesnikawą. To właśnie tego dnia, 8 września, milicja raz pierwszy postanowiła rozpędzić protest kobiet, wiele z nich zatrzymano. Przywozili je całą noc. Niektóre miały na sobie sukienki i buty na obcasach, inne jeszcze coś ładnego. Same piękne dziewczyny.

Uczestniczki pokojowego Marszu Kobiet w Mińsku rozmawiają z milicjantami na Placu Niepodległości. Zdj. IO / Biełsat

Następnego dnia wznowiono proces, rozprawa ponownie odbyła się zdalnie. Waleryję zabrano do osobnego pomieszczenia, umieszczono w klatce, przed nią na stole stał laptop. Sąd w końcu wydał wyrok: 10 dni pozbawienia wolności. Pracownik aresztu, który pilnował Waleryi podczas procesu przez Skype’a, próbował okazać współczucie. Chłopak cały czas jęczał: „Jaki koszmar, 10 dni, jaki koszmar!”.

– Tylko mnie to wkurzyło. Co mi z jego lamentu? Jak płaczący na pogrzebie, na Boga… Chciałam, żeby jak najszybciej zabrali mnie z powrotem do celi. A on na pożegnanie powiedział jeszcze: do zobaczenia!

Sąsiadki z celi sąd potraktował mniej surowo. 63-letnia kobieta została ukarana grzywną, a dziewczyna, która ukradła butelkę wódki, otrzymała 5 dni aresztu. Dziewczyna była zaskoczona:

– Ukradłam i dostałam pięć, a ty nic nie zrobiłaś i dostałaś dziesięć?! – Nie zdawała sobie sprawy, że jest aż tak źle.

Jak w Żodzinie wita się „politycznych”

W areszcie przy ul. Akreścina dziennikarka nic nie zjadła.

– Tego, co tam dawali, po prostu nie mogłam przełknąć. Nie dało się zjeść więcej niż jednej łyżki rosołu, bo chciało się wymiotować. Kotletów rybnych zrobionych z chleba i ości też nie dało się zjeść. Najwyraźniej mają nową metodę – tortury rybą – wspomina Waleryja.

Przez głód i odwodnienie spadło jej ciśnienie krwi, zaczęła się „trząść”. Rano w dniu procesu koleżanki z celi dzieliły się z dziennikarką herbatą z cukrem. Nic więcej nie piła przez dwa dni. Woda w kranie była brudna, kisielu, który był podawany do obiadu, nie dało się pić, a do kolacji nie podawano nic do picia. Szczególną udręką były żelazne prycze, które wbijały się w ciało przez cienkie materace, pozostawiając siniaki. Warunki sanitarne były bardzo złe, po celi biegały karaluchy.

Trzeciego dnia Waleryja i niektórzy z więźniów zostali przeniesieni do więzienia w Żodzinie. W ostatnich miesiącach stało się to powszechną praktyką na Białorusi: więźniowie z Akreścina są wysyłani do ośrodków zatrzymań poza stolicą przed weekendem, aby zrobić miejsce dla zatrzymanych podczas niedzielnych marszy.

Ludzie przed aresztem w Żodzinie, w oczekiwaniu na informację o swoich bliskich. Zdj. vot-tak.tv/belsat.eu

Do Żodzina dziennikarkę przewieziono w milicyjnej więźniarce. Wepchnięto ją z drugą dziewczyną do kabiny przeznaczonej dla jednej osoby. Powiedziano nam, że jeśli będziemy rozmawiać, to wyłączą wentylację i światło, będziemy jechać i się dusić. Waleryja słyszała, że warunki w Żodzinie są lepsze niż w areszcie na Akreścina, więc do przeniesienia była nastawiona raczej optymistycznie. Jednak po przyjeździe na miejsce była w szoku.

– „Przywitanie” w Żodzinie jest przerażające – najwyraźniej chcą od razu wystraszyć ludzi. Wyszli po nas z psami, wszystkie szczekały. Konwojenci wciąż przeklinali, stukali pałkami w ściany, krzyczeli: „Szybciej, jeszcze szybciej! Wstawaj! Co stoisz, debilu?!”. Idzie się po jakimś podziemiu, psy szczekają, stukają pałkami, wrzeszczą na ciebie. Było tak źle, że niemal zatęskniłam za aresztem na Akreścina – wspomina Waleryja, smutno się uśmiechając.

Jednak cela była czystsza i cieplejsza niż w areszcie na Akreścina, jedzenie smakowało o wiele lepiej, w kranie była nawet gorąca woda, a na ścianie wisiało lustro.

Jak mówi dziennikarka, pracownicy więzienia byli różni – niektórzy zachowywali się nawet po ludzku. Jednak, jej zdaniem, całe dowództwo miało chyba rozdwojenie jaźni:

– Pięć minut ciszy, pięć minut wrzasku z wulgaryzmami w roli głównej. Nikt nie wiedział z jakiego powodu. To bardzo dziwni ludzie, z zachwianą psychiką. Ciągle chcą się dowartościować kosztem innych. Obrażają i okropnie się wyrażają.

Waleryja opowiada, że w ciągu całego pobytu w areszcie spacer odbył tylko dwa razy, po 15 minut. Okno w celi było całkowicie zaciemnione, nic nie było przez nie nic widać i dało się tylko stwierdzić, czy jest noc, czy dzień.

– Podchodziłyśmy do tej kraty, było czuć lekki powiew i po prostu oddychałyśmy świeżym powietrzem. 10 dni w zamknięciu bez światła dziennego i świeżego powietrza…

„Wiedziałam, że bez problemu znajdą sposób, by mnie usunąć”

Oskarżenie w sprawie karnej, na podstawie którego 8 września przeszukano mieszkanie Waleryi, rozpłynęło się w powietrzu. Przeciwko dziennikarce nie podejmowano już żadnych działań dochodzeniowych, nie została wezwana na przesłuchanie.

Waleryja wyszła z aresztu po 10 dniach odsiadki. Przed więzienną bramą czekali na nią przyjaciele i koledzy z pracy. Zdj. Alisa Hanczar/ belsat.eu

Za to portal TUT.by dostał od Ministerstwa Informacji ostrzeżenie w związku z „publikowaniem fałszywych informacji dotyczących sprawy karnej przeciwko Waleryi Ułasik”. Między innymi to ostrzeżenie posłużyło jako formalny powód, dla którego władze pozbawiły TUT.by statusu środka masowego przekazu.

Wkrótce po wyjściu na wolność Waleryja wyjechała za granicę: postanowiła zrobić sobie krótką przerwę, ale podkreśla, że nie na długo i ma zamiar wkrótce wrócić.

Mówiąc o swoim aresztowaniu, Waleryja przyznaje, że wszystko, co się stało, nie było dla niej dużym zaskoczeniem.

– Kiedy zaczynałam prowadzić relacje na żywo, zdawałam sobie sprawę, że jeśli znajdę się na ich celowniku, to bez problemu znajdą sposób, by mnie usunąć. Będzie kilka etapów: najpierw przypomną mi, że pracowałam w Biełsacie, że brałam udział w programie Kalinowskiego (Program im. Konstantego Kalinowskiego pomaga młodym Białorusinom niemogącym studiować na Białorusi ze względu na swoje poglądy polityczne – przyp. red.), wytkną, że moja mama jest redaktorką portalu TUT.by. Spodziewałam się tego i tak właśnie się stało. Nie mogę powiedzieć, że byłam zaskoczona, kiedy zadzwonili do moich drzwi.

Kaciaryna Andrejewa/ Belsat.eu dla SDP

 

Wiadomości