Gleboki Smak z Warszawy. Pierwszy białoruskojęzyczny album rapowy od lat

Wywiad

Mieszkający w Warszawie białoruski raper Gleboki Smak wypuścił swoją debiutancką płytę “Drenny ton”. Jest to pierwszy od lat białoruskojęzyczny album rapowy. Teledysk powstał w stolicy Polski.

Gleb Chamutou, tworzący pod pseudonimem Gleboki Smak, opowiedział Biełsatowi o swojej muzyce.

– Wcześniej wychodziły już moje single, kilka fitów. Chociaż było ich niewiele, jestem szczęśliwy, że je mam – mówi Gleb.

Od ostatniej publikacji rapera minęło ponad pięć lat. W tym czasie powstał kompletny album.

– Stworzenie albumu to wielki wysiłek. To i praca nad sobą, i pieniądze, i organizacja procesu. Znalezienie autora muzyki, napisanie tekstów, znalezienie dobrego reżysera dźwięku i studia. A bitmaker miał jeszcze asystenta. Dodatkowo, przeszedłem operację, wrócił mi głos, który wcześniej był zniekształcony, zająłem się swoim wokalem – opowiada muzyk.

– Czy łatwo jest stworzyć album?

– Nie wybrałem najprostszej drogi, bo pracowałem dość długo. Taki problem dotyka wielu artystów, którzy zaczęli pracować nad albumem i już podczas procesu zmieniają aranżacje, teksty, zaczynają wszystko przerabiać. Wielu muzyków ma już prawie gotowy album, ale nie mogą go wydać i praca przez lata czeka na podsumowanie. To skomplikowane. Ja robiłem tą płytę przez dwa lata. Ale można było szybciej. Następna pojawi się szybciej.

– Skąd nazwa, jak powstał Gleboki Smak?

– Kiedyś w Polsce popijaliśmy piwko z Wożykiem, Alehiem LSP i grupą breakdance Hunters Crew (współtworzyli jeden projekt hip-hopowy). W pewnym momencie Wożyk zwrócił uwagę na napis na butelce “Głęboki smak” i powiedział: “O, zarąbiste, Gleb-oki smak”. Przeczytać dokładnie nie mogliśmy, bo nie znaliśmy języka.

Stwierdziłem, że pseudonim jest dobry – jest w nim moje imię i odwołanie głębi naszej kultury, do języka białoruskiego. No i rap musi być smaczny: smaczne bity, smaczne rymy. I tak zostałem Glebokim Smakiem.

– Czym jest dla ciebie rap, hip-hop? Dlaczego wybrałeś właśnie ten styl?

– Hip-hop jest muzyką ulicy. Jeśli nie żyjesz na ulicy, to trudno ci napisać dobry rap. Dla mnie hip-hop jest religią. To przede wszystkim kultura ubogich. Hip-hop jest tam, gdzie niesprawiedliwość, agresja, złość i to wszystko.

Teraz sytuacja się zmieniła, bo rap ogarnął wszystko. Ale prawdziwy rap rodzi się tam, gdzie trwa konflikt społeczny.

– Ale w swoim debiutanckim albumie nie mówisz o ulicy. Twoje utwory mają zupełnie inne tematy, są przesiąknięte poszukiwaniem sensu.

– Dlaczego nie? Piszę dużo. Zrobiłem różne tematycznie tracki. Ale to wszystko jest uliczne, bro. Posłuchaj przynajmniej pierwszego kawałka, “Drennego tonu”.

Album jest przesiąknięty ulicą. Ale ulica to więcej, niż bloki. To też konflikty, problemy, które się na tą ulicę wylewają. W albumie pokazałem ich specyfikę: motywacje graficiarzy, freestylowców i skejtów, raperów.

Uważam, że trzeba eksperymentować, szukać. To przecież muzyka. Ona nie ma granic.

Teraz wyszło mi tak. W albumie jest i o mojej córeczce, i o emigracji, jest coś osobistego. Ta płyta jest o wielu rzeczach. Ale to tematy, formaty tracków absolutnie powszechne w rapie. Nie wymyśliłem tu niczego nowego.

– Na Białorusi nie ma teraz wielu białoruskojęzycznych raperów. Co wpłynęło na wybór języka?

– To było proste. Ja mówię po białorusku. Byłoby to dziwne, gdyby było inaczej. Oczywiście mogę nagrać tracki po rosyjsku, polsku czy angielsku. Kiedyś na pewno nagram coś w tych językach. To będzie ciekawe wyzwanie. Ale białoruski jest moim językiem ojczystym i używam go na co dzień.

– Teraz, jak rozumiem, trwa praca nad nowym albumem?

– Raczej owocna praca nad kilkoma singlami i materiałami wideo. Chcę docierać do swoich słuchaczy częściej. Ale nowego albumu w najbliższej przyszłości nie warto wyglądać.

Gwiazdy rocka i opozycja w aresztach. Dzień Wolności Białorusi

sk,pj/belsat.eu

Zobacz też
Komentarze