Aleś Poniatowskij Filmowi idole Putina. Kogo naśladuje rosyjski prezydent?


Rosyjski premier Dmitrij Miedwiediew długo nie mógł pozbyć się nawyku publicznego naśladowania Władimira Putina. Mimika, gesty, intonacja. To wszystko przywodziło na myśl coś znajomego, rozpoznawalnego, putinowskiego.

Człowiek z pewnością pracował nad sobą, starał się pozbyć mimowolnego przyzwyczajenia, ale długo mu to nie wychodziło. A wreszcie pojawiły się kreskówki o Miedwiepucie, hybrydzie dwóch niewysokich kremlowskich gospodarzy.

Nie wiem jak teraz, ale Miedwiediew całą polityczną karierę naśladował Putina. Oczywiście nieświadomie, bezwiednie. No a sam Putin? Czy jest samorodkiem, który sam siebie ukształtował, czy też nie? Czy jest do kogoś podobny? Pytanie nie jest proste. Nad rozpracowaniem tożsamości wieloletniego gospodarza Kremla łamią sobie głowy zachodni naukowcy. Badają mimikę, gestykulację. Ale pojąć co skąd i gdzie jest źródło, nie mogą.

Nawet jeśli wpadną na pomysł szukania wśród filmowych bohaterów, nic im z tego nie wyjdzie. Najprawdopodobniej. Pomysł oczywiście dobry, nie zaprzeczę. Tylko co oni mogą wymyśleć tam u siebie w Teksasie czy Iowa? Pomyślą o Agencie 007, w najlepszym przypadku o Stirlitzu? No i od Stirlitza jest już całkiem blisko! To zablokowanie i niewyraźność jeśli chodzi o emocje. Chociaż co się tyczy brytyjskiego aktora Daniela Craiga, Władimir Putin w czymś go przypomina. Goły tors, muskulatura. Ciemne oczy. Lubi, by go w taki sposób dziennikarze fotografowali.

Ale jednak Craig wcielił się w tą rolę stosunkowo niedawno, a Miedwiediem zachowanie Putina kopiuje od wielu lat.

Nie, to niestety nie na zęby zachodnich analityków. Rozgryźć: jak, pod czyim wpływem rozwinęły się zachowania rosyjskiego prezydenta. Co więcej, obraz stał się wielowarstwowy. Putin to teraz, jeśli można tak powiedzieć, wiele postaci w jednej. To jednocześnie Feliks Dzierżyński i car Piotr I, który „wyrąbał okno na Europę”. Ostatnimi czasy dołączył do nich jeszcze chrzciciel Rusi Włodzimierz. Prawda, sam rosyjski prezydent żałował kiedyś, że nie ma już Mahatmy Ghandiego, więc nie ma z kim otwarcie pogadać. Ale chyba wątpliwe, by w jakikolwiek sposób się na nim wzorował.

Dlaczego zachodni eksperci nie mogą pojąć źródeł zewnętrznego zachowania władcy Kremla? Dlatego, że nikt z nich nie wychowywał się na sowieckim kinie. A Władimir Putin nie ukrywa też, że prosić o pracę w KGB poszedł po zobaczeniu filmu „Tarcza i miecz” o radzieckim zwiadowcy za liniami wroga. Wywołał on na niego ogromy wpływ. I filmowa piosenka chwytała za serce – „Gdzie zaczyna się ojczyzna”. Wołodia był wtedy uczniem IX klasy. Przyszedł do KGB z pytaniem – jak dostać tu pracę? Poradzili mu najpierw skończyć studia prawnicze, co też zrobił.

Ale to jeszcze nie wszystko. Równolegle z sowieckim agentem, w filmie przyciągał uwagę Oleg Jankowski w roli hauptsturmfuhrera SS Heinricha Schwarzkopfa. Młodziutki Jankowski, sympatyczny blondyn, robił wtedy wrażenie na wielu. Nie mówiąc już o kobietach. Z miejsca stał się popularny i uwielbiany. Na zdjęciach z tych czasów Wołodia Putin w czymś go przypomina: jasnowłosy młodzieniec, dość pociągający. (Swoją drogą, zapewne wiedząc o filmowych fascynacjach prezydenta, grupa zdjęciowa filmu „Wiking” podarowała mu tarczę i miecz kniazia Włodziemierza wykorzystywany na planie. To było niedawno, półtora roku temu. Rozumiecie: tarcza i miecz! Jak dobrze wiadomo, to główne atrybuty emblematu bezpieki.)

Dodajmy jeszcze, że zarówno w życiu aktora, jak i rosyjskiego prezydenta, główną rolę odegrał przypadek. Z Putinem – wiadomo. A co się tyczy Olega Jankowskiego, niesamowitym fartem trafił do blockbustera i jeszcze zagrał w nim jedną z głównych ról. A było to tak. Reżyser filmu Władimir Basow zwrócił w kawiarni uwagę na nieznajomego. To było we Lwowie. Świetnie by się nadał do roli Heinricha, pomyślał Basow. Wyglądem. Ale przecież potrzeba aktora, a nie gościa z kawiarni. I wtedy okazało się, że kawę pije Oleg Jankowski, który wraz ze swoim prowincjonalnym saratowskim teatrem przyjechał do Lwowa w ramach tourne. Nigdy wcześniej nie występował w filmie.

Aktor Wiktor Suchorukow wspomina, że Jankowski miał wrodzony pobłażliwy stosunek do świata i ludzi. „Cały czas trochę uśmiechu, odrobinkę smutku”. Czy to nie jest putinowski wizerunek, co? (Chociaż u prezydenta pobłażliwość jest tylko cechą zewnętrzną).

Gdy Oleg Jankowski zmarł, Władimir Putin, który był wtedy premierem, nazwał go „prawdziwym mistrzem, niezwyczajnym, szczodrze obdarzonym człowiekiem, aktorem z woli Boga”.

Pewnie dla niektórych nie zabrzmiało to bardzo przekonująco, a i samemu Putinowi mogłoby się to wydać pompatycznym, ale przypadkiem włączyłem na YouTubie nagranie z wieczoru autorskiego aktora (z filmu telewizyjnego). Jankowski siedzi za stołem, podnosi notatki, odpowiada na pytania i wsuwa rękę w kieszeni, niczym rosyjski prezydent. Rusza się energicznie. A oczy co jakiś czas biegają na boki. Opuszcza je, szybko podnosi, jednocześnie mówiąc. Otwiera je szeroko unosząc brwi. Chociaż to może być niecelowa zbieżność, tak bywa, nie będę się kłócić.

Przy tym Oleg Jankowski mówi słynne: „Powodzenie jest jak koń, który da ci się osiodłać, ale utrzymanie się na nim jest już twoim zadaniem”. Kończąc swoje słowa, jakby smakuje niegdysiejszego sukcesu: „Koń się wdarł, wskoczyłem na niego i pomknąłem do Moskwy. Nie wiedząc co będzie, jak będzie, po co…”.

W swoich zwierzeniach aktor przyznał się, że „w filmie może wystąpić każdy. Jeden raz. A ja przyszedłem z Saratowa, chce pozostać na zawsze, na długo”.

Co byście nie mówili, to wszystko przypomina los Władimira Putina. Który wskoczył na swojego konia, doleciał do Moskwy i umiał utrzymać się w siodle. „Na zawsze” lub „na długo”. Jak powiedział niegdyś znany, kochany przez widzów Jankowski. Ten melancholijny romantyk umiał też być figlarzem, jak w jednej z niezapomnianych ról – Münchhausena. Film kręcono, jak wiadomo, w NRD. Tam, gdzie kilka lat później swoje czekistowskie rzemiosło szlifował przyszły prezydent.

Pewien znany reżyser powiedział kiedyś dosłownie tak: „Jankowski ma niezwykłą cechę – w jego oczach jest coś boskiego, i coś diabelskiego…”.

Imitowanie to jednak z tych rzeczy, które robimy nieświadomie. Nigdy tego u siebie nie zauważyliście? Ja czasem to u siebie widziałem, co nie jest częste. Staje się tak, gdy człowiek, którego słowa i gesty stają się naszymi, jest dla nas autorytetem.

Aleś Poniatowskij, pj/belsat.eu

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Zobacz też
Komentarze