Jerzy Ernst: reporter wojenny opowiada o szkoleniach pierwszych dziennikarzy Biełsatu + DOKUMENT


Film „Desant” o szkoleniach współpracowników Biełsatu w 2008 r.

W 2008 r. na Białoruś pojechali polscy reporterzy, by nauczyć początkujących dziennikarzy Biełsatu jak tworzyć materiały telewizyjne. O swojej podróży po Białorusi i przygodach opowiedzieli Jerzy Ernst i Janusz Gawryluk.

To było 11 lat temu. Jerzy Ernst był doświadczonym operatorem TVP „po przejściach”. W 2004 r.w Iraku samochód, którym jechała jego reporterska ekipa, został ostrzelany. Towarzyszący mu reporter wojenny Waldemar Milewicz i tłumacz Mundi Bouamrane zginęli od kul. Ernstowi kula roztrzaskała rękę. Po długotrwałej rehabilitacji, gdy wrócił do pracy, zaangażował się w szkolenie dziennikarzy Biełsatu – na samym początku istnienia stacji.

Był rok 2008 r., Białoruś jeszcze nie otrząsnęła się z fali represji opozycji, które ogarnęły kraj po brutalnym rozbiciu powyborczej demonstracji w grudniu 2006 r. Jerzy Ernst razem z Januszem Gawrylukiem – organizatorem szkoleń z ramienia Biełsatu ruszyli na Białoruś, by spotkać się z początkującymi dziennikarzami i operatorami i pomóc im w nauce swojego rzemiosła. Nakręcony przy okazji kursów dziennikarskich dokument „Desant” pokazuje właśnie tę Białoruś sprzed ponad 10 lat.

– By szkolić dziennikarzy na Białorusi, najpierw trzeba było się tam dostać – nie mieliście problemów?

[Jerzy Ernst] – Nie, bo robiliśmy sobie wizy indywidualne. Sam chodziłem wielokrotnie do ambasady na Wilanowie. Najpierw mówiłem, że kolega się żeni i jadę na ślub, potem, że dziecko się rodzi, więc jadę na chrzest. Potem pojechałem, bo koledze ktoś umarł. I pochowaliśmy wszystkich wszystkim, aż wreszcie za 10. razem powiedzieli – „wszystkich żeście pochowali i wiz nie będzie”. Doszli do tego, że pracuję w telewizji. I tak wyjazdy się skończyły.

[Janusz Gawryluk] – Mi po tych wyjazdach na koniec w ogóle zabronili przyjeżdżać i na granicy wbili stempel z zakazem na 5 lat.

Jerzy Ernst, fotografia z czasów szkoleń na Białorusi , fot. J. Gawryluk

– A na miejscu nie mieliście obaw, że was zatrzymają?

[JE] – Oczywiście baliśmy się. Co więcej, za nami chodzili i nadstawiali uszu. Pamiętam, że jak w jakiejś rozmowie rzuciłem uwagę, że „100 dolarów za coś to jest za mało”. A śledzący nas mężczyzna, nadstawił wyraźnie ucha, żeby podsłuchać, o jakich dolarach rozmawiamy. A panowie „gumowe ucho” jednak nie wiedzieli skąd i dokąd jedziemy, bo często zmienialiśmy miejsce zamieszkania. Pamiętam, jak poszliśmy robić zdjęcia na bazarze w Mińsku. Byliśmy w jednym miejscu przez dłuższy czas, rozmawialiśmy ze sprzedawcami, szukaliśmy dobrych ujęć. I nagle ktoś, nie wiem, czy to była znajoma dziennikarki, czy nie, powiedziała nam „uważajcie, bo oni was obserwują i już zadzwonili, żeby po nas przyjechali”. Jak się okazało, za nami cały czas chodziło dwóch facetów. I my się od razu rozeszliśmy – każdy w swoją stronę. Dzięki temu ostrzeżeniu dało nam się uniknąć zatrzymania.

– Czy wasi rozmówcy chętnie mówili o polityce?

Nie były to rozmowy na tematy stricte polityczne dotyczące konkretnych polityków. Mówili, że ciężko się żyje, że mają mało pieniędzy, że emerytury wypłacane są nieregularnie.

– Łukaszenka się przewijał?

[JG] – To było 2008 r., 10 lat temu – dwa lata po represjach (brutalnym rozbiciu powyborczej demonstracji w Mińsku) i pamiętam, że jak filmowaliśmy obwoźny sklep, kierowca powiedział, że on nie umie się wypowiadać, ale „nasz prezydent Aleksander Ryhorowicz pięknie przemawia”. „Powiem coś wam, a jutro będę w kajdankach” – dodał.

[JE] – Pamiętam taką sytuację z Grodna. Nad rzeką organizowano pokaz tańca z ogniem i zeszła się wtedy tam grupa niezależnych ludzi, którzy chcieli ze sobą porozmawiać i pobyć ze sobą. I otwierali się na tematy dotyczące swojego kraju. Generalnie ludzie na Białorusi są szczerzy i otwarci, ale najpierw oglądają się za siebie, by zobaczyć, czy ktoś nie podsłuchuje. Pamiętam, jak na Polesiu poszliśmy na porozmawiać z rybakami o polityce. Na początku nie chcieli, żeby ich filmowano, a potem rozkręcili się i powiedzieli nam wszystko. Ale spotkałem dużo młodych ludzi, którzy nie bali się mówić.

Janusz Gawryluk

– Działanie Biełsatu w tym czasie to była zupełna partyzantka?

[JG] – Byliśmy prekursorami nagrywania rozmów na dwie kamery bez studia. Dwie kamery, dwa krzesła, jakieś tło.

[JE] – Nie było oświetlenia, tylko małe lampki, a że nie zawsze można je przyczepić do kamery – braliśmy kij od szczotki przyczepialiśmy je i świeciliśmy.

[JG] – Jerzy nawet mówił do dziennikarki, żeby zawsze na zdjęcia brała ze sobą szczotkę. W Brześciu jeden kolega poszedł robić „setki” (krótkie wypowiedzi) i okazało się, że zamiast dźwięku słychać było wiatr. Jurek pokazał mu, jak w partyzanckich warunkach można poprawić dźwięk. Wziął reklamówkę, założył na mikrofon, potem na to gąbkę. Jurek przystosował się do tego, co mieliśmy.

– Warto było prowadzić te szkolenia na Białorusi?

[JE] – Bardzo, jakby powiedzieli: ” jedziemy raz jeszcze”, nie wahałbym się ani chwili. Spotkałem na Białorusi naprawdę fajnych, bardzo serdecznych i szczerych ludzi.

[JG] – Na Białorusi wolniej płynie czas. My pracowaliśmy w systemie warszawskim, gdzie wszędzie trzeba pędzić, by zdążyć na czas. Ale ci ludzie narzucali nam swój rytm, żeby się nie spinać. My się nie bardzo opieraliśmy. Ten wolniej płynący czas nam się udzielał.

[JE] – Na Białoruś pojechałem świeżo po Iraku, gdzie zostaliśmy ostrzelani i zabito mojego kolegę Waldemara Milewicza, sam dostałem kulą z kałasznikowa. Wyjazd na Białoruś to były wakacje. Jeździłem po świecie w różne miejsca: od USA po Japonię. Byłem w Iranie, w Bamie, gdzie w czasie trzęsienia ziemi 35 tys. ludzi zginęło w jednej chwili. Byłem w Afryce – np. w Gambii, gdzie było bardzo biednie i bardzo bogato. Obok bogaczy mieszkali ludzie w chatach ze skręconych drutem z blach. To też kraj autorytarny, ale ludzie są tam weselsi. Może mają więcej słońca. Białorusini na pierwszy rzut oka wydają się być smutni. Ale potem jak się zbieraliśmy w parę osób, pojawiała się jakaś butelka, to też zaczynali się uśmiechać i byli zupełnie innymi ludźmi.

Z Jerzym Ernstem i Januszem Gawrylukiem rozmawiał Jakub Biernat

jb/belsat.eu

Zobacz też
Komentarze