Erdogan gra Polską w negocjacjach z Zachodem. Przy aplauzie Moskwy


Prezydenci Turcji i Rosji na spotkaniu w Soczi 14.02.2019 r. Zdj. kremlin.ru

Turcja blokuje plany wzmocnienia wschodniej flanki NATO i osłabia bezpieczeństwo Polski. To efekt postępującego bardzo szybko uzależnienia się Ankary od Rosji.

Ankara stawia swoje warunki przed przyszłotygodniowym, jubileuszowym szczytem NATO, zwołanym w 70. rocznicę powstania Sojuszu. Miała tam zapaść ważna decyzja o wzmocnieniu obrony Polski, a także Estonii, Łotwy i Litwy przed rosyjską agresją. Czyli wzmocnieniu wschodniej flanki NATO. Tymczasem wysłannik Turcji na szczyt otrzymał wytyczne, by nie podpisywać dokumentu końcowego.

Ankara blokuje ten kluczowy dla naszego regionu proces, bo targuje się o pomoc Paktu Północnoatlantyckiego w walce z Kurdami w Syrii. Dla Polski to bardzo złe wiadomości. Ankara działa tak naprawdę w interesie Rosji – znacząco osłabiając i paraliżując działania Paktu.

Marzenia o imperium

Już na samym początku syryjskiej wojny domowej Recep Tayyip Erdogan łakomym okiem patrzył na staczającego się w otchłań południowego sąsiada. Dostrzegł w Syrii pole tureckiej ekspansji. To dlatego tureckie służby i armia najpierw ostrożnie, a potem już otwarcie wspierały bojówki walczące z reżimem Baszara al-Asada. Te składające się z tureckich pobratymców, syryjskich Turkmenów. Ale również te dżihadystyczne – np. syryjską odnogę Al-Kaidy, czy obecnego głównego sojusznika Turcji, nasyconą islamskimi radykałami Syryjską Armię Narodową.

Wojna w Syrii wciągała Erdogana. Turecki lider marzył zaś o strefie wpływów w północnej Syrii. Oficjalnie nazywał ją „strefą buforową”. Ale tak naprawdę chodzi o zwykły zabór północnej części Syrii. Turecka armia weszła do Syrii już w sierpniu 2016 roku przeprowadzając operację „Tarcza Eufratu”. Bardzo ostrożnie, a i tak ponosząc znaczne straty (m.in. tracąc czołgi Leopard). Dlatego, kiedy 9 października w operacji „Źródło pokoju” Turcy weszli głębiej, byli już ostrożniejsi. Zapewnili sobie wsparcie Rosjan, a więc i reżimowej armii syryjskiej.

Putin i Erdogan podzielili syryjski Kurdystan

Erdogan przeprowadził również szeroką, dyplomatyczną operację i doszedł do porozumienia nie tylko z Władimirem Putinem, ale i Donaldem Trumpem. W rezultacie Amerykanie wycofali się z północnej Syrii. Na Kurdów wywarto potężne naciski, by nie walczyli z Turkami. Ale i tak turecka armia słabo sobie radzi i mimo gwarancji bezpieczeństwa ze strony pozostałych stron konfliktu ugrzęzła i nadal obawia się sprawnej, stutysięcznej armii kurdyjskiej. Dlatego Erdogan poszedł dalej. I teraz zaczął szantażować NATO.

Sojusz z Putinem

W ostatnim czasie Władimir Putin dwa razy gościł tureckiego prezydenta. Pod koniec sierpnia w Moskwie, kiedy obaj dogrywali zapewne ostatni szczegóły tureckiej ofensywy w Syrii i współpracy z Rosjanami. Oraz już po jej rozpoczęciu, 22 października w Soczi. Wtedy obie strony mogły już dzielić się wpływami w Syrii. Znane były już efekty pierwszych dni operacji i zasięg jaki uzyskały tureckie jednostki. Putin miał Erdogana w szachu. W wyścigu o zajęcie najważniejszych strategicznie pozycji rosyjsko-asadowskie siły wyprzedziły Turków. Erdogan musiał uznać, że nie będzie jedynym zdobywcą w północnej Syrii. W dodatku ciągle aktualny dla Ankary pozostał problem Kurdów. O ile Putin mógł dać Turcji wolną rękę w rozprawie z nimi, to ciągle aktualne pozostały protesty Zachodu.

W Soczi Erdogan musiał usłyszeć wiele rosyjskich obietnic, ale i warunków, by prowadził bardziej asertywną politykę wobec Zachodu. Już wcześniej Turcja sukcesywnie osłabiała swoją pozycję w NATO i zyskała pozycję silnego, choć niewiarygodnego i nieprzewidywalnego członka Paktu. W 2016 r.w czasie puczu wojskowego tureckie siły blokowały przecież amerykańskie i natowskie bazy ( np. w Incirlik). Potem pojawiały się groźby przejęcia taktycznej broni jądrowej. Później Turcja prowadziła w Syrii politykę wbrew interesom Sojuszu – np. wspierając dżihadystów i walcząc z koalicjantami w wojnie z tzw. Państwem Islamskim, Kurdami.

Wreszcie, wbrew ostrym protestom USA i NATO, Ankara zdecydowała się kupić za 2,5 mld. USD od Rosji systemy przeciwlotnicze S-400. Wprowadzenie ich do służby i podłączenie do obrony przeciwlotniczej będzie zagrażał natowskim samolotom. Za pomocą S-400 Rosjanie mogą uzyskać tajne informacje o systemach ostrzegania np. najnowszych myśliwców F-35. Tymczasem w Rosji kończy się właśnie szkolenie tureckich operatorów S-400 i nic nie wskazuje, by Erdogan się cofnął przed instalowaniem rosyjskiego uzbrojenia. Mało tego, idzie dalej. Tym razem straszy Europę, że znowu puści przez Turcję falę uchodźców i uwolni dżihadystów.

Szef NATO dla Biełsatu: „Ze strony Białorusi nie widzimy zagrożeń”

Teraz blokuje wzmocnienie NATO. A więc kluczowy projekt epoki postzimnowojennej. Taki, który miał powstrzymać rosyjski imperializm i postawić tamę planom rosyjskiej ekspansji w Europie wschodniej i środkowej. Turecka próba jego zablokowania ma tym większe znaczenie wobec ogłoszonych kilka dni temu przez Putina planów dalszego wzmacniania rosyjskiego potencjału militarnego. Putin kolejny raz straszy nie tylko „superbronią”, ale i wzmacnianiem siły konwencjonalnych oraz rozbudową arsenałów pocisków manewrujących i średniego zasięgu.

Będą one wymierzone właśnie w Europę Środkową i Zachodnią. Wzmacnianie NATO na wschodzie jest więc koniecznością. Tymczasem Erdogan jest przekonany, że Turcja jest tak ważna dla Zachodu, że będzie skłonny jej nieustannie ustępować. Wybrał drogę, która w dyplomacji jest czasem nazywana „krojeniem salami”. Tyle, że turecki prezydent odkrawa coraz grubsze plastry. Tak grube, że na końcu może z salami niewiele pozostać.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Zobacz też
Komentarze