Ekspert OSW: Mit Łukaszenki, jako obrońcy niepodległości, słabnie

Alaksandr Łukaszenka wygłasza orędzie, zdj.: president.gov.by
ALAKSANDR ŁUKASZENKA LUBI PRZEDSTAWIAĆ SIĘ, JAKO JEDYNEGO OBROŃCĘ NIEPODLEGŁEJ BIAŁORUSI. TAK TEŻ BYŁO PODCZAS JEGO WCZORAJSZEGO ORĘDZIA. O TO, CZY RZĄDZĄCY OD 26 LAT PREZYDENT MA PODSTAWY, ŻEBY TAK MÓWIĆ, BELSAT.EU ZAPYTAŁ ANALITYKA OŚRODKA STUDIÓW WSCHODNICH KAMILA KŁYSIŃSKIEGO.

– W swoim orędziu Alaksandr Łukaszenka dużo mówił o stosunkach z Rosją. Między innymi, zarzucił Moskwie, że „zamieniła stosunki z Białorusią z braterskich na partnerskie”. Zabrzmiało to jak pretensja.

Alaksandr Łukaszenka ma za złe Rosji, że nie sprzedaje Białorusi gazu i ropy w tak niskiej cenie, jakby oczekiwał. Najlepiej w takiej, jak dla odbiorców rosyjskich. Mówiąc cynicznie i pragmatycznie, jest to właśnie sedno tego „braterstwa”, o którym tak często mówi Alaksandr Łukaszenka. Natomiast „partnerstwo” już mu się mniej podoba, bo są to bardziej rynkowe warunki współpracy, gdy Rosja zaczyna liczyć, oszczędzać. Jest poirytowany tym, że Moskwa już nie kupuje jego narracji sprowadzanej, często dość trafnie, przez białoruskich dziennikarzy do formuły „gaz za pocałunki”. Rosja już nie daje się nabrać, ma bardziej pragmatyczne podejście.

– Z drugiej strony, prezydent zapewniał, że Białoruś jest jedynym prawdziwym sojusznikiem Rosji.

– To jest dalszy ciąg tej narracji. On dalej pompuje ten balon przydatności, ważności Białorusi, ekskluzywności jej położenia geograficznego. To wszystko ma w jego mniemaniu podnosić cenę i wartość Białorusi. On sprzedaje to niskim kosztem, głównie są to słowa i jeszcze raz słowa. Na samym końcu są ewentualne ustępstwa, chociażby w integracji Państwa Związkowego.

Patrząc szerzej, to orędzie było schematyczne i mało było w nim nowych wątków. Łukaszenka sięgał po stare i mocno zużyte instrumenty propagandowe i jest to jeden z nich.

– Z „trzeciej strony”, padły też słowa o zatrzymanych rosyjskich najemnikach. Alaksandr Łukaszenka zdecydowanie odrzucił w czasie orędzia wersję o tym, że byli oni przejazdem na Białorusi.

– Władze białoruskie od początku odrzucają „wersję tranzytową”. Łukaszenka nie powiedział więc nic nowego, potwierdził linię wstępnego oskarżenia: to mieli być ludzie, którzy przyjechali na Białoruś organizować zamieszki i destabilizować sytuację.

Przy czym, co bardzo ważne, w swoim orędziu Alaksandr Łukaszenka ani razu nie zaatakował bezpośrednio Rosji. Ta krytyka była bardzo aluzyjna, pośrednia. Gdy wspominał o najemnikach, którzy są obecnie najbardziej zapalnym punktem w relacjach rosyjsko-białoruskich, to mówił, że “przyjechali”, “ktoś ich przysłał”, “ktoś ma na celu”. Nie łączył tego w swojej wypowiedzi bezpośrednio z Kremlem. To się wpisuje w obserwowaną w ostatnich dniach taktykę mającą na celu wygaszanie nadmiernych emocji związanych z tą sprawą.

– Na czym ta sprawa polega pana zdaniem? Mamy bowiem całe mnóstwo jej interpretacji.

– Ja się skłaniam ku tezie, że to była białoruska prowokacja. Nie miała ona jednak służyć wywołaniu kolejnego kryzysu w stosunkach z Moskwą, tylko być działaniem na użytek wewnętrzny. Celem władz jest nakręcanie spirali strachu, poczucia zagrożenia z zewnątrz, atmosfery oblężonej twierdzy. Łukaszenka stara się wyjść z tej sprzeczności, w którą sam się wpędził. Chce tak ustawić sobie sytuację wewnętrzną kosztem Rosji, żeby jednocześnie nie obrazić Rosji. Jest to trochę trudne, ale próbę słyszeliśmy podczas orędzia.

Orędzie prezydenta Białorusi: straszenie latami ‘90, opozycją i „rzezią w centrum Mińska”

– Łukaszenka stara się przedstawić jako gwarant niepodległości Białorusi, przyjaciel Rosji, krytykuje Moskwę i się umizguje. Jak można działać w takich sprzecznościach?

– To wynika tylko i wyłącznie ze skrajnie instrumentalnego podejścia Łukaszenki do niepodległości Białorusi. On pełni rolę obrońcy i choć to brzmi nieco patetycznie, również gwaranta niepodległości. A tak naprawdę wynika to tylko ze zbieżności jego własnych interesów z interesami państwa. Po prostu boi się, że będzie zbyt słaby wobec Rosji, że gdy ustąpi w zbyt wielu sferach, odda za wiele, będzie w pełni od Moskwy zależny i nie będzie już mógł sprawować niepodzielnej władzy na Białorusi, korzystać z jej przywilejów i tworzyć wokół siebie lojalne elity.

To jest problem aksjologiczny, w który wpadł traktując wszystko wokół siebie instrumentalnie, w tym również państwo białoruskie i jego niepodległość. Przy czym Łukaszenka jest coraz starszy, i w czasie tego wystąpienia widzieliśmy, że nie jest w najlepszym stanie zdrowia, więc będzie mu coraz trudniej wybrnąć z tego w odpowiedni sposób.

– Rosja też ma chyba dosyć tej gry Alaksandra Łukaszenki?

– Rosja, z braku środków finansowych i z powodów politycznych, od paru lat redukuje subsydia dla Białorusi. Nie są one już tak wysokie jak kiedyś. Bywały takie lata, że rocznie sięgały 10 miliardów dolarów. Teraz myślę, że jest to o połowę mniej. To wynika z dążenia do ekonomizacji środków, większego pragmatyzmu w polityce Rosji wobec Białorusi. Ta romantyczna retoryka Łukaszenki o wspólnych okopach, w których ginęli Rosjanie i Białorusini idąc na Berlin, a przez wieki łączyła ich przyjaźń, już nie działa.

Rosja oczekuje konkretnych ustępstw i tu jest ten segment polityczny. Moskwa chce integracji w ramach Państwa Związkowego, choć nie aneksji. Ten projekt ma już ponad 20 lat, mocno się zestarzał i nie działa, a Putin potrzebuje takiego sukcesu na obszarze postradzieckim. Mimo redukcji tych subsydiów, Rosja jest istotnym partnerem gospodarczym dla Białorusi. Wystarczy wspomnieć, że sto procent dostaw gazu jest pokrywane z Rosji.

Białoryska Elektrownia Jądrowa w Ostrowcu, zdj. Wasil Małczanau/belsat.eu

– I jest też elektrownia jądrowa w Ostrowcu, finansowana z rosyjskiego kredytu i budowana przez Rosjan.

– To jest największy kredyt zagraniczny w dziejach Białorusi. Miał wynosić 10 miliardów dolarów, ale z tego co widzę, wykorzystano znacznie mniej. Mówi się o 6 miliardach. To i tak dużo, a jest to brzemię, które będzie spłacane przez wiele, wiele lat.

Elektrownia jądrowa budowana za rosyjskie pieniądze, przez rosyjskiego wykonawcę, koncern Rosatom, w oparciu o rosyjskie technologie i rosyjskie paliwo jądrowe, nie pomaga w dywersyfikacji energetycznej. Ona tylko zmienia strukturę energetycznej zależności Białorusi od Rosji.

– Jeśli chodzi o ewentualne rosyjskie bazy wojskowe, Alaksandr Łukaszenka nie zgadza się na ich obecność na terytorium Białorusi.

– Był taki okres, kiedy rzeczywiście Rosja naciskała, aby powstała baza lotnictwa wojskowego pod Bobrujskiem, inna koncepcja mówiła o Lidzie. To nie miało realnego znaczenia militarnego, ponieważ zasięgi myśliwców są dość duże. Nie ma więc potrzeby, aby ta baza była na Białorusi i żeby stamtąd bronić białoruskiego nieba i atakować cele w Polsce oraz innych krajach wschodniej flanki NATO. Tu chodziło o gest polityczny: Moskwa zwiększa swoją kontrolę przez obecność takiej bazy.

Dotąd nie ma żadnej bazy wojskowej na Białorusi, są tylko dwa obiekty wojskowe. To bardzo istotna różnica, bo nie ma stałych garnizonów rosyjskich. Rosyjscy wojskowi pojawiają się w czasie ćwiczeń wojskowych, a potem wyjeżdżają, wbrew różnym pogłoskom, które się szerzą w mediach, że to początek okupacji. Rosja chciałaby postępów w tej sprawie, ale Łukaszenka wie, czym to grozi i jak może być chwalony przez Zachód, w NATO, czy w USA, za opór w tej sprawie. On tę kwestię rozgrywa i też nie jest skłonny do większych ustępstw.

– Skąd więc sukces narracji o Łukaszence, jako obrońcy niepodległości? I to sukces nie tylko na rynku wewnętrznym, ale też na Zachodzie.

– To się bierze z braku alternatywy. To, że główna kontrkandydatka Alaksandra Łukaszenki Swiatłana Cichanouskaja zbiera takie tłumy na swoich mityngach i to, że dość mało charyzmatyczny, choć inteligentny i wykształcony człowiek, bankier Wiktar Babaryka, zebrał pod swoją kandydaturą 430 tysięcy podpisów, nie świadczy o tym, że są oni ulicznymi trybunami, odkryciami ostatniego 20-lecia, charyzmatycznymi politykami, wizjonerami. Oni znaleźli się w polityce dość przypadkowo, ale kumulują w sobie energię Białorusinów, którzy po 26 latach rządów Alaksandra Łukaszenki szukają jakiejś alternatywy.

Z kolei mit obecnego prezydenta, jako obrońcy niepodległości, słabnie. Choć na Białorusi nie mamy niezależnych sondaży i nie wiemy, ile Alaksandr Łukaszenka ma procent poparcia. Myślę, że jest to około 30 proc. Czyli poparcie jest wyjątkowo niskie. Kilka lat temu niezależne ośrodki socjologiczne dawały około 50 proc. Jeśli spada poparcie dla Łukaszenki z różnych przyczyn, to ogólnie słabnie też mit obrońcy niepodległości. On już nie jest w tym wiarygodny. Może jest skuteczny w negocjacjach z Rosją, przynajmniej tak mówi, i może część osób w to wierzy, ale ta niepodległość w wydaniu Łukaszenkowskim jest drogą donikąd. Ludzie nie widzą perspektyw na lepszą pracę, lepsze życie, niższe ceny, jakikolwiek rozwój kraju, który by pokazywał, że ta niepodległość, tak broniona przez Łukaszenkę, jest jakimś darem dla nich.

– Monopol na patriotyzm nie jest chyba jedynym, który stracił Łukaszenka?

– Tak, już chyba tylko mała grupa osób wierzy, że Łukaszenka jest gwarantem ładu socjalnego, obrońcą nie tylko niepodległości, ale też prostego człowieka. Białorusini pamiętają, jak Łukaszenka odnosił się do ludzi na początku pandemii, jak wbrew wszelkim zaleceniom zorganizował defiladę w Dniu Zwycięstwa 9 maja oraz prace społeczne, nie było przeszkód w obchodzeniu Wielkanocy. Ludzie się czuli niechronieni i nieobronieni. Tutaj padł kolejny mit – o prezydencie, który się troszczy o zwykłego człowieka.

Orędzia prezydenta słuchało we wtorek 2,5 tysiąca osób, zdj.: BT1

– Chyba warto dodać, że w tych wyborach nie ma prorosyjskiego kandydata. I w ogóle gracze stawiający na Rosję są dość szybko eliminowani z białoruskiego życia politycznego.

– To prawda, ale jest za to masa spekulacji, sugestii, kim kieruje ręka Kremla. Raz jest to Wiktar Babaryka, raz Siarhiej Cichanouski, czy jego żona Swiatłana, jak insynuuje Alaksandr Łukaszenka. Jest sporo podejrzeń, ale brakuje dowodów. Jedno można stwierdzić, że żaden z nich nie jest otwarcie prorosyjski.

– Chyba trudno uznać, że w przypadku czysto teoretycznego zwycięstwa alternatywnego kandydata, polityka zagraniczna miałaby się zmienić. Oni wszyscy podkreślają, może nie tak ścisłą jak obecnie, ale jednak współpracę z Rosją.

– W polityce zagranicznej raczej panuje konsensus. Oczywiście kandydaci się co do tego nie umawiali, bo niektórzy darzą się antypatią, i trudno, żeby coś uzgadniali. To wynika z białoruskiej specyfiki: większość białoruskiego społeczeństwa (do czego dostosowują się kandydaci) nie jest skłonna, żeby się bliżej integrować, czy to z Rosją, czy to z Unią Europejską. Europa wydaje im się zbyt daleka kulturowo, zbyt bogata. Tu się pojawiają też białoruskie kompleksy, przekonania: oni tam na nas nie czekają, kto nas tam chce, to nie jest nasze.

Białorusini w swojej większości, i to jest bardzo popularny sposób myślenia, raczej chcą być pośrodku, pomiędzy. Chcą być krajem-pomostem między Wschodem i Zachodem. Łukaszenka też tak myśli i mówił o tym w orędziu. Istnieje konsensus w tej sprawie, oczywiście kandydaci różnią się w niuansach, w różnych zagadnieniach, ale żaden z nich nie podnosił kwestii jednoznacznego wyboru w jedną bądź drugą stronę. Takie balansowanie jest bardzo białoruską cechą.

Także w polityce zagranicznej wielkiego tąpnięcia bym nie widział. Za to w polityce wewnętrznej zmiany byłyby o wiele szybsze i bardziej zaawansowane. W pierwszym rzędzie wyszliby na wolność wszyscy więźniowie polityczni, to byłaby pierwsza zmiana, którą można by natychmiast zrealizować. Później nastąpiłyby kolejne, które miałyby cechy liberalizacji, czy pluralizmu. To nie znaczy, że by się udało, że byłoby takie proste, ale z pewnością te zmiany byłyby większe, niż w polityce zagranicznej.

Rozmawiał Piotr Pogorzelski/belsat.eu

Swiatłana Cichanouskaja dla Biełsatu: „Ludzie nie lubią tego prezydenta”

Wiadomości