Egzotyczne i swojskie „Imperium kontrastów”

Wywiad

– Podróż na Karaiby będziecie wspominać przez pół roku. Wizytę na Białorusi – przez całe życie – tak do lektury książki „Białoruś. Imperium kontrastów” zachęca jej autor Artur Zygmuntowicz podczas spotkań z czytelnikami. W rozmowie z belsat.eu wyjaśnia, dlaczego tak uważa.

Książka ukazała się właśnie nakładem wydawnictwa Bernardinum, a Biełsat objął nad nią patronat medialny.

– Czym tak naprawdę jest „Białoruś. Imperium kontrastów” – autorskim przewodnikiem dla miłośników turystyki rowerowej czy cyklem reportaży o Białorusi? Tytuł wskazuje, że jednak tym drugim, ale tytuły często są mylne…

– Wydawca napisał na okładce, że książka wymyka się definicjom, bo to głównie reportaż, ale można też znaleźć elementy przewodnika. Przewodnika nie chciałem pisać: tam, gdzie opisuję miejsca warte wizyty, koncentruję się na ciągu skojarzeń, które te miejsca mogą wywołać u średnio przygotowanego turysty. Pisanie przewodnika to nie moja domena, ale wychodząc od opisu np. Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej w Mińsku można przejść do tematów historycznych, socjologicznych czy nawet do anegdot.

– Nie jest to pierwsza pozycja Pana autorstwa. Skąd pomysł na napisanie książki o Białorusi i w ogóle skąd pomysł na Białoruś?

– To moja trzecia książka. Poprzednie to „Ziemia o ludzkiej twarzy” – cykl reportaży ze wschodniego pogranicza, druga to „Piłeczki w palcach żonglerów” – powieść ukazująca kulisy funkcjonowania korporacji farmaceutycznych.

Dlaczego Białoruś? Bo jest ciekawa. Europa Zachodnia jest nudna, przewidywalna i zadeptana przez podróżników i turystów. Białoruś jest na dobrą sprawą ziemią nieodkrytą.

Pierwszy raz na Białorusi byłem jeszcze w ZSRR i wiedziałem że wrócę.

Zdjęcie z archiwum autora.

– Przejechał Pan po Białorusi rowerem wiele kilometrów. Jak postrzegał Pan ten kraj wtedy i teraz – to kraj Polsce bliski i swojski, czy jednak egzotyczny i niezwykły?

– Jedno i drugie, ale to jest właśnie piękne. Bo to kraj i egzotyczny jako skansen po ZSRR – patrz pomnik Dzierżyńskiego, i egzotyczny przyrodniczo – weźmy chociażby rzekę Prypeć. A przy tym swojski, bo ex-polskość jest na każdym kroku.

Egzotyczni są też Polacy mieszkający na Białorusi – mam na myśli starsze pokolenie z ich cudownie romantyczną, ale nieprawdziwą wizją Polski.

Myśląc o nich planowałem podtytuł „Ostatni Mohikanie mówią po polsku”.

– No właśnie. Długie rowerowe wyjazdy to nie tylko trasy i krajobrazy, ale również spotykani po drodze ludzie – w najprzeróżniejszych sytuacjach. Na stronach Pańskiej książki pojawiają się zarówno Białorusini, jak i miejscowi Polacy…

– Białorusini, Polacy oraz turyści – Rosjanie i Ukraińcy… na rowerach po 2 tysiące dolarów.

– I to są właśnie te białoruskie kontrasty… Ale zajrzyjmy do notki wydawniczej: „A co wie o Białorusi przeciętny Polak? Jeśli nie jest widzem Biełsatu, wie niewiele, głównie to, że państwem rządzi wielokadencyjny Aleksander Łukaszenka”. Czy rzeczywiście ten kraj widziany nawet z perspektywy siodełka rowerowego budzi skojarzenia z imperium? I dlaczego z imperium kontrastów?

– Białoruś to naprawdę imperium kontrastów. Domy na wsi często pochodzą z początku XX wieku, a zarazem mamy XXI wiek w miastach. Formalni, sztywni, trudni w kontakcie ludzie ze służb granicznych i rewelacyjni przeciętni Kowalscy.

Albo gdzieś w szczerym polu mężczyzna z kołchozu pasący kozy, który twierdzi że Czerwone Gitary były lepsze od Niemena.

Kolejny kontrast to zestawienie statystyk z życiem: gigantyczne spożycie alkoholu per capita i zero żuli, statystycznie niskie dochody i wszechobecne smartfony. I tak dalej, i tak dalej… Prawdziwe imperium kontrastów, czy też sprzeczności.

Zdjęcie z archiwum autora.

– To jeszcze jeden cytat z notki wydawniczej: „Litwo! Ojczyzno moja!” – te słowa zna praktycznie każdy Polak, ale nie każdy wie, że mickiewiczowska Litwa to dzisiejsza Białoruś, a obecną Litwę wtedy nazywano Żmudzią. Na terenie obecnej Białorusi urodzili się Tadeusz Kościuszko, Eliza Orzeszkowa, Ryszard Kapuściński, Pola Raksa, Andrzej Kondratiuk i Andrzej Bobola, jak również Chaim Weizmann, pierwszy prezydent Izraela. I wielu, wielu innych nieprzeciętnych”. Jak odbierają to Pańskie spojrzenie na Białoruś i jej mieszkańców czytelnicy książki? Również ci potencjalni, którym opowiada Pan o niej podczas właśnie rozpoczętego cyklu spotkań autorskich. W jakiej atmosferze one przebiegają?

– Spotkania odbyły się już m.in. we Wrocławiu, Pabianicach, Krasnosielcu i Praszce. A zaproszeń jest coraz więcej – nawet na największe targi turystyczne.

Przede wszystkim ludzie są zdziwieni, że Białoruś to w większej części dawne Wielkie Księstwo Litewskie. Poziom wiedzy Polaków jest żaden. Wstyd – szczerze mówiąc.

Wielu mówi, że stamtąd pochodzą ich rodziny, ale, że nigdy nie byli na Białorusi. A teraz się wybiorą. Na spotkaniach emocje są skrajne – od śmiechu, gdy pokazuję balet na traktorach podczas Dnia Niepodległości w Mińsku, po „szklane oczy”, gdy mówię o historii rodziny Skirmuntów. W każdym razie na spotkaniach jest masa emocji. Nie ma obojętności.

– Gdyby miał Pan zachęcić tych, którzy jeszcze nie czytali książki, do rowerowej wyprawy na Białoruś, to jak najkrócej i najbardziej przekonująco by Pan to zrobił?

– Białoruś jest idealna dla rowerzystów. Niewielki ruch samochodowy na bocznych drogach daje komfort niemalże ścieżki rowerowej. To turystom rowerowym wystarczy. Innym – ludziom mojego pokolenia (46 lat) przemówi do wyobraźni przykład. Weźmy choćby Anglię. Tam w barze każdy się do nas uśmiechnie, zapyta co słychać, a w gruncie rzeczy będzie nas miał „gdzieś”.

Na Białorusi jeśli ktoś się nami zainteresuje, będzie to zainteresowanie szczere, autentyczne i z chęcią niesienia pomocy. To lubimy.

Porównanie z Gruzją i Węgrami będzie jak najbardziej na miejscu. Z takimi reakcjami się na Białorusi spotykaliśmy non stop. Pytano nas czy mamy gdzie spać, co jeść, a nawet… próbowano dać nam pieniądze.

Zdjęcie z archiwum autora.


Więcej takich historii można usłyszeć właśnie podczas licznych spotkań promocyjnych, w których uczestniczy autor „Imperium”. W mijającym tygodniu odwiedził m.in. Miejską Bibliotekę Publiczną w Jaworze na Dolnym Śląsku:

– Autor opowiedział przybyłym wiele anegdot ze swoich rowerowych podróży po Białorusi. Jedna z nich dotyczyła wyjazdu, podczas którego uczestnicy przymocowali do rowerów polskie flagi. Jaka była reakcja miejscowych? Zaproszenie na dwa wesela… – czytamy w relacji ze spotkania.

– „Białoruś – imperium kontrastów” jest jednocześnie reportażem, książką podróżniczą, zbiorem zabawnych anegdot oraz błyskotliwych obserwacji socjologicznych, do których materiał został zebrany przez autora podczas czterech podróży na Białoruś, w tym dwóch rowerowych – napisali z kolei o książce organizatorzy spotkania z autorem we wrocławskim klubie „Proza”.

Artur Zygmuntowicz na spotkaniu autorskim w Jaworze. Zdj. jawor24.pl

Najbliższe prezentacje książki „Białoruś. Imperium kontrastów” odbędą się również we Wrocławiu: 25 kwietnia o 18:00 w bibliotece przy ul. Tarnogórskiej i 26 kwietnia o 18:00 w bibliotece przy ul. Olszewskiego. Już teraz autor zaprasza też na Festiwal Podróżników w Głogówku (25-26 maja), na którym również będzie opowiadał o swojej książce.

cez/belsat.eu

Zobacz też
Komentarze