Dziennikarka Biełsatu: „Nie ma sensu chodzenie do sądu, kiedy nasze zeznania nic tam nie znaczą”


Wolha Czajczyc

Reporterkę Wolhę Czajczyc i operatora Andrusia Kozieła znów ukarano grzywną za pracę bez akredytacji.

Sprawa trafiła na wokandę sądu w miejscowości Korelicze. Sędzia Iryna Kasko wymierzyła naszym kolegom kary pieniężne w wysokości 40 tzw. stawek bazowych każdemu, czyli po 980 rubli (w przeliczeniu – po ponad 1640 zł.)

Oskarżeni nie pojechali na rozprawę.

– Nie widzimy sensu chodzenia na te posiedzenia, skoro sąd podejmuje decyzje z góry i są to decyzje polityczne. Skoro nasze zeznanie nic nie znaczą. Obecność ma sens tylko wtedy, kiedy możemy przypomnieć o problemie, któremu poświęcony był materiał, za jaki nas sądzą – powiedziała nam Wolha Czajczyc.

Tym razem dziennikarkę i operatora sądzono i skazano za materiał o pracowniku kołchozu spod Korelicz. Mężczyzna poskarżył się na niewolnicze warunki pracy w gospodarstwie i wkrótce został z niego zwolniony. Biełsat opowiedział tę historię.

Dla Wolhi Czajczyc ten proces był już piątym w tym roku, Andruś Kozieł stanął przed sądem po raz trzeci. Milicja zapowiada, że na kolejny oboje zostaną doprowadzeni siłą.

Wszyscy nasi współpracownicy byli wzywani w tym roku do sądów już ponad 30 razy. Zarzuty są zawsze te same – „praca bez akredytacji” lub „nielegalny wyrób produkcji medialnych”. W ubiegłym roku skazano ich na grzywny, których łączna suma wyniosła w przeliczeniu ponad 47 tys. złotych.

Wg danych niezależnego Białoruskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy 94 proc. wyroków dotyczących tych artykułów wymierzano właśnie dziennikarzom Biełsatu.

KA, cez/belsat.eu

Zobacz też
Komentarze