Dzień niepodległości Białorusi 3 lipca czyli święto rosyjskiego projektu

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Kiedy Alaksandr Łukaszenka mówi o niepodległości Białorusi to rozumie ją jako swoją władzę na kawałku podwórka w gospodarstwie Władimira Putina. Nigdy nie chciał prawdziwej suwerenności i republiki poza rosyjskim projektem imperialnym.

Dziś Białoruś obchodzi dzień niepodległości. Nazwa ta jest mocno myląca. Jak wszystkie terminy z kategorii „polityka i państwo” w słowniku Alaksandra Łukaszenki. Dzień niepodległości czytać należy na odwrót. Święto 3 lipca obchodzone jest na pamiątkę wkroczenia wojsk 2. Frontu Białoruskiego Armii Czerwonej do Mińska w 1944 r. Białoruska stolica była uwolniona od wojsk niemieckich w toku operacji „Bagration”, jednej z większych w czasie II wojny światowej i pieczętujących ostateczną klęskę Niemców w ZSRR. Operacja mińska nie przyniosła jednak Białorusi niepodległości. Cały kraj, łącznie z anektowanymi terenami Rzeczpospolitej, stał się częścią ZSRR i o niepodległości mógł zapomnieć aż do jego upadku w 1991 r.

https://belsat.eu/pl/news/wszedzie-spalone-trupy-koni-i-ludzi-75-lat-temu-armia-czerwona-wygnala-niemcow-z-bialorusi/?btid=d5b539c6770e46a30bce2cff66194ba8

Dobre i złe daty

3 lipca było obchodzone w Białoruskiej SSR, ale jako zwykła rocznica, a nie jako wielkie święto państwowe. Taki status nadał mu dopiero Łukaszenka. Po dojściu do władzy zaczął sukcesywnie rugować z przestrzeni publicznej wszelkie symbole wiążące się białoruską niepodległością i krótką jej historią. Zamienił flagę biało-czerwono-białą na czerwono-zieloną, nawiązującą do tej z czasów ZSRR i zmodernizowane neo-sowieckie godło. Drażniło go również ustanowione po 1991 r. święto niepodległości 27 lipca. Czciło przyjęcie deklaracji od ZSRR. Tymczasem fundamentem kariery politycznej Łukaszenki i jego polityki było hasło: będzie jak w ZSRR, tylko lepiej i po naszemu. W 1996 r. Łukaszenka przeprowadził referendum, w którym poddał pod narodowe głosowanie dzień niepodległości. Prezydent już wtedy nazywał czczenie oderwania od ZSRR „faszystowskim świętem”, a rozwijająca się rządowa propaganda grała bardzo silnym sentymentem za „starymi czasami”.

Władzy się nie oddaje? Łukaszenkę motywują historie byłych dyktatorów

Zarówno 27 lipca, jak i Dzień Wolności, czyli 25 marca, święto w rocznicę pierwszej, białoruskiej niepodległości w 1918 r., są zaciekle zwalczane przez Łukaszenkę. Te daty nawiązują do faktycznego uzyskania przez Białoruś suwerenności. Prezydent święci inną datę: wejście Armii Czerwonej oznaczające inkorporację Białorusi w skład imperium radzieckiego na 47 lat. Ta historyczna ekwilibrystyka i żonglowanie datami rocznic wiele mówi o poglądach białoruskiego prezydenta. I obala kreowane przez łukaszenkowską propagandę tezy o tym, że prezydent broni dziś niepodległości kraju. Zresztą, białoruski prezydent w ostatnim czasie kilka razy niemal otwarcie wyłożył swoje poglądy na kwestie niepodległości.

W czasie defilady w Moskwie 24 czerwca powiedział do białoruskich weteranów: przyjechaliśmy do stolicy naszej ojczyzny! Potem (co zdarza mu się zresztą regularnie), nazwał Białoruś „jedynym sojusznikiem Rosji”. Jako jeden z pierwszych zadzwonił do Władimira Putina z gratulacjami po referendum w sprawie zmian konstytucji dających rosyjskiemu prezydentowi władzę do 2036 r.

Łukaszenka w Moskwie: „Przyjechaliśmy do stolicy ojczyzny!”

Deklaruje wsparcie dla rosyjskiej narracji historycznej. Jednocześnie oskarża Rosję o ingerowanie w białoruskie wybory. Miota gromy za podnoszenie cen gazu i ropy. Przejmuje kontrolę nad rosyjskim bankiem na Białorusi: Biełgazprombankiem. Robi wrażenie, jakby walczył z zaborczymi planami Moskwy, choć plan integracji Białorusi z Rosją jest również jego planem. Ta przedziwna schizofrenia ma swoje proste wytłumaczenie. W dzisiejszym święcie właśnie. Łukaszenka po prostu głęboko wierzy, że Białoruś nie jest niczym więcej, niż częścią większego, rosyjskiego projektu.

Tożsamość gubernatora

Był taki czas, kiedy Alaksandr Łukaszenka całkiem poważnie liczył na fotel prezydencki na Kremlu. Tak, jak to niedawno powiedział, Moskwa była i jest i jego stolicą. W II połowie lat 90. Białoruski prezydent objeżdżał rosyjską prowincję. Spotykał się z robotnikami wielkich zakładów przemysłowych na Uralu i Syberii. Wzbudzał aplauz. Taki swój chłop, który obiecywał, że zrobi, jak na Białorusi – wytępi oligarchię, mafię i korupcję. Te same, proste hasła, które dały mu władzę na Białorusi, przynosiły mu popularność w epoce schyłkowego Borysa Jelcyna w Rosji. Łukaszenka liczył, że kiedy Jelcyn upadnie, on powalczy o prezydenturę w Rosji. Mógł liczyć na sympatię mera Moskwy Jurija Łużkowa, komunistów i Jewgienija Primakowa – znaczących wtedy nazwisk w rosyjskiej polityce. Jelcynowska rodzina i oligarchowie postawili wtedy na młodego pułkownika FSB, Władimira Putina.

Łukaszenka o wyborach: „Nie trzymam się za fotel zsiniałymi palcami”

Marzenia Łukaszenki o kremlowskim tronie rozwiały się. Co gorsza, wkrótce musiał zderzyć się z ambicjami rosnącego w siłę Putina i jego marzeniem o odbudowie ZSRR. To są niby te same marzenia, które miał białoruski prezydent. Tylko personalia liderów się nie zgadzają. Stąd frustracje i podszyta nimi konkurencja z Putinem. Stąd zaciekła obrona białoruskiej niepodległości. Niewynikająca wcale z wiary w Białoruś, suwerenne państwo, ale z obawy o utratę własnego gospodarstwa i władzy w nim. Jednak nie w pełni suwerennej bo bardziej przypominającej rządy gubernatora w kolonialnym imperium. Łukaszence to wystarcza. I takiej suwerenności na gubernatorskim fotelu będzie bronił.

Łukaszenka szczerze wierzy, że wtedy, 3 lipca 1944 r. wojska Stalina rzeczywiście stworzyły Białoruś. Tyle, że Białoruś będącą częścią rosyjskiego projektu imperialnego. On chce być częścią tego projektu. Przez ćwierć wieku swoich rządów niewiele zrobił, by się rzeczywiście uniezależnić i zerwać więzy z Moskwą. Nie wymienił żadnego rosyjskiego instrumentu wpływu na Białorusi, nawet wtedy, gdy Rosja była słaba i byłoby to prostsze. W armii białoruskiej i służbach specjalnych karierę robi już kolejne pokolenie oficerów wykształconych na rosyjskich uczelniach. Ci ludzie są całkowicie osadzeni w rosyjskiej przestrzeni: w Rosji mają przyjaciół, doświadczenia życiowe, biznesy, a często i rodziny. Podobnie rzecz się ma z gospodarką.

Dopiero niedawno zaczął nerwowo szukać alternatywy dla rosyjskiej ropy i gazu i to głównie po to, żeby się targować z rosyjskimi koncernami i naciskać na nie. Białoruski model gospodarczy przeżywający długofalowy kryzys, jest całkowicie oparty o Rosję. Łukaszenka nie może powiedzieć, że nie miał czasu, bo miał ćwierć wieku. Nie może powiedzieć, że się nie da, bo przykład Gruzji, Ukrainy, o Litwie, czy Łotwie nie wspominając, pokazuje, że uniezależnienie jest trudne, ale możliwe. Po prostu tego nie chciał. I mało wskazuje na to, żeby chciał kiedykolwiek. Nawet jeżeli w gorącym, przedwyborczym lipcu jeszcze kilka razy oskarży Putina o mieszanie się w białoruskie sprawy. Nawet, kiedy spałuje protestujących Białorusinów przed i po wyborach 9 sierpnia, głosząc, że robi to w obronie białoruskiej niepodległości. To i tak zawsze Moskwa będzie jego stolicą, a nie Mińsk.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Inne teksty autora w Dziale Opinie

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów