Dwa miesiące protestów i osiem miesięcy kryzysu: Łukaszence kończą się pieniądze

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Władza jest kosztowna – zwłaszcza ta autorytarna i w państwie, które chełpiło się, że ma socjal prawie jak w ZSRR. W białoruskiej kasie nie ma już na to pieniędzy, a Łukaszenka stanie przed ciężkim wyborem: komu zabrać i gdzie ciąć.

Dziś mijają dwa miesiące od wyborów, po których zaczęły się białoruskie protesty. Jasne też jest, że Alaksandr Łukaszenka nie ma legitymacji społecznej do sprawowania prezydentury. Bo protesty pokazujące brak zgody na jego władzę wciąż trwają; mają różną temperaturę i nasilenie, ale generują ogromne emocje i są sygnałem braku poparcia dla władzy. Nie ma legitymacji prawnej, gdyż kluczowe instytucje międzynarodowe i niezależni obserwatorzy nie uznają wyniku wyborów. Pospieszne, właściwie tajne zaprzysiężenie tylko potwierdziło, że sam prezydent nie czuje się pewnie.

Wreszcie nie posiada akceptacji międzynarodowej. Nie uznaje go nie tylko Unia Europejska, ale i Ukraina. Z sąsiadów – jedynie Rosja. Kalkulacje Łukaszenki są proste i takie, jakie były zwykle przez ostatnie 26 lat jego rządów: chce kryzys przetrzymać. Tym razem jednak kryzys jest głęboki i na wielu obszarach nadal się pogłębia. Żeby przetrwać, Łukaszenka potrzebuje nie tylko czasu, ale przede wszystkim pieniędzy. Tymczasem, po dwóch miesiącach stanu paraliżu i poprzedzających ten czas okresu wielu miesięcy kryzysu gospodarczego, białoruski prezydent ma pustą kasę i marne perspektywy, by ją napełnić.

Dziura rośnie

Wczoraj portal tut.by, powołując się na oświadczenie przedsiębiorstwa „Mińskmetrostroj”, opublikował informację, że została wstrzymana budowa części trzeciej linii metra w stolicy Białorusi – z powodu braku środków na finansowanie. To nie jest ostatnia tego typu wiadomość. Środków na inwestycje w białoruskim budżecie po prostu nie ma. Według oficjalnych ocen ministerstwa finansów zaplanowany deficyt budżetu na 2021 r. to ok. 2 proc. PKB. Tak duży spadek realnych dochodów oznacza jedno: cięcia wydatków.

Cena wsparcia. Łukaszenka przymierza się do wyprzedaży Białorusi?

A to nie wszystkie złe dla Łukaszenki wiadomości. Dług zagraniczny Białorusi ciągle rośnie, głównie za sprawą odsetek. Obsługa tego długu jest coraz bardziej kosztowna. Na nią pójdzie znaczna część z obiecanej na ostatnim spotkaniu Władimira Putina z Łukaszenką 1,5 mld. rosyjskiej pożyczki. Rosja i rosyjskie banki są największym wierzycielem Białorusi. Mińsk spłaca pożyczki również bankom chińskim i amerykańskim, Międzynarodowemu Bankowi Odbudowy i Rozwoju, Europejskiemu Bankowi Odbudowy i Rozwoju oraz bankom europejskim. Przez pierwsze półrocze Białoruś spłaciła ponad miliard dolarów długów.

Co z tego, skoro w tym samym czasie dług urósł o ok. 600 mln dolarów i obecnie Białoruś jest zadłużona na niemal 18 mld. dolarów. Tymczasem tylko przez ostatnie siedem miesięcy do budżetu wpłynęła zaledwie połowa zakładanych wcześniej przychodów – ok. 13 mld. białoruskich rubli. Od początku roku wydatki białoruskiego budżetu były o 1,5 mld. rubli wyższe od dochodów. Niewiele zapowiada, by ta sytuacja się miała poprawić.

32 polskich dyplomatów opuszcza Białoruś. Zaczęły się problemy z uzyskaniem wiz

Swoje zrobią zachodnie sankcje. Nie dotyczą one wprawdzie na razie gospodarki, ale stworzą wokół Białorusi pewien niekorzystny klimat. A Białoruś – to nie Rosja i nie oferuje tak strategicznych produktów, jak ropa i gaz. Białoruskie „hity” – produkty przetwarzania ropy czy nawozy sztuczne – mają jeden atut: są tanie. Prawdopodobny bojkot przez Łukaszenkę litewskich portów i przestawienie eksportu na tranzyt i porty rosyjskie, o ile do tego dojdzie, zmniejszą rentowność i podniosą ceny białoruskich towarów.

W dodatku prowadzenie interesów z białoruskimi przedsiębiorstwami będzie utrudnione. Wiadomo, jak wygląda w nich proces decyzyjny – kluczowe sprawy załatwia się na „samej górze”. Tymczasem najważniejsi urzędnicy białoruscy już trafili, bądź trafią na listę sankcji, a przyjazd biznesmenów z Europy do Mińska może utrudnić wojna dyplomatyczna i wzajemne odsyłanie dyplomatów. To wszystko dodatkowo uderzy w i tak słabą, białoruską gospodarkę.

Na OMON wystarczy

Jak w każdym kraju na świecie swoje zrobiła pandemia koronawirusa, spadek popytu na białoruskie towary oraz problemy z dostawami surowców z Rosji. Z jednej strony sytuację pogarsza niewydolna, pudrowana za pomocą pozorowanych reform gospodarka, zależna od dochodów z eksportu przetwarzanych, rosyjskich węglowodorów, a z drugiej – wysokie koszty utrzymania rozbudowanej biurokracji, pomocy socjalnej i państwowych molochów. I właśnie tutaj nadchodzą cięcia. Władze nie będą miały wyjścia – zatrzymanie budowy mińskiego metra to dopiero ich początek. W ślad za nim pójdzie wstrzymanie inwestycji w infrastrukturę: drogi, koleje, szkoły itd.

Prognozy finansowe są jednak bardzo pesymistyczne. Tak bardzo, że samo zamrożenie inwestycji może nie pomóc i Białoruś będzie czekać inflacja, a może i dewaluacja białoruskiego rubla – na razie jakoś powstrzymywana za pomocą pożyczek i kreatywnej księgowości. Ta księgowość to np. wpompowywanie pieniędzy do funduszu ochrony socjalnej (odpowiednik polskiego ZUS, z którego są wypłacane emerytury). W tym roku z budżetu dopłacono do funduszu już ok. 2 mld. rubli białoruskich, ponieważ składki nie pokrywają wydatków na renty i emerytury. Warto tu dodać, że Łukaszenka w 2017 r. podniósł już wiek emerytalny z 60 do 63 dla mężczyzn i z 55 do 58 dla kobiet. Była to wyjątkowo niepopularna reforma, ale funduszowi emerytalnemu dała niewielki oddech. Dziś potrzebuje już sztucznego oddychania.

Na dalsze wydłużanie wieku emerytalnego Łukaszenka nie może sobie pozwolić, gdyż w ten sposób rozbudziłby tylko nastroje protestu i to wśród grupy wiekowej „prawie-emerytów”, która go najbardziej jeszcze popiera. Najdłużej jak się da, władze będą starały się również utrzymywać zatrudnienie w administracji i dużych zakładach przemysłowych.

Ponad 80 białoruskich firm zainteresowanych przeprowadzką na Litwę

Często jest to zatrudnienie fikcyjne i nieuzasadnione ekonomicznie, ale przez długie lata utrzymywanie go dawało Łukaszence profity polityczne. Przemysł ciężki jest na Białorusi dotowany i pozostaje obciążeniem, a nie źródłem dochodu. Z kolei branża, która rzeczywiście się rozwinęła i przynosiła dochody i zatrudnienie specjalistów – sektor IT – myśli o ucieczce z Białorusi. Specjaliści z branży informatycznej to młodzi i wykształceni ludzie, zaangażowani w protesty. Ich masowy wyjazd dodatkowo uderzy po białoruskiej gospodarce.

Niedługo Łukaszenka stanie jednak przed trudnym wyborem: ratowaniem się coraz droższymi pożyczkami, głównie z Rosji i Chin oraz przerzucaniem kosztów w budżecie lub dewaluacją rubla i inflacją oraz zamrażaniem państwa socjalnego, a potem stopniowym zwijaniem go. Państwo socjalne było zresztą demontowane od dłuższego czasu; teraz ten proces przyspieszy.

Są oczywiście pozycje w budżecie, których Łukaszenka nigdy nie ruszy i nie pozwoli na cięcia: to wydatki na bezpieczeństwo. Dochody pracowników MSW, KGB i innych formacji zajmujących się pilnowaniem i represjonowaniem społeczeństwa na pewno nie spadną. A może nawet wzrosną.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Inne teksty autora w Dziale Opinie

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów