Czy Zełenski chce zatrzymać ukrainizację?


Zdj. Arina Lebedeva/TASS/Forum

Odchodzący Petro Poroszenko na do widzenia wprowadza ustawę językową wzmacniającą język ukraiński. Prezydent elekt Wołodymyr Zełenski już deklaruje, że ustawa mu się nie podoba.

W czasie kampanii wyborczej mówił wyłącznie po rosyjsku. Podobno zatrudnił już nauczyciela, by podszkolić swój kulawy ukraiński. W końcu, jako prezydent Wołodymyr Zełenski będzie musiał używać języka państwowego, ukraińskiego. Ale Zełenski nigdy nie ukrywał, że jest zwolennikiem państwa dwujęzycznego z równymi prawami Ukraińców rosyjsko- i ukraińskojęzycznych w przestrzeni publicznej.

W tym podejściu nie byłoby nic złego. Na świecie funkcjonuje wiele dwu-, a nawet wielojęzycznych państw (Belgia, Szwajcaria, Indie, Kanada). Ale dla młodej, ukraińskiej państwowości kwestia języka jest bardzo newralgiczna i wywołuje ostre, emocjonalne spory. Przede wszystkim dlatego, że Rosja używa kultury i kwestii tożsamości językowej w swojej ekspansji na Ukrainie. A Ukraińcy próbują bronić się wzmacniając pozycję języka państwowego.

Przystopować ukrainizację

Wczoraj Rada Najwyższa (ukraiński parlament) przegłosowała ustawę „O zapewnieniu funkcjonowania języka ukraińskiego jako języka państwowego”, popularnie nazywaną ustawą językową. Po głosowaniu deputowani odśpiewali hymn. Wciąż pełniący obowiązki prezydent Petro Poroszenko zapewne podpisze ją jeszcze przed przekazaniem władzy i wtedy nowe prawo wejdzie w życie.

Historyczna ustawa o języku ukraińskim przegłosowana

Ustawa zakłada, że wszyscy ważniejsi urzędnicy muszą znać ukraiński i używać w czasie wykonywania obowiązków służbowych. Dotyczy to prezydenta, rządu, parlamentu, administracji, ale i sędziów, adwokatów oraz notariuszy. Po ukraińsku będą prowadzone imprezy masowe i zwiększy się obecność ukraińskiego w mediach do 50 proc. W języku państwowym mają być strony interneowe. Nawet te komercyjne (mogą mieć oczywiście inne wersje językowe). Ukraiński musi być językiem, który znają pracownicy sfery usług. Ale ustawa nie narzuca języka w sferze prywatnej.

– Kiedy obejmę urząd zrobię dokładną analizę ustawy językowej, żeby sprawdzić, czy są zagwarantowane konstytucyjne prawa obywateli Ukrainy i będę reagować zgodnie z pełnomocnictwami prezydenta – napisał wczoraj na swoim profilu na Facebooku Wołodymyr Zełenski.

Co ciekawe oświadczenie pojawiło się po…ukraińsku. I choć prezydent elekt mówi, że zależy mu na jedności Ukraińców i dlatego chce przemyśleć ustawę, to efekt będzie dokładnie odwrotny.

– Petro Poroszenko oparł swoją prezydenturę o forsowanie szybkiej budowy ukraińskiej tożsamości kulturowej, językowej i religijnej i odniósł na tym polu wiele sukcesów – mówi Wołodymyr Fesenko, kijowski politolog i dodaje: – Zełenski w czasie kampanii odcinał się od takiej polityki, bo chciał zjednać sobie elektorat mówiący po rosyjsku i nadal to będzie robił, bo ma przed sobą wybory parlamentarne.

Zełenski chce, by na fali swojej popularności i sukcesu z wyborów prezydenckich wprowadzić do parlamentu w wyborach w październiku jak najwięcej deputowanych ze swojego ruchu „Sługa narodu”. Ale w wyborach parlamentarnych będzie trudniej. Po pierwsze Zełenski już zacznie rządzić i Ukraińcy będą oczekiwali pierwszych decyzji od prezydenta. Po drugie będzie silniejsza konkurencja: o ten sam elektorat rywalizować będzie zarówno Julia Tymoszenko, jak i ugrupowania prorosyjskie Jurija Bojki i Ołeksandra Wiłkuła.

Błękitno-biały rewanż?

Dla Zełenskiego kwestionowanie ustawy językowej jest wygodnym tematem zastępczym. Czymś co natychmiast przyniesie mu poparcie i utwierdzi jego elektorat w przekonaniu, że Zełenski i jego ludzie rzeczywiście dążą do konsensusu i chcą budować nową Ukrainę. Tym bardziej, że ustawa była faktycznie przyjęta w pośpiechu, z mnóstwem poprawek (ok. 2 tys.).

– Ustawę napisano byle jak, na granicy przestrzegania norm konstytucyjnych i jest w niej mnóstwo pozycji, które można zakwalifikować jako naruszenie praw – uważa w wypowiedzi dla belsat.eu Witalij Kulik, dyrektor Centrum Badań Problemów Społeczeństwa Obywatelskiego z Kijowa.

Tyle, że kwestionowanie prób umocnienia języka ukraińskiego, jako państwowego było od dawna domeną prorosyjskich ugrupowań i spadkobierców Partii Regionów, oraz… separatystów z Donbasu i rosyjskiej propagandy. To właśnie za pomocą straszenia „faszystami z Kijowa” Moskwa skutecznie zmobilizowała mieszkańców Donbasu i Krymu do powstań.

Kwestia języka była jedną z najważniejszych. Na wschodzie i południu Ukrainy zapanował irracjonalny i rozpowszechniany przez moskiewskie media lęk, że władze w Kijowie będą karać za mówienie po rosyjsku. Granie na emocjach językowych jest niebezpieczne. Głównie dlatego, że mogą się one łatwo wymknąć spot kontroli i stać się paliwem dla bardziej radykalnych politycznych. A Zełenski jako prezydent nie będzie mógł sobie pozwolić zarówno na radykalne odcięcie od ukraińskiej części tożsamości państwa.

– Możliwość „biało-błękitnego” (barwy Partii Regionów Wiktora Janukowycza – przyp. red.) rewanżu w październikowych wyborach nie jest wysoka, jest bardzo wysoka – uważa w redakcyjnym komentarzu Sonia Koszkina, publicystka i redaktor naczelny gazety „Lewyj Bierieg”.

Koszkina przeanalizowała rezultaty wyborów prezydenckich w regionach. I doszła do wniosku, że Zełenski podebrał sporo młodego elektoratu dawnej Partii Regionów. Zwłaszcza w Odessie, czy Charkowie. Na wschodzie i południu dobre wyniki miał jednak Jurij Bojko, były minister energetyki z czasów Janukowycza. I w czasie wyborów parlamentarnych właśnie siły otwarcie prorosyjskie mają szansę na świetny wynik w rosyjskojęzycznej części Ukrainy. Bo mają ludzi, struktury i pieniądze. A także paliwo dla kampanii, które podrzuca im sam Zełenski: walka z ukrainizacją.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Zobacz też
Komentarze