Witalij Portnikow Czego nie widzi Zełenski? Putin potrzebuje czegoś innego niż kapitulacja Kijowa


Protest przeciwko „formule Steinmeiera”. Kijów, 14.10.2019 r. Zdj. Sergei Chuzavkov/Zuma Press/Forum

Niedawny Dzień Obrońcy Ojczyzny w stolicy Ukrainy przerósł w prawdziwą sztafetę protestów – od marszu zwolenników partii prawicowych do wiecu pod hasłem „Nie – kapitulacji!”, którego uczestnicy poczuli się obrażeni nie tyle działaniami władz na „kierunku rosyjskim”, co wypowiedziami, że demonstracje były opłacone.

Tak wyraziło się dwóch wysokich rangą przedstawicieli otoczenia prezydenta Wołodymyra Zełenskiego – szef jego biura Andrij Bohdan i przewodniczący frakcji parlamentarnej partii Sługa Narodu Dawid Arachamija. Obaj politycy oznajmili, że posiadają informacje na temat faktów przekupywania uczestników protestów, ale nie potwierdzili swoich słów żadnymi faktami.

„Marsz przeciwko kapitulacji” w Kijowie. Zdj. belsat.eu

Zełenski chce. A Putin?

Paradoks sytuacji polega na tym, że to Zełenski chce zasiąść przy stole negocjacji, zgadza się z warunkami Kremla, ryzykuje własnymi notowaniami i narastaniem protestów. A Władimir Putin nawet nie próbuje wykonać kroku w stronę ukraińskiego kolegi. Wycofanie wojsk na jednym z odcinków frontu rosyjsko-ukraińskiego zerwano po raz kolejny z powodu ostrzału ze strony „republik ludowych”. A Putin oskarża o to Ukrainę i mówi o „miłującym pokój pospolitym ruszeniu” z DRL i ŁRL.

Zełenski wciąż nalega na spotkaniu z Putinem i wciąż uważa, że to spotkanie pomoże mu osiągnąć pokój. Ale Kreml przesuwa datę spotkania z miesiąca. Najpierw Kijów liczył na wrzesień, potem na październik, teraz mowa o listopadzie. Ale to wszystko bez uzgodnienia z Moskwą.

Zełenski stara się uczynić „format normandzki” i swoje negocjacje z Putinem atrakcyjnymi przynajmniej dla swoich własnych obywateli. I obiecuje, że porozmawia z rosyjskim prezydentem nie tylko o Donbasie, ale też o Krymie. Ale w odpowiedzi otrzymuje twardą odpowiedź z Moskwy: żadnych rozmów o Krymie nie będzie. Kwestia Krymu jest załatwiona.

Ukraina: kapitulacja, czy sprytny plan Zełenskiego?

Moskwa potrzebuje czegoś innego niż kapitulacji

Może sprawić to wrażenie, że nawet gdyby Zełenski (umownie rzecz biorąc) chciał skapitulować przed Putinem, to Moskwa zrobiłaby wszystko, żeby do tego nie dopuścić. Powstaje więc pytanie: dlaczego Moskwy nie urządza Ukraina, która udzieli specjalnego statusu Donbasowi i przymknie oczy na Krym? Przecież na tym właśnie polega sedno kapitulacji ukraińskiego kierownictwa przed Kremlem.

A dlatego, że również taka Ukraina pozostanie państwem, która raczej nie wróci do rosyjskiej strefy wpływów. Owszem, będzie ono miało liczne problemy, ale nigdzie nie przepadnie ani pomoc ze strony Zachodu, ani dążenie do wstąpienia do NATO. Jeśli nawet nie za kadencji tego prezydenta, to za następnego.

Co więcej, brak problemów terytorialnych nawet ułatwi Kijowowi dialog z UE oraz pozyskanie nowej pomocy i inwestycji. Tak, do Donbasu trafią unijne pieniądze… I kto wie, jak zmienią się nastroje jego mieszkańców?

Ukraina: protesty nie szkodzą Zełenskiemu

Kreml chce pożaru w Kijowie

Moskwie potrzebna jest destabilizacja. Destabilizacja, która może pomóc nie tylko w zachowaniu kontroli nad Donbasem, ale też przyczynić się, jak w 2014 r., do „rozlania benzyny” na ukraińskim Wschodzie. Pozwoli powalczyć o Charków, Odessę, Zaporoże, a może nawet o Dniepr – były przyczółek oligarchy Ihora Kołomojskiego.

Właśnie dlatego Kreml stawia Zełenskiemu coraz to nowe warunki. Żeby ich wykonywanie wywoływało falę protestów oraz konfrontację władzy i społeczeństwa. W warunkach takiej konfrontacji błędy popełnia każda władza, nawet najbardziej doświadczona.

Protesty w Kijowie. Czerwone race oznaczają „czerwoną linię”, której nie powinien przekroczyć prezydent Zełenski. Zdj. Valentyn Ogirenko/Reuters /Forum

Żeby więc jutro „rozlewać benzynę” w Charkowie i Odessie, Kreml dziś stara się rozniecić pożar w Kijowie: przekonać świadomych obywateli, że ich prezydent to kolaboracjonista, który tańczy, jak zagra mu Kreml. A samemu Zełenskiemu i jego ekipie – że napotkali na „opłacone protesty”, rewanż ze strony byłego prezydenta Petra Poroszenki, którego jego następca nie rozumie i chyba szczerze nienawidzi.

I to właśnie jest dość prosta operacja specjalna Kremla, której świadkami się staliśmy. I dopóki w biurze prezydenta ktoś nie zrozumie, że negocjacje z rosyjskimi urzędnikami oraz rosyjskie warunki i prowokacje, a nawet samo spotkanie w „formacie normandzkim” to tylko zapałki do wielkiego pożaru, Ukraina znajdzie się w już oblanej benzyną rosyjskiej pułapce.

Witalij Portnikow, ukraiński dziennikarz i publicysta dla belsat.eu

Inne teksty autora:

(cez)

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Zobacz też
Komentarze