Czarne klapki i „Święta Swieta”. W wyborczej trasie z Cichanouską

„To był ostatni moment, aby pojechać i zobaczyć, jak w realu wygląda przedwyborcza Białoruś” – pisze Janusz Gawryluk. Zobaczył więcej: przez kilka dni towarzyszył sztabowi Swiatłany Cichanouskiej podczas jej spotkań z wyborcami.

Tajemniczy uśmiech celnika

Transgraniczna „marszrutka”. Zdj. Janusz Gawryluk

Przejście drogowe Kuźnica Białostocka – Bruzgi. Pustostan. Zero życia granicznego. W busie pięć osób. Podaję paszport pogranicznikowi. Otwiera, klika w klawiaturę i podnosi na mnie wzrok.

– Zawiesił się system – mówi, po czym wstaje i wychodzi.

– A za co miał „zabaronę?” – pyta mnie, kiedy po 10 minutach wraca.

– Eee tam! To stara i długa historia filmowa – mówię.

– Pewnie nie zapłacił czegoś? – stwierdza.

– Chaj budzie – kiwam głową. Niech mu będzie…

Oddaje mi paszport. Idę do lady z celnikiem, otwieram plecak. Są tam dwie kawy, które przemycam na prośbę kierowcy busa, czosnkowa buła, woda mineralna…

– A tam na dole, te czarne, co to? Pokaż.

– Czarne klapki – mówię wyjmując z foliówki po ogórkach wczoraj kupione japonki w promocji za 5 zł w Auchan.

Celnik uśmiecha się mimowolnie. Czyżby przypomniało mu się, że klapkami Białorusini chcą wyganiać „wąsatego karalucha”? A słysząc mój białoruski, uśmiechnął się jeszcze szerzej i nawet nie chciał sprawdzać plecaka.

Życiowe wybory Witalika

W Lidzie kontaktuję się zaraz z poleconym przez znajomych Witalikiem.

– Chcesz na wiec wyborczy? Po co ci to? – pyta.

– Naoglądałem się w Internecie dużo na temat waszych wyborów. Chcę zobaczyć, jak to wygląda naprawdę.

Wychodzimy. Zaczyna padać. Robi się ponuro.

– A ty czemu nie wybierasz się na miting? – teraz pytam ja.

– Nie interesują mnie takie rzeczy.

Po chodniku idą ludzie ze zwiniętymi flagami. Mijamy ich samochodem.

– Łukaszenka nic mi złego nie zrobił – zaczyna w końcu mówić. – Nawet miałem na niego głosować. Ale teraz nie pójdę na wybory, bo jednak przesadził z tym wsadzaniem do więzień.

Kiedy mówię mu, że może mnie wysadzić i wracać do domu, to jednak się rozmyśla.

– Eee tam! Dobra, to już podjadę i sam zobaczę co tam się dzieje – decyduje.

Rozglądam się też ja. I co widzę? Tych samych ludzi, których spotykałem w metrze, „marszrutkach” i bazarach podczas wielokrotnych wędrówek po Białorusi. Z jedną tylko różnicą. Poprzednio twarze były otępiałe, zasmucone i pogrążone w wewnętrznym niebycie. Teraz mieli na nich wypisaną nadzieję.

Wiec wyborczy w Lidzie. Zdj. Janusz Gawryluk

Gdy w towarzystwie Maryi Kalesnikawej i Wieraniki Capkały na scenę wchodzi Swieta Cichanouskaja, tłum się podnieca, krzyczy i bije brawo bez koordynacji wodzireja. Widać, że ludzie znaleźli lidera, z którym się utożsamiają. Wiece, które po całej Białorusi prowadzą te trzy tak różne kobiety, to rodzaj zbiorowej terapii, oswojenia ze strachem.

Nie wiem, czy nawet Alaksandr Łukaszenka w 1994 r. miał takie poparcie… Do tej pory każdą rzucaną przez władzę kłodę, zjednoczony sztab przeskakiwał i znowu wychodził na prowadzenie w tej gonitwie. Do finału coraz bliżej.

Białoruski bunt jest kobietą

Grodzieńska „Aleja Gwiazd”

Następnego dnia ekipa Cichanouskiej i jej towarzyszek jest w Grodnie. Wiec w Parku na Kołoży zamienił się w ogromny piknik, przypominający europejski festiwal muzyczny. Nawet na bramkach nie było milicji, tylko wolontariusze. Ale spotkany znajomy powiedział, że w tłumie chodzi masa tajniaków.

Gdy zjawiły się „trzy gwiazdy” i ruszyły w stronę sceny, natychmiast utworzył się gruby szpaler z wiwatującym tłumem. Nie sposób było przebić się, aby zobaczyć kandydatkę na prezydenta Białorusi. To przypominało przyjazd gwiazd z Hollywood do Cannes.

Pod sceną w pierwszym rzędzie prawie obok siebie stali: kobieta z ikoną oraz mężczyzna w masce i olbrzymim portretem Łukaszenki w rękach. Przyszedł dwie godziny przed imprezą, żeby być w pierwszym rzędzie. Nikt z tłumu go nie zaczepiał. Tak jak w Lidzie nikt nie zaczepiał facetów z rosyjską i polską flagą.

Na wiecu w Grodnie znalazło się miejsce dla portretu Łukaszenki i dla ikony ze św. Jerzym zabijającym smoka. Zdj. Janusz Gawryluk

Grodno to historyczne miasto, leżące blisko granicy z Polską. Z dużą ilością świadomych, proeuropejskich obywateli, dlatego Cichanouskaja swój wiec rozpoczyna po białorusku, czym wzbudza aplauz wśród tłumu. Tutaj czułem się jak w każdym innym europejskim mieście np. Gdańsku, czy Pradze. Ale teraz, kiedy nasz kierowca Aleh zapuszcza na full „Mury”, które przetłumaczył z tekstu Kaczmarskiego na białoruski poeta Andrej Chadanowicz, naprawdę było uczucie, że miasto jest nasze.

Wszyscy kochają Swietę

Kolejny wiec – już w Wołkowysku. Atmosfera rodzinna, ale miejscowi mówią, że tylu ludzi na imprezie w ich mieście jeszcze nie widzieli. I zapewne takiego show…

Każdy mityng przebiega według jednego scenariusza. Swieta opowiada historię, jak została kandydatką na prezydenta, Masza ma wyuczone na szkoleniach gesty i zawołania pobudzające publikę. Ale to Wieranika okazuje się z całej tej trójki politykiem z krwi i kości. Przemawiając do ludzi, czuje się jak ryba w wodzie, a dodany do tego zewnętrzny image a la Hillary Clinton prognozuje, że odegra w przyszłości znaczącą rolę w białoruskiej polityce.

Jednakże ludzie kochają Swietę. A najbardziej, kiedy przestaje recytować wyuczony ramowy tekst, a mówi od siebie zacinając się i robiąc pomyłki. W Lidzie popełniła na samym starcie ogromne faux pas. Powiedziała… „Witam Słuck!”. Parę tysięcy lidzian zamarło na długą pauzę.

Jednakże z tego tłumu nie wyszedł nawet jeden maleńki gwizd. Swieta jak mała, zawstydzona dziewczynka przeprosiła ludzi i dostała brawa. Impreza mogła się toczyć dalej.

Po imprezie w Wołkowysku, gdy mieszkańcy tworząc pochód na ulicy odprowadzili dziewczyny do samochodu, miejscowy, dobrze umięśniony żigolo wziął od Cichanouskiej autograf na klatce piersiowej. Obserwowałem go później. Chodził wśród swoich znajomych dumny jak paw.

Po wiecu w Wołkowysku Cichanouską i jej towarzyszki odprowadzało do samochodów całe miasto. Zdj. Janusz Gawryluk

Proletariat wypatruje zmian

W Słonimie na potrzeby mitingu władze użyczyły drugi, zapuszczony stadion znajdujący się pośród starego, robotniczego osiedla. Ludzie obserwowali przyjazd „trójcy” stojąc w oknach i balkonach swoich „chruszczowek”. Wiedzieli, na kogo czekają – nawet w piaskownicy dziewczynki bawiły się lalkami, które miały na imię Swieta.

Wejścia na stadion pilnuje 2 milicjantów. Gruba kolejka ciągnie się przez kilkaset metrów. Przychodzą nowi ludzie i stają na jej końcu. W skromnych ubraniach, ze spracowanymi rękami. Słonimski proletariat po latach również oczekuje zmian na Białorusi.

Ci, którzy nie mieli odwagi wejść na stadion, podglądają miting przez szpary w betonowym ogrodzeniu. Jedna z kobieta mówi, że przy wejściu jest kamera, która rejestruje wchodzących, a w niektórych zakładach pracy ostrzegano przed pójściem na miting Cichanouskiej.

Mniej odważni mieszkańcy Słonima oglądali wiec przez dziury w murze. Zdj. Janusz Gawryluk

Święta Swieta

Na Białorusi niewątpliwie rodzi się kult Swiatłany Cichanouskiej. W Baranowiczach witają ją chlebem i solą. We wszystkich miastach ludzie przynoszą pod scenę ikony.

Od dziecka po emeryta skandują: „Swieta! Swieta! Swieta!”, wręczają Swiecie własnoręcznie malowane portrety Swiety. Kupują im prosecco, bo wyczytali w internecie, że dziewczyny lubią wieczorem napić się wina.

Swiatłana Cichanouskaja spadła Białorusinom z nieba

Cyklicznie w każdym mieście pojawiają się ludzie, którzy całkiem poważnie na spotkaniach mówią:

– Swieta, zbaw Białoruś!

– Swieta, pamiętaj, że my pójdziemy za tobą do końca!

– Swieta, tylko zwycięstwo!

Jeżeli wydarzy się cud i 9 sierpnia 2020 r. Swieta wygra wybory, niewątpliwie zostanie kanonizowana.

W różnorodności siła?

Po paru dniach towarzyszenia z daleka Swiecie i jej towarzyszkom, nabieram śmiałości. I dalszą trasę przemierzam już… w wielkiej terenówce należącej do jej ekipy. Kiedy zatrzymujemy się na stacjach benzynowych na kawę i hot dogi, mam okazję zaobserwować making off zjednoczonych sztabów.

W samochodzie sztabowców Swiatłany Cichanouskiej i jej sojuszniczek. Zdj. Janusz Gawryluk

Przede wszystkim to 3 różne ugrupowania, które mają swoje własne plany i cele na przyszłość. Widać, że wśród ekipy Capkały i Babaryki to menedżerzy, biznesmeni, programiści, ale tacy z zadziorem, którzy nie dadzą sobie w kaszę dmuchać. Im nie brakuje pieniędzy, oni chętnie dołożą, żeby usunąć z pałacu prezydenckiego „pośmiewisko Białorusi”.

Ekipa Cichanouskiej, czyli członkowie inicjatywy „Kraj dla życia” to przetrzebieni po aresztowaniu jej męża ludzie, którym zaczęło się źle żyć w kraju, w którym od 26 lat nie było zmian i reform. Był moment, że ta inicjatywa się rozpadała, ale z pomocą przyszły m. in. dwie kobiety z tzw. starej opozycji. Hanna Krasulina ze Zjednoczonej Partii Obywatelskiej i Wolha Kawalkowa z Chrześcijańskiej Demokracji.

Sama Swieta chyba poczuła i oswoiła się z tym, że jest obecnie gwiazdą. Widzę jak patrzą na nią pracownicy stacji benzynowych, otoczoną grupą ochroniarzy-wolontariuszy i sztabem składającym się łącznie z kilkudziesięciu osób. Przypadkowi kierowcy proszą o autografy, a kręcący się wokół sztabu młodzi białoruscy dziennikarze mówią mi, że marzą o tym, żeby napić się ze Swietą.

Swiatłana Cichanouskaja dla Biełsatu: „Ludzie nie lubią tego prezydenta”

Masza Kalesnikowa nazwana popularnie „Maszą Muzykantem”, nie rozstaje się ze swoimi dziewczynami ze sztabu. Raczej trzymają się osobno. Zresztą nie wiadomo kto jeszcze jest w sztabie Wiktara Babaryki, bo oni nie noszą plakietek. Między sztabami dochodzi do sprzeczek, wynikających głównie z niedomówień, ale trzyma ich jeden wspólny i teraźniejszy cel. Dlatego wózek toczy się dalej.

Pod wieczór zatrzymujemy się całym konwojem w przydrożnej gospodzie. Kierowca Aleh mówi, że właściciel, oczywiście fan Swiety Cichanouskiej, zaprasza całą ekipę na kolację.

Do Brześcia – z przygodami

Po drodze do Brześcia dwa razy zatrzymuje nas drogówka. Na ostatnim wspólnym postoju, niecałe 30 km przed miastem, w samochodzie, którym jechałem, z koła schodzi powietrze. W bocznej części opony jest 4 centymetrowe rozcięcie. Trudno powiedzieć, kiedy i jak to się stało. „Trójca” z ochroną jedzie na miting. My zostajemy. Wkrótce przyjeżdża paru chłopaków z Brześcia i zabieramy się z nimi.

W parku na peryferiach miasta wśród drzew zebrało się około 20 tysięcy ludzi. Wygląda to jak wielki partyzancki oddział stacjonujący w lesie. Atmosfera niewiarygodna. Dziewczyny na scenie dostają skrzydeł mając przed sobą tak kontaktową publikę.

Wiec w Brześciu przypominał zgrupowanie leśnego oddziału partyzantów. Zdj. Janusz Gawryluk

Brześć był ostatnim punktem cyklu wieców wyborczych po zachodniej Białorusi. Zjednoczone sztaby szybko się spakowały i pojechały do Mińska na krótki odpoczynek przed kolejną trasą.

Dzień Desantnika i opowieści pułkownika

Była niedziela i Dzień Desantowca. Dzień w którym rezerwiści w beretach i koszulkach w niebieskie marynarskie paski od rana do nocy świętują na mieście. Sporo ich było wśród ludzi wracających z mitingu.

Jeszcze parę lat temu trudne do uwierzenia by było, żeby ich dziewczyny robiły im selfie z historycznymi biało-czerwono-białymi flagami w dłoniach! Na ulicy kierowcy trąbili do wracających z wiecu. Ludzie wzajemnie się pozdrawiali. Panowała nieznana wcześniej atmosfera wielkiego białoruskiego święta.

Po całym tym trzydniowym młynie przedwyborczym chciałem w końcu posiedzieć sam. W pierwszym lepszym barze zamówiłem kawę, wyciągnąłem papierosy i wreszcie poczułem się jak prawdziwy turysta.

W centrum Brześcia. Zdj. Janusz Gawryluk

– Pan z Polski? – zagadnął mnie po polsku siedzący naprzeciwko pan około sześćdziesiątki.

– Tak.

Wypiłem trzy kawy, wypaliłem pół paczki Cameli i przegadałem dwie godziny z facetem przedstawiającym się jako emerytowany pułkownik służb specjalnych. Opowiedział mi mnóstwo ciekawych historii: o tym, jak Wiktar Szejman, szara eminencja Łukaszenki, biegał dla niego po piwo, a kiedy mój rozmówca chciał się zwolnić z roboty w służbach i nie chcieli go puścić, to zaczął specjalnie pić dzień w dzień przez trzy miesiące, żeby samo go wyrzucili.

„Do zobaczenia w Warszawie”

Teraz przy kawiarnianym stoliku przekonywał mnie, że w związku z padającym na łeb na szyję poparciem dla Łukaszenki, minister spraw zagranicznych Białorusi Uładzimir Makiej ściągnął z Niemiec speca od marketingu politycznego, który otrzymał zadanie szybkiego odbudowania wizerunku Łukaszenki. Pierwsze zalecenie Łukaszenka już wykonał. Ogłosił, że miał Covid-19 (według mojego rozmówcy nie miał) i od razu poparcie skoczyło mu o procent.

Niemiec miał też zabronić do dnia wyborów represji w stosunku do ludzi. Trzecie zalecenie dotyczy wyników wyborów i zakłada, żeby napisać Cichanouskiej procenty na podstawie opozycyjnej internetowej platformy Gołos, a Łukaszence dać maksimum 65 proc. Według Niemca takie rozłożenie głosów jest w stanie legitymizować Łukaszenkę i zbić z tropu nową opozycję. Szefowa Centralnej Komisji Wyborczej Lidzija Jarmoszyna będzie mogła powoływać się na opozycyjne wyniki.

Co się stanie po 9 sierpnia? Powyborcze scenariusze dla Białorusi

Pytanie tylko czy Łukaszenka zgodzi się na tak „niskie” poparcie?

– Jak się wnerwię, to pojadę do Warszawy, do Biełsatu i opowiem wszystkie „kompromaty” – powiedział mój rozmówca wstając, żeby wyjść do toalety.

Kiedy wrócił, ja już zbierałem się do wyjścia.

– Gdyby Pan się namyślił, to proszę zadzwonić – powiedziałem i wręczyłem mu swoją wizytówkę.

I poszedłem w miasto świętować „Dzień Desantnika”.

I znowu Wołkowysk

W Wołkowysku jestem po raz drugi w ciągu ostatnich czterech dni. Tak, w tym samym Wołkowysku, w którym Cichanouskaja złożyła autograf na klacie miejscowego macho. Do granicy z Polską w Bobrownikach zostało około 50 km. Tylko nic i nikt tu nie jeździ do Polski ze względu na zamkniętą dla Białorusinów granicę. Na placu między PKS-em i PKP postój taksówek. Podchodzę do pierwszej, bo muszę dotrzeć do Białegostoku.

– Za ile do granicy podrzuci? – pytam.

– Za 30 rubli? – odpowiada kolo w podkoszulku w marynarskie paski.

– Dobra, to jedziemy, ale muszę jeszcze w sklepie kupić jakieś białoruskie podarki.

– To zawiozę Cię do „Marcina”. To taka wasza Biedronka. I grzejemy na granicę – mówi kolo, a od teraz taksówkarz Giena.

„Na szybkości” kupuję zefiry, czekoladę, kwas chlebowy i cukierki. Wsiadam i grzejemy po pustej drodze.

– Na kogo będzie głosować? – pytam.

– My tu wszyscy za Cichanouską.

– A co będzie 9-10 sierpnia, jak ogłoszą wyniki?

– Będzie, panie, bieda. Poleje się krew.

Zbliżamy się do granicy i nie mijamy, nie wyprzedzamy żadnego samochodu. To mnie trochę niepokoi, ponieważ to drogowe przejście i z buta nie przekroczę.

– Parę dni temu przyjechał tu taki gość z Moskwy – zaczyna opowiadać Giena. – Mój kumpel go woził po tych wszystkich mitingach Cichanouskiej. Wyobraź sobie, że przez te wszystkie dni gość tylko raz się odezwał. Zapytał co myślimy o Cichanouskiej. Wczoraj dobrze zapłacił gotówką i odjechał. Moskale „kozaczka” przysłali, żeby zobaczył co w trawie piszczy!

Swiatłana Cichanouskaja: Związek Rosji i Białorusi jest niepotrzebny

Dojeżdżamy do granicy. Płacę Gienie, ale ten nie odjeżdżał, aż na horyzoncie zamajaczyła czarna osobówka z białoruską rejestracją. Giena stanął na drodze.

– Polaka trzeba przewieźć przez granicę – powiedział po prostu kierowcy.

Pożegnałem się i podziękowałem Gienie za pomoc. Wsiadłem do Volkswagena, którym do pracy w Białymstoku jechał Wania. Montuje tam okna w firmie budowlanej.

Białoruski pogranicznik poprosił żebym zdjął okulary i maskę, bo zupełnie nie przypominam gościa ze zdjęcia w paszporcie. Powiedziałem, że to bardzo stary paszport, wiele się zmieniło przez te lata.

– Tak, tak. Jeszcze ciut, ciut i się zmieni i będzie nowy – spojrzał na mnie w zadumie.

I zaczął się uśmiechać. Tak samo jak jego kolega parę dni wcześniej.

***

P.S. Dwa dni po moim powrocie z Białorusi, Polacy zaczęli mieć problemy na polsko-białoruskich przejściach. Wielu nie wpuszczano, zasłaniając się koronawirusem, ale znajomi zajmujący się wyrabianiem dla Polaków voucherów umożliwiających bezwizowy wjazd do Białorusi twierdzą, że władza nie chce, żeby w czasie wyborów po ulicach kręcili się mniej lub bardziej przypadkowi turyści.

Janusz Gawryluk – podróżnik, dokumentalista i współpracownik Biełsatu. Pomysłodawca i organizator Warszawskiego Festiwalu Kina Białoruskiego „Bulbamovie”. Współautor polsko-białoruskiego projektu multimedialnego „Chronotop”. Absolwent filologii białoruskiej na Uniwersytecie Warszawskim i Laboratorium Reportażu na Wydziale Dziennikarstwa UW. Całość jego notatek z przedwyborczej podróży można przeczytać tu.

„Notatki z podróży” po przedwyborczej Białorusi. Rozmowa z Januszem Gawrylukiem

(cez)

Wiadomości